11 sierpnia 2017

Rozdział 41. Jeśli ktoś jest przeciwny temu związkowi niech przemówi teraz, albo zamilknie na wieki.

Witam kochani! :D
Przepraszam, że tak późno xD ale na początku pisanie szło mi trochę opornie, później już było z górki. A do tego, chyba...z dwie strony rozdziału mi się usunęły i to z mojej własnej głupoty więc musiałam napisać ten fragment od nowa -.- Dzisiaj znów dedykuję rozdział Oliwii <3 Specjalnie dla Ciebie, wstawiam o drugiej w nocy xD Ty marudo moja kochana ;* Bez zbędnego pierdzielenia, zapraszam do czytania :D

******
Co chwilę rozglądałem się nerwowo na boki, wzrokiem wypatrując Victorii, która na marginesie powinna już dawno pojawić się obok mnie. W tym momencie pomyślałem, że może... się rozmyśliła? Wiem, że to głupie. Przecież mnie kocha, wiem to, ale... coś musiało być na rzeczy.
-Na pewno coś się stało.- szepnąłem Saul'owi na ucho, który był moim drużbą. Nie komentujcie mojego wyboru, błagam.
-Kurwa no ja nie wiem... przecież osobiście u nie byłem i powiedziała, że zaraz przyjdzie tylko chce pobyć chwilę sama.- westchnął- Ale Jackson spokojnie, raczej sprzed ołtarza Ci nie spierdoli. Już za późno.- zaczął się śmiać, spojrzałem na niego z politowaniem. Ten to potrafi pocieszyć człowieka. Byłem coraz bardziej zdenerwowany i widziałem, że goście również się niecierpliwili, nie wspominając o księdzu, który miał udzielić nam sakrament małżeństwa. Czułem w powietrzu, że wydarzy się coś złego.
-Ashley, zobaczysz co z Victorią?- zwróciłem się do jej siostry, która stała obok mnie. Była jej druhną. -Jasne.- uśmiechnęła się do mnie i po chwili zniknęła mi z oczu. Zauważyłem, że goście zaczynają szeptać między sobą i ogólnie zrobiło się małe zamieszanie. Dzień był ogólnie upalny, a ja z nerwów już cały się gotowałem. Minęło parę minut i w końcu się pojawiła. Ale nigdzie nie było Ash, to dziwne... W tym momencie rozbrzmiał marsz weselny, wszyscy wstali i obrócili się za siebie. Spojrzałem błagalnie na Ninę, od razu wiedziała o co chodzi. Przekazała dziecko swojemu chłopakowi i szybko stanęła na miejscu druhny. Uśmiechnąłem się do niej z wdzięcznością co oczywiście odwzajemniła. Spojrzałem przed siebie. Victoria szła wolno w moim kierunku prowadzona przez swojego ojca. Miała welon na twarzy więc nawet nie mogłem jej zobaczyć. Czułem rosnące we mnie podekscytowanie, ale dalej się stresowałem. Niepokój wcale mnie nie opuścił. Po prostu... coś mi tutaj wyraźnie nie pasowało. Starałem się jednak o tym nie myśleć i odłożyć te negatywne myśli na bok. Moja narzeczona stanęła w końcu naprzeciwko mnie. Jej ojciec podał mi jej dłoń i poklepał mnie po ramieniu. Widziałem wzruszanie w jego oczach, wiedziałem, że to było dla niego trudne, bo w końcu za mną nie przepadał, a Victoria jest jego oczkiem w głowie. Cały czas uśmiechałem się do mojej przyszłej żony, nie odrywałem od niej wzroku nawet na moment. Pomimo tego, że miała zakrytą twarz czułem jak wpatruje się we mnie. Ująłem jej dłoń i ucałowałem jej wierzch. Jej dłonie były strasznie zimne, jak nigdy. Ale nie przejmowałem się tym. Stanęliśmy naprzeciwko księdza, a cała ceremonia się rozpoczęła.
-Moi drodzy. Zebraliśmy się tu dziś po to, by połączyć więzłem małżeńskim Michaela Josepha Jacksona oraz Madonnę Louise Ciccone. Zatem...- oczy aż wyszły mi na wierzch.
-Słucham?!- przerwałem natychmiast księdzu.
-Michael?!- na dźwięk tego głosu natychmiast odwróciłem się za siebie. Parę metrów od nas stała przerażona... Victoria?! Co tu się do cholery dzieje?! Spojrzałem na kobietę obok siebie i jak najszybciej zerwałem jej z twarzy welon.  Doznałem po prostu szoku. To była Madonna we własnej osobie. Odwróciłem się natychmiast w stronę Victorii. Była cała blada, nagle po prostu... zemdlała. Poczułem jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Nikt nie śmiał się odezwać, wszyscy byli w totalnym szoku. Potem wszystko działo się szybko. Nie miałem czasu nawet na to, żeby sprzeczać się z moja byłą dziewczyną, która śmiała jeszcze ze mną dyskutować. Całe szczęście moi ochroniarze szybko się nią zajęli. Mimo jej krzyków i sprzeciwów wyprowadzili ją stąd. Nawet nie słuchałem jej gróźb. Miałem ją w dupie. Teraz najważniejsza była dla mnie Victoria, momentalnie znalazłem się przy niej. Próbowałem ją ocucić, ale nic z tego. Zrobiło się jedno wielkie zbiegowisko, wszyscy byli przerażeni i nie wiedzieli co się dzieje. Kazałem komuś zadzwonić po mojego lekarza, a sam wziąłem ją na ręce i zaniosłem do domu. Oddychała, ale nierównomiernie i była bardzo blada. Ułożyłem ją na łóżku i usiadłem obok niej, chwytając za jej dłoń. Do pokoju weszła Janet.
-I jak?
-Dalej nic...- powiedziałem drżącym głosem. Tak bardzo się o nią bałem, miałem tylko nadzieję, że doktor szybko tutaj dotrze. Nie zniósłbym myśli gdyby coś stało się jej, albo dzieciom. Nie wybaczyłbym sobie tego nigdy.
-Janet błagam zajmiesz się wszystkim? Ja nie mam teraz do tego głowy.
-Oczywiście.- podeszła do mnie i przytuliła mnie mocno.
-Będzie dobrze Piotrusiu.- westchnąłem powstrzymując łzy napływające mi do oczu.
-I proszę nie wpuszczaj tu nikogo.
-Dobrze.- oderwała się ode mnie i wyszła. Przeniosłem wzrok na moją ukochaną. To wszystko moja wina... Miałem zrobić z tym porządek i co? I Madonna po raz kolejny próbowała zrujnować mi życie. Przecież z tego ślubu zrobił się jakiś cyrk! Nie wiem jak mogłem na to pozwolić... Trzeba było lepiej wszystkiego dopilnować. Jak ona w ogóle tutaj weszła?! Jakim prawem?! Kto ją wpuścił? Ukryłem twarz w dłoniach, byłem niesamowicie zły i zrozpaczony. Poczułem nagle dotyk na ramieniu. Zabrałem ręce z twarzy. Victoria się obudziła.
-Boże, tak się o Ciebie bałem.- przytuliłem ją natychmiast. Poczułem jak momentalnie zaczyna drżeć.
-Wybacz mi kochanie, że nie dopilnowałem wszystkiego. Nie sądziłem, że ona pojawi się na naszym ślubie. Nawet nie wiedziałem, że to ona! Przepraszam... to wszystko przeze mnie.- usłyszałem jak cicho szlocha, ściskając w dłoniach materiał mojej białej marynarki.
-Ona...ooona...za..mknęła mnie... w sypialni.. To...to na pewno była ta... zdzira.- zaczęła się wręcz trząść- Michael ja mam tego dość.- zaniosła się głośnym płaczem. Boże, co ja mam teraz zrobić?
-Kotku proszę Cię, nie możesz się teraz denerwować.- ułożyłem dłoń na jej brzuszku.
-Wiem, ale... nie potrafię inaczej.. Ta wiedźma zniszczyła mi najpiękniejszy dzień w życiu i...znowu chciała mi Ciebie odebrać.- nie wiedziałem już jak mam ją uspokajać, bo z każdą minutą płakała coraz bardziej. Rozumiałem ją, sam powstrzymywałem łzy. Ale nie mogłem patrzeć jak cierpi, bolało mnie serce. Na moje szczęście mój lekarz w końcu pojawił się w Neverlandzie. Janet przyprowadziła go do naszej sypialni. Kiedy nas zobaczył, był bardzo zdziwiony. No tak, ja w białym garniturze, a Victoria w sukni ślubnej do tego cała roztrzęsiona i zapłakana, ale nie zadawał żadnych zbędnych pytań, za co byłem mu wdzięczny. Otworzył swoją skórzaną torbę i spytał:
-A więc co się stało?- widząc, że Victoria chyba nie chcę się zbytnio odzywać, wyręczyłem ją.
-Victoria zemdlała. Właśnie obudziła się przed pana przyjazdem.- pokiwał głową.
-Jak się pani czuje?- zwrócił się już bezpośrednio do niej.
-Fizycznie źle, psychicznie jeszcze gorzej.
-Proszę się nie denerwować.- uśmiechnął się do niej delikatnie.
-Jest pani w ciąży, prawda?
-Tak.
-Który to miesiąc?
-Piąty. 
-Dobrze, a więc dam pani najpierw zastrzyk na uspokojenie, bo cała się pani trzęsie...- mruknął. Vicki spojrzała na niego przerażona ściskając jeszcze mocniej moją rękę.
-Spokojnie, nie będzie bolało.- zapewnił widząc jej minę. Założył białe rękawiczki, wyjął strzykawkę i napełnił ją jakąś białą, przezroczystą substancją.
-Doktorze, a czy To jest bezpieczne?
-Oczywiście Michael.- kiedy doktor Morris robił zastrzyk mojej ukochanej, ta zacisnęła szczękę i odwróciła twarz w drugą stronę. Nienawidziła zastrzyków, od samego patrzenia robiło jej się słabo. Chwilę potem było już po wszystkim, Vicki odetchnęła z ulgą.
-Boli panią głowa bądź brzuch?
-Teraz nie, ale zanim zemdlałam poczułam skurcz.
-Pozwoli pani, że panią zbadam?
-No dobrze...- doktor wyciągnął słuchawki z torby. Kiedy osłuchał moją… narzeczoną, spojrzał na nas i się uśmiechnął.
-Wszystko w porządku. Kiedy była pani ostatnio na wizycie kontrolnej?
-Tydzień temu.
-Dobrze, proszę tylko tego nie zaniedbywać. Przede wszystkim ograniczyć stres, który podejrzewam był tutaj głównym powodem pani omdlenia. Proszę się tylko zdrowo odżywiać, przebywać dużo na świeżym powietrzu i nie przemęczać się. No chyba, że mówimy tutaj o innym rodzaju ruchu fizycznego.- powiedział chcąc rozluźnić trochę atmosferę co nie wątpliwie mu się udało, bo oboje uśmiechnęliśmy się nieśmiało.
-Doktorze dziękuję za wszystko.- powiedziałem kiedy ten opuszczał naszą sypialnię.
-Nie ma za co Michael. Dbaj o żonę i trzymaj się.- uścisnął moją dłoń.
-Do widzenia pani Jackson.
-Do widzenia...- spuściła wzrok. No tak, doktor pewnie myślał, że jesteśmy po ślubie. Wyszedł, a my w końcu zostaliśmy sami. Wróciłem na łóżko i złapałem Vicki za rękę.
-Skarbie potrzebujesz czegoś, jesteś głodna?
-Tak, potrzebuję Ciebie.- szepnęła. Mimo, iż była już spokojna, to na jej twarzy cały czas gościł głęboki smutek. Uśmiechnąłem się delikatnie i położyłem się obok otulając ją szczelnie ramionami. Zacząłem nucić melodię Liberian Girl głaszcząc Vicki po włosach. Zaledwie po paru minutach usłyszałem jej spokojny miarowy oddech. Zasnęła. To może nawet dobrze… musi odpocząć po tym okropnym dniu. Jak najdelikatniej potrafiłem wyswobodziłem się z jej objęć i wstałem z łóżka. Poszedłem do łazienki i od razu chwyciłem opakowanie tabletek uspokajających. Może nie było tego po mnie widać, ale w środku cały kipiałem ze złości. Bardzo cicho opuściłem naszą sypialnię i ruszyłem w poszukiwaniu George’a. W całym domu panowała cisza, a wszystkie dekoracje zniknęły. Janet wszystkim się zajęła, byłem jej ogromnie wdzięczny. Znalazłem w końcu ochroniarza jak i mojego przyjaciela w garażu.
-Musimy poważnie porozmawiać.- westchnął na dźwięk mojego głosu i odwrócił się w moją stronę.
-Kto ją tu do cholery wpuścił?- George nie spieszył się zbytnio z odpowiedzią.
-Tylko nie kłam.- powiedziałem kiedy zobaczyłem jak błądzi wzrokiem po ścianach.
-Josh…
-To możesz mu powiedzieć, że właśnie stracił pracę.
-Michael zanim się uruchomisz, posłuchaj.- westchnął.
-Zamieniam się w słuch.- oparłem się o maskę samochodu i spojrzałem na niego wyczekująco.
-Rano do Neverlandu przyjechała ekipa dekoratorów, żeby ustroić dom i tak dalej. Jakaś kobieta, która wylegitymowała się jako Margaret Creig powiedziała, że jest „szefową” i ma niby wszystkiego dopilnować. Wiesz, że ja bym ją poznał od razu po głosie! A na bramie stali Josh i dwóch młodych, przecież oni jej w życiu na żywo nie widzieli tym bardziej jej nie poznali, bo miała „kamuflaż” i wpuścili ją. Jak się potem okazało, Madonnę...- westchnąłem.
-Czy Ty wiesz co ta...- urwałem szukając odpowiedniego słowa. 
-Suka, nie krępuj się, masz prawo.
-Czy Ty wiesz co ta idiotka zrobiła?
-Oprócz tego, że rozjebała Wam ślub? Nie.
-Zamknęła Victorię w sypialni!- spojrzał na mnie zszokowany.
-George to już kurwa nie jest zabawne. Ja nawet we własnym domu nie jestem bezpieczny! Nie wspominając o Victorii. Madonna mi nawet groziła na rozdaniu Grammy, powiedziała, że zrobi coś Vicki, jeśli…
-Jeśli co?
-Jeśli się z nią nie prześpię.- spuściłem wzrok czekając na reakcję mężczyzny, po chwili zaczął się śmiać.
-Człowieku Ty masz przejebane z tymi babami. No oprócz Victorii, bo ona jedyna jest w porządku.
-No co Ty nie powiesz…- mruknąłem.
-Mike, mi się wydaję, że ona nie chcę dosłownie Ciebie, tylko usilnie dąży do tego, żeby Cię zniszczyć i Twoje życie przy okazji.
-I jak na razie świetnie jej to idzie… Boże ja nie wiem już co robić. Chcę, żeby ta kobieta dała mi wreszcie spokój. Załatwiłbym ją już dawno, ale nie jestem aż takim gnojem, żeby zlecić pobicie byłej dziewczyny.
-No tego bym nie radził… Może trzeba po prostu iść z tym na policję.
-I co im powiem? Przepraszam, ale czy możecie coś zrobić, bo moja ex mnie prześladuje? Mam zrobić z siebie barana?- wywrócił oczami.
-No na pewno nie możesz zgodzić się na jej propozycję. Nawet jeśli byś to zrobił to ona i tak nie odpuści i będzie zatruwać Wam życie. A poza tym, gdyby Victoria się dowiedziała… ona by Ci tego nigdy nie wybaczyła Michael. To byłby koniec waszego związku.- przełknąłem nerwowo ślinę. Te słowa uderzyły we mnie dość mocno.
-Nawet o tym nie pomyślałem...- mruknąłem wpatrując się w swoje buty. To nie prawda. Myślałem o tym. Tak wiem, jestem totalnym kretynem… Po prostu szukałem dobrego rozwiązania, chciałem to wreszcie zakończyć, raz na zawsze.
-George mógłbyś coś dla mnie zrobić?
-No jasne.
-Wyjeżdżamy, a raczej… wylatujemy.
-Ale gdzie, kiedy, jak?
-Ja z Victorią, za tydzień. Na Kubę, dokładnie na cały… miesiąc.
-Podróż poślubna?- wyszczerzył się.
-Coś w tym stylu. Musimy po prostu odpocząć oboje.
-Bardzo dobry pomysł.
-Zorganizujesz wszystko? Chciałbym również, żebyś nam towarzyszył, najlepiej jeszcze Lucas i Robert. Jesteście najlepsi. Poza tym nie chcę brać ze sobą tych młodych baranów, bo to ja będę musiał ich pilnować, a nie oni mnie.- zaśmiał się.
-Nie ma sprawy, wszystko załatwię.
-Dziękuję.- poklepał mnie po ramieniu.

****** 

Minął tydzień od naszego ślubu, który tak naprawdę się nie odbył. Wkręciłam się oczywiście w wir pracy, żeby jakoś o tym zapomnieć… na próżno, bo ciągle wszystko siedziało mi w głowie. Mój gniew nie zmalał ani trochę. W środku byłam jedną wielką bombą, zaś na mojej twarzy gościł tylko smutek, którego nie byłam już w stanie dusić w sobie i nawet starania Michaela nie pomogły. Wiem, że chciał dobrze… ale nic nie było w stanie mnie w tym momencie uszczęśliwić. Byłam załamana.
W niedzielę, kiedy wróciłam po południu do domu ze spotkania z przyjaciółkami, zastałam mojego narzeczonego w salonie, który chyba na mnie niecierpliwie czekał, bo kiedy tylko mnie ujrzał podleciał do mnie cały w skowronkach. Jego uśmiech sprawiał, że chciało mi się żyć.
-Skarbie musimy porozmawiać.- powiedział kiedy oderwał się ode mnie. Poprowadził mnie na kanapę i usadził na swoich kolanach.
-Michael popękają ci kolana, jestem ciężka jak słoń.- mruknęłam.
-Nie prawda.- cmoknął mnie w policzek. Naprawdę nie chciałam zrobić mu krzywdy, przecież on był taki chudziutki, a ja przytyłam aż dziesięć kilo. No, ale do niego można mówić jak do ściany.
-A więc co się takiego stało?
-Nic się nie stało, tylko pomyślałem o tym, żebyśmy...- urwał jakby bał się coś powiedzieć- wzięli ślub.- odsunęłam się od niego.
-Mhm już chcieliśmy wziąć ślub. I co z tego wyszło? Wielkie gówno.- prychnęłam. Nie żebym wcześniej miała dobry humor, ale teraz to już w ogóle miałam ochotę zamknąć się w sypialni i ryczeć w poduszkę, kiedy tylko przypomniałam sobie tamten dzień…
-Wiem… ale teraz może być inaczej.- westchnęłam. Nie byłam przekonana co do tego pomysłu.
-Kiedy?
-Dzisiaj.
-Co?!- spojrzałam na niego zszokowana.
-No normalnie dzisiaj, teraz.
-Ale Michael jak Ty to sobie wyobrażasz? Trzeba sprosić całą rodzinę znowu, przygotować wszystko…
-Weźmy cichy ślub, bez nikogo. Tylko my i ksiądz. Wtedy popełniliśmy błąd, za dużo ludzi o tym wiedziało. Wiem, że pewnie chciałabyś normalny, huczny ślub. Pewnie marzysz o tym jak każda kobieta, ale...- spuścił wzrok, podniosłam jego podbródek.
-Nie prawda, nie jestem jak każda typowa kobieta. Nie zależy mi na tym, żeby wszyscy się mną zachwycali i abym była w centrum uwagi. Jedyne czego w tej chwili pragnę to poślubić Ciebie, nie ważne w jakich okolicznościach.- na jego twarzy od razu zagościł szeroki uśmiech czym zaraził i mnie.
-Ale gdzie to miało by się wszystko odbyć?
-To niespodzianka. Już wszystko jest przygotowane.
-Skąd wiedziałeś, że się zgodzę?
-Nie miałaś innego wyjścia.- wyszczerzył się. Z każdą minutą przekonywałam się coraz bardziej do tego wszystkiego. Michael mile mnie tym zaskoczył. To może nawet lepiej, że weźmiemy cichy ślub? Przynajmniej będziemy mieć spokój i w ciszy nacieszymy się po prostu sobą. Tak więc postanowiłam się jakoś przyszykować, mimo że oprócz nas i księdza miało nie być nikogo, chciałam wyglądać dobrze, w końcu to nasz ślub.  




Zrobiłam delikatny makijaż, rozpuściłam włosy, które były dzisiaj niezwykle proste i założyłam, białą sukienkę na cienkich ramiączkach, która sięgała mi do kostek. Może nie wyglądała jak moja ślubna i była skromna, ale za to piękna w swojej prostocie. Kiedy byłam już gotowa zeszłam na dół gdzie czekał na mnie Michael. Wyglądał cudownie, jak anioł. Białe obcisłe spodnie idealnie podkreślały… wszystko, a do tego dopasowana, również biała koszula i te jego urocze loki, które co chwila wpadały mu do oczu. Wsiedliśmy do samochodu i udaliśmy się w nieznanym mi kierunku. Po niecałych dwóch godzinach już wiedziałam gdzie jesteśmy.
-To nasza plaża!- krzyknęłam kiedy tylko wysiedliśmy z samochodu, Eddie został w środku. Poczułam jak Michael obejmuje mnie od tyłu.
-Kocham Cię.- wyznałam z uśmiechem przytulając się do niego.
-Ja Ciebie też, a teraz chodź.- złapał mnie za rękę i ruszyliśmy dalej. Dokładnie udaliśmy się do „naszego miejsca”, tam gdzie Michael mi się oświadczył. Czekał tam na nas już ksiądz, nie wiem skąd wziął się tutaj przed nami, ale to na pewno zasługa Michaela. Ale i tak to co zobaczyłam przed sobą, kompletnie odebrało mi mowę i zaprało dech w piersiach.


Spojrzałam na Michaela.
-Podoba Ci się?- zagryzł wargę.
-To jest cudowne...- wyszeptałam i rzuciłam mu się na szyję. Zadbał o wszystko.
-To i tak nie wszystko, ale resztę niespodzianki zobaczysz potem.- uśmiechnął się tajemniczo, a ja już nie dociekałam. Przywitaliśmy się z księdzem i zaczęło się. Chyba Michael musiał maczać palce w tym co mówił do nas duchowny, bo było to zaskakująco krótkie kazanie.
-Widzę, że bardzo się niecierpliwicie więc przejdziemy już do rzeczy.- uśmiechnął się do nas, a Michael wyjął z kieszeni pudełeczko, w którym znajdowały się dwie złote obrączki. Nie widziałam ich wcześniej, były przepiękne.
-Czy Ty, Michaelu Josephie Jacksonie bierzesz sobie tu obecną Victorię Amandę Lancaster za żonę i ślubujesz jej miłość wierność, i uczciwość małżeńską oraz to, że nie opuścisz jej aż do śmierci?- nie spuszczaliśmy z siebie wzroku nawet na moment, to była cudowna chwila.
-Tak.- powiedział bez zastanowienia. Poczułam jak w oczach zbierają mi łzy. Chwycił moją dłoń i wsunął mi na palec obrączkę, w tym momencie poczułam jak łza spływa po moim policzku. Widziałam również głębokie wzruszenie w oczach Michaela.
-Czy Ty, Victorio Amando Lancaster bierzesz sobie tu obecnego Michaela Josepha Jacksona i ślubujesz mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że nie opuścisz go aż do śmierci?
-Tak.- drżącą dłonią wsunęłam mu na palec pierścionek. Złapał mnie za dłoń uśmiechając się szeroko, a ja myślałam, że się zaraz rozryczę.
-Zatem ogłaszam Was mężem i żoną. Teraz możesz...- ksiądz urwał kiedy spostrzegł jak Michael od razu rzuca się do pocałunku. Złapałam jego twarz rękoma i oboje oddaliśmy się chwili.
-...pocałować pannę młodą.- mruknął kapłan. Oderwaliśmy się od siebie na jego słowa wybuchając śmiechem. Podpisaliśmy jeszcze parę dokumentów. Żadna intercyza czy coś w tym stylu. Prawnie też chcieliśmy być po prostu małżeństwem, no i przyjęłam nazwisko Jackson. Po całej „ceremonii” wsiedliśmy do samochodu. Myślałam, że wrócimy do domu, ale Michale miał zupełnie inne plany.
-Gdzie jedziemy?- spytałam widząc, że kierujemy się w stronę centrum.
-Aaa to jest właśnie ta druga niespodzianka.- uśmiechnął się do mnie- Teraz jedziemy na lotnisko.
-Na lotnisko? Ale gdzie lecimy? Przecież ja nie wzięłam ze sobą żadnych rzeczy, nie pożegnałam się z nikim…
-Spokojnie, jesteśmy już spakowani. Wszystkim się zająłem. Zobaczysz gdzie lecimy.- puścił mi oczko.
-To dlatego Jess mnie tak wycałowała zanim wyszliśmy...- zaśmiał się. Byłam strasznie ciekawa co to za miejsce, do którego lecimy. To chyba musiało być daleko skoro Michael zdecydował się na samolot, ale już się nie dopytywałam, bo i tak nic by mi nie powiedział. Gdy byliśmy już w jego prywatnym odrzutowcu, poszłam do sypialni aby się przebrać w coś wygodniejszego. Otworzyłam parę walizek w poszukiwaniu swoich ubrań. W końcu znalazłam, zaczęłam przebierać w tych ciuchach i po prostu się załamałam…
-Michael?!- wyszedł po chwili z łazienki w białym szlafroku i mokrymi lokami.
-Co się stało?- wstałam z klęczek i założyłam ręce na biodra.
-Ty mnie pakowałeś?
-Tak.- uśmiechnął się, zmrużyłam oczy.
-Zabiję Cię.
-Jesteśmy małżeństwem od dwóch godzin, a Ty już chcesz mnie zabić?- podszedł do mnie śmiejąc się. 
-Dokładnie tak. Ostatni raz mnie pakujesz. No skąd Ty to w ogóle wziąłeś?- spytałam machając mu przed nosem obcisłym gorsetem. Ja rozumiem, że jego kręcą takie ciuszki. W końcu jest facetem, ale bez przesady, żeby pakować mi samą wyzywającą bieliznę, krótkie, obcisłe sukienki i opięte bluzeczki. Może dziesięć kilo temu bym się w to zmieściła, ale teraz? Byłam gruba i opuchnięta jak beczka! W tym stanie obcisłe ciuchy były cholernie niewygodne. Na twarzy mojego męża pojawił się zadziorny uśmieszek. Zaczęłam się zastanawiać…
-Co jeszcze widziałeś w moich rzeczach?- spytałam ostrożnie.
-Nooo różne, fajne rzeczy.- poruszył brewkami, miałam ochotę go zdzielić. Grzebał tam gdzie nie powinien.
-Na przykład to.- otworzył swoją walizkę i wyjął z nich…
-Skąd masz moje kajdanki?!- zaczął mi machać różowymi kajdankami z piórkami. Oblałam się rumieńcem. Przecież to nawet nie było moje…
-Ciekawe rzeczy trzymasz w swojej szafie kochanie.- chciałam mu to wyrwać, ale zaczął przede mną uciekać. Goniłam go po całym pokoju, ale miałam trochę ograniczoną możliwość ruchu.
-Ale szczerze to nie spodziewałem się po Tobie takich rzeczy.- śmiał się jak opętany, a ja myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Wskoczył nagle na łóżko.
-Jackson oddawaj to!
-Ani mi się śni.- wyszczerzył się kiedy ja skakałam na tym łóżku, żeby dosięgnąć jego ręki, którą trzymał wysoko w górze. Straciłam równowagę i wpadłam na Michaela, przez co upadł na łóżko. A ja? Oczywiście na niego.
-To może jak już to tutaj mamy, to się trochę pobawimy co?- znowu wyszczerzył się głupkowato. Rękoma zjechał na moje biodra.
-Jesteś głupi. Nigdy tego nie używałam i nie mam zamiaru, no chyba, że na Tobie! Chcesz się bawić? To proszę bardzo, zaraz przykuję Cię nimi do łóżka i zostawię tutaj samego.
-A ja mówiłem o innej zabawie. No chyba, że masz jeszcze inne ciekawe zabaweczki w zanadrzu.- poruszył brwiami, wywróciłam oczami i zeszłam z niego, co nie było łatwe. Bo ogólnie wstawanie z czegokolwiek i jak się okazało przed chwilą KOGOKOLWIEK wymagało ode mnie wiele wysiłku.
-Tak mam, klocki lego. Chcesz się nimi pobawić?- wyjęłam ze swojej walizki w miarę normalne i przyzwoite ciuchy.
-Oczywiście.- posłał mi całusa. No dzieciak.
-Czy Ty się zastanowiłeś wybierając mi ubrania jak ja wyjdę do ludzi? No, bo chyba nie w tym!- pokazałam mu skórzaną, obcisłą spódniczkę. Niegdyś moja ulubiona… ale teraz to ja ją mogę co najwyżej na nos założyć.
-Znaczy tam będzie raczej mało ludzi… a nawet jeśli to wątpię by wszyscy nas tam znali.
-To co Ty mnie na bezludną wyspę zabierasz? Czy do jakiegoś buszu?- zaśmiał się.
-Ani jedno, ani drugie, ale jesteś blisko.- puścił mi oczko. Dalej mi to nic nie mówiło.
-Idę do łazienki, proszę mi nie przeszkadzać i nie wchodzić pod pretekstem jakiś głupich… wymówek.- pogroziłam mu palcem.  
-Ale że ja?- zaczął się śmiać.
-Tak, Ty kombinatorze.
-A umyć Ci plecy?- usłyszałam nim zdążyłam nacisnąć na klamkę. Odwróciłam się.
-Michael…
-To może coś innego?- wyszczerzył się.
-Pocałuj mnie w d...- urwałam zdając sobie sprawę z tego, że to tylko podziała na niego jak płachta na byka.
-Trzeba było tak od razu.- zeskoczył z łóżka i ruszył w moją stronę. Ja w tym czasie szybko uciekłam do łazienki i zamknęłam się w niej na klucz. Usłyszałam jego głośny śmiech. Wariat.
Ciekawe czy w nocy będzie taki chętny… Czemu akurat w nocy? No cóż, był ślub to musi być chyba i noc poślubna, prawda? Chociaż nie wiem czy cokolwiek z tego wyjdzie, bo Michael odkąd dowiedział, że urodzę bliźniaki traktuje mnie nad opiekuńczo, nie wspominając już o seksie, którego tak naprawdę nie ma. Michael zwyczajnie się boi...nie wiem czego, ale chyba tego, że zrobi krzywdę dzieciom, ale… to głupie. Z kolei ja się boję, że pewnego pięknego dnia nakryje go z gazetką w ręku i… Aż nie chcę sobie tego wyobrażać. Nie zniosłabym chyba myśli, że mój facet będąc ze mną teraz już, w związku małżeńskim robi sobie dobrze oglądając jakieś gołe baby. Potrząsnęłam głową, żeby wyrzucić te obrzydliwe myśli z głowy. Musiałam się porządnie przygotować na naszą noc poślubną więc spędziłam w tej łazience dobre dwie godziny, co oczywiście musiał skomentować kąśliwie mój mąż. Cały lot zajął nam aż dziesięć godzin, ale wyjątkowo nie byłam zmęczona. Może dlatego, że cały czas przeleżałam z Michaelem?
W końcu wylądowaliśmy na lotnisku, był środek nocy, ale nie chciało mi się spać. Nawet kiedy opuściliśmy maszynę nie byłam pewna do końca pewna gdzie się znajdujemy.
-Michael powiesz mi w końcu gdzie jesteśmy?- spytałam kiedy byliśmy już w samochodzie.
-Na Karaibach, Kubie, a dokładnie w Santiago.- otworzyłam aż buzię ze zdziwienia.
-Naprawdę?- wyszeptałam, zaśmiał się i pokiwał głową. Rzuciłam mu się na szyję.
-O Boże… nie wierzę!
-To lepiej uwierz, bo to prawda.- dał mi buziaka, ale ja zatopiłam się w jego ustach na dłużej. -Państwo Jackson może zaczekają aż dotrzemy to hotelu?- mruknął George, który siedział obok nas niby grzebiąc coś w telefonie, ale tak naprawdę dobrze widział co robimy. Oderwaliśmy się od siebie, wybuchając po chwili śmiechem. Zawsze śmieszy nas to kiedy ktoś zwraca nam uwagę na nasze „czułości”.
-Na ile się tutaj zatrzymamy?- spytałam kładąc głowę na ramieniu mojego męża.
-Na miesiąc.- odparł z błogim uśmiechem na ustach, aż się od niego odsunęłam.
-Ile?! Ty nie mówisz poważnie.- byłam po prostu w szoku, nie sądziłam, że Michael będzie w stanie zostawić „swój świat” i studio aż na miesiąc.
-Kochanie co w tym dziwnego? W końcu to nasza podróż poślubna.
-Ale obiecujesz?- zaśmiał się.
-Słowo piosenkarza.- podniósł dwa palce do góry, uśmiechnęłam się wtulając się ponownie w jego ciało. Teraz spokojnie mogłam powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Lecz czy na długo? Teraz jednak postanowiłam cieszyć się chwilą. Droga do hotelu zajęła nam zaledwie pół godziny. Kiedy wyszliśmy z auta po raz kolejny tego dnia umierałam z zachwytu. 

 
Tu było po prostu cudownie. Po odebraniu kluczy w recepcji udaliśmy się prosto do naszego pokoju, przepraszam apartamentu. Michael nie byłby sobą gdyby nie wybrał pięciogwiazdkowego hotelu i najpiękniejszego apartamentu. Rozpakowywanie postanowiliśmy zostawić na następny dzień, dochodziła w końcu trzecia. Michael od razu rzucił się na nasze małżeńskie łóżko nie ściągając nawet butów, a ja postanowiłam wcielić mój plan w życie. Kiedy on leżał twarzą w w poduchach, ja zaczęłam po prostu ściągać z siebie ubrania, zostawiłam tylko bieliznę. Nawet nie wiecie jaki miałam problem, żeby znaleźć odpowiedni rozmiar TAKIEJ bielizny, wszystko w sklepach było szyte jak na wieszaki. Tragedia po prostu, nigdy więcej.
Oparłam się o framugę i odchrząknęłam znacząco, na co Michael podniósł głowę i spojrzał na mnie robiąc minę jakby co najmniej zobaczył mnie nago. Usiadł, ale dalej nie odezwał się ani słowem.
-Nie sądzisz, że powinniśmy skonsumować nasze małżeństwo?- podeszłam wolno do niego, po czym wdrapałam się na łóżko i usiadłam na nim okrakiem. Dalej nic nie mówił tylko przyglądał mi się w skupieniu więc uznałam to za zgodę. Wpiłam się łapczywie w jego wargi, nie protestował. Zwinnie przewrócił mnie na plecy i zawisnął nade mną ciężką dysząc. Widziałam po nim, że się zastanawia i walczy sam ze sobą.
-Wiesz kotku, myślę, że na pewno jesteś zmęczona po podróży i może chodźmy już spać.- pogładził mnie po policzku. Mój dobry humor prysł niczym bańka mydlana.
-Michael, czy Ty wiesz, że kobiety w ciąży mają ciągle niewyobrażalną ochotę na seks?- sama nie wierzyłam w to co mówię, ale w tym momencie byłam zła.
-No…
-A czy wiesz, że kobietom w ciąży się nie odmawia?!- odepchnęłam go lekko od siebie i wstałam z łóżka.
-Ja czuję, że tu jest jakieś drugie dno. Ty się nie boisz o dzieci tylko po prostu ja Cię już nie pociągam! No przyznaj to w końcu.- tak, nerwy puściły mi po całości… Michael spojrzał na mnie przerażony.
-Boże, Vicki co to za bzdury?- podszedł do mnie śmiejąc się pod nosem czym jeszcze bardziej mnie zdenerwował.
-Nie chcesz? Dobra. Okej. Poczekamy aż Tobie się zachce i Cię zaswędzi! Zobaczymy do kogo wtedy pójdziesz i znowu będzie to Vickuś no proszę, mam taką ochotę na Ciebie, zaraz naprawdę nie wytrzymam ahhh i ohhh normalnie.- udawałam jego głos robiąc przy tym durnowate miny, a co on zrobił? Zaczął się śmiać jak jakiś pajac. O nieeee…
-Wiesz co? Mam Cię dość.- powiedziałam drżącym głosem czując jak łzy napływają mi do oczu. No co?! Hormony! W tym momencie przestał się śmiać i spojrzał na mnie wystraszony. Chciałam wyjść z pokoju, ale mnie zatrzymał. Spuściłam obrażona wzrok.
-Vicki proszę tylko nie płacz...ej.- przytulił mnie do siebie, ja jednak stałam niewzruszona.
-Posłuchaj, to nieprawda, że mnie nie pociągasz. Nawet nie wiesz ile mnie kosztuje powstrzymywanie się kiedy Ty, paradujesz przede mną w takim stroju z takim ciałem.- zmierzył mnie wzrokiem, zsuwając dłonie na moje biodra- Naprawdę boję się o dzieci, boję się, że nie będę delikatny i coś się stanie i...- aż się zapowietrzył, jego słowa mnie uspokoiły.
-Ale co ma się stać? Michael, zapewniam Cię, że nic się nie stanie, bo nie ma takiego prawa, a Ty jesteś zbyt przewrażliwiony. Przecież nie wytrzymasz kolejnych czterech miesięcy bez seksu! A już tym bardziej ja...- uśmiechnął się i znowu mnie do siebie przytulił, tym razem to odwzajemniłam. Oderwał się nagle ode mnie i gorąco pocałował, ale to nie był zwykły pocałunek. Ten pocałunek oznaczał, że tej nocy nie będziemy spać. Nim się spostrzegłam byliśmy już na łóżku. Michael z niezwykłą czułością całował każdy milimetr mojego ciała doprowadzając mnie tym do obłędu. Uwielbiałam to w nim. To, że raz potrafił być taki dziki i namiętny, a innym razem bardo czuły i delikatny traktując moje ciało wręcz z czcią. Za każdym razem kiedy się kochaliśmy było inaczej. Teraz również.
-Żono...- wyszeptał wisząc nade mną i owiewając moją twarz gorącym oddechem.
-Mężu.- śmialiśmy się pomiędzy pocałunkami.
-Pani Jackson…
-Tak panie Jackson?
-Kocham panią.
-A ja pana.- i to były jedyne słowa wypowiedziane tej nocy. Pokój wypełniły już tylko dźwięki naszych jęków, a my oddaliśmy się całkowicie chwili powodując na swych ciałach dreszcze i zawroty głowy.

*****

No i jak? :D No z tego rozdziału jestem o wiele bardziej zadowolona niż z tego poprzedniego gówna XD Wybaczcie, że znowu pojawiła się Madonna, nieostatni raz niestety xD Ale suma sumarum wszystko skończyło się szczęśliwie :) Ogólnie to miałam napisać zajebiste przysięgi… ale wgl mi to nie wychodziło, a tak chciałam doprowadzić Was do łez XDDD To zdecydowanie nie dla mnie. Wybaczcie, że tak to… wieśniacko (?) opisałam. Ale ja nie brałam ślubu i nie pamiętam kiedykolwiek na takowym byłam, nie wspominając o takim typowym amerykańskim ślubie. Hot miał być bardziej rozbudowany jeśli mam być szczera, ale nie miałam jakoś takiego pomysłu, a że ja lubię raczej mocne sceny, a Michael zrobił się cipowaty (przepraszam XDDD) to nie miałam zbytniego pola do popisu ;p Powiedzcie co myślicie o akcji z Madonną, tym cichym ślubie na plaży (moje marzenie), chcę znać Waszą opinię :)
Co do mojego opowiadania, o którym wcześniej Wam już pisałam to zaczęłam już je publikować , ale niestety nie na blogu, bo z bloga zrezygnowałam. Opowiadanie Bleeding Love jest tylko dostępne w aplikacji Wattpad :)
A to link, gdyby ktoś jeszcze na nie nie wpadł: https://www.wattpad.com/story/117098241-bleeding-love
Tak więc zapraszam serdecznie :)
Pozdrawiam <3

1 sierpnia 2017

Rozdział 40. Kiedy najpiękniejszy dzień w życiu zamienia się w koszmar.

Witam ;)
Ten rozdział dedykuję Oliwii, dziękuję kochana za wszystko <3
Zapraszam do czytania.

******



Jesień chyba była w naszym życiu najbardziej ekscytującym miesiącem w całym roku. Razem z Michaelem zaczęliśmy planować nasz ślub. Chcieliśmy się pobrać, zanim urodzę nasze maleństwa. No właśnie, maleństwa. Ale może najpierw zacznę wszystko od początku.
Zaraz na następny dzień po tym kiedy obwieściłam mojemu narzeczonemu, iż niedługo zostanie ojcem od razu obdzwonił całą rodzinę chwaląc się wszystkim. Nie byłby chyba sobą gdyby tego nie zrobił. Tak więc nasze rodziny dowiedziały się od razu. I nie tylko rodziny... Ta informacja wypłynęła nawet do mediów, nie wiem jakim cudem, bo naprawdę próbowałam zakryć swoją ciążę jak tylko się dało. Ale wystarczyło, że któryś „przyjaciel” Michaela coś chlapnął albo nawet ktoś kto pracował w Nverlandzie. Także cały świat wiedział już, że za kilka miesięcy na świat przyjdą dzieci Michaela Jacksona. Trąbili o tym wszędzie, co strasznie mnie irytowało. Bo nie rozumiem robienia takiej afery na cały świat z powodu dwójki jeszcze nienarodzonych dzieci. Każdego dnia rodzą się dzieci, na całym świecie, ale to właśnie akurat z mojej ciąży musieli zrobić „news'a roku”. Dołączając do tego oczywiście najróżniejsze spekulacje i PLOTKI. Niektóre brukowce wypisywały, że to na pewno nie dzieci Michaela. A ja zostałam sztucznie zapłodniona. Kiedy to przeczytałam naprawdę dostałam ogromnego ataku śmiechu. Gorszej bzdury w życiu nie słyszałam. Gdyby Ci wszyscy pseudo dziennikarze tylko wiedzieli jaki ten ich „aseksualny” Michael jest w łóżku...
Media wiedziały również to, że planujemy ślub, TEŻ NIE WIEM SKĄD. Ale przynajmniej nie znali żadnych szczegółów. To mnie pocieszało. Może czas teraz wyjaśnić kolejną kwestię dotyczącą mojej ciąży. Na każdą kontrolną wizytę u mojej pani ginekolog jeździłam z Michaelem. Specjalnie urywał się z umówionych spotkań, studia albo rezygnował z ważnych wyjazdów. Cieszyło mnie bardzo to, że tak się angażuje i mogę na niego liczyć w każdej sytuacji.
Kiedy pojechaliśmy na pierwszą wizytę, Michael był strasznie podekscytowany i nie mógł usiedzieć w miejscu. Pamiętam ten dzień jak dzisiaj...
-Michael uspokój się, bo następnym razem pójdę sama.- powiedziałam zirytowana.
-Kochanie, nie moja wina, że jestem tak podniecony.- spojrzałam na niego jak na idiotę- No dobrze, już się uspokajam.- dał mi buziaka. Weszliśmy w końcu do gabinetu doktor Merry Ross. Na widok Michaela zachowała się normalnie i całkiem uprzejmie, zresztą uprzedziłam ją wcześniej, że przyjdę z narzeczonym, a ona wiedziała już o kogo chodzi. Pani doktor była ładną i wysoką blondynką. Przy takich kobietach zaczynałam mieć kompleksy, naprawdę.
-Proszę się położyć.- uśmiechnęła się do mnie wskazując na kozetkę. Chwilę potem poczułam zimny żel na swoim brzuchu. Michael cały czas ściskał moją rękę i patrzył się na ekran komputera jak zaczarowany. Uśmiechnęłam się na ten widok.
-No proszę, proszę...- kobieta spojrzała zdziwiona na ekran.
-Coś nie tak z dzieckiem?- Michael spojrzał na nią jak na wyrocznię. Czasem panikuje gorzej niż ja...
-Wręcz przeciwnie panie Jackson.- uśmiechnęła się tajemniczo- Mam dla państwa dobrą wiadomość.
-Jaką?
-Chyba muszą państwo kupić dwa łóżeczka.- spojrzeliśmy zdezorientowani na siebie z Michaelem.
-To ciążą bliźniacza.- powiedziała w końcu rozbawiona naszymi minami. W oczach Michaela od razu dostrzegłam ten znajomy błysk. A ja? A ja byłam przerażona!
-O matko...- tylko tyle zdołałam z siebie wydusić.
-To wspaniała wiadomość!- Michael uradowany cmoknął mnie w czoło.
Od tamtej pory wiele się zmieniło. Michael traktował mnie jakbym była z porcelany, właśnie wtedy kiedy ja w końcu przestałam się bać. Tak, przez długi czas bałam się kiedy myślałam, że będę musiała urodzić aż dwójkę dzieci i to za jednym razem. Cieszyłam się oczywiście, ale przerażało mnie to jednocześnie.
Była sobota, dokładnie wieczór. Następnego dnia miał odbyć się nasz ślub. Siedziałam wraz z Michaelem w salonie przy kominku rozkoszując się jego obecnością. Plecami opierałam się o jego tors, a on głaskał mój zaokrąglony brzuszek. Byłam taka szczęśliwa. Miałam przy sobie wspaniałego mężczyznę, cudowny dom, kochanych przyjaciół i wymarzoną pracę. A w dodatku za cztery miesiące miałam zostać matką. Czego chcieć więcej? Miałam tylko nadzieję, że to nie jest żadna „chwilowa cisza przed burzą”. Chciałam żeby tak było już zawsze.
-Stresujesz się jutrem?- spytał Michael całując moje ramię, uśmiechnęłam się.
-Trochę tak, a Ty?
-Nie.- odpowiedział dumnie.
-No co się dziwić, skoro przed milionem ludzi się nie stresujesz, to przed swoją rodziną tym bardziej.
-Kochanie, ale nie ma czym się stresować. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik. To musi się udać.- westchnęłam.
-Oby wszystko poszło dobrze.
-Nie masz się czym martwić.- uśmiechnął się do mnie, co oczywiście odwzajemniłam. Usłyszeliśmy, że ktoś wszedł przez główne drzwi do domu, nagle zrobiło się bardzo głośno. Słyszeliśmy jakieś przekomarzania się. W końcu w salonie pojawiła się dosyć spora ekipa... Oboje z Michaelem byliśmy zdziwieni i za bardzo nie wiedzieliśmy co się dzieje. Przecież ślub jest dopiero jutro... Moje przyjaciółki ze swoimi facetami, Janet, Toya, Karen, Diana Ross, Elizabeth Taylor, bracia Michaela wraz z żonami, Tom - menadżer Michaela, całe Guns' N Roses z naćpanym Hudson'em na czele. Byłam w szoku. Do pokoju weszła Jess.
-A to już?- spytała się zdziwiona- Poczekajcie tylko się ogarnę!- i pobiegła na piętro na górę.
-Eemm, ale co się dzieje?- Michael pomógł mi wstać na równe nogi.
-Kurwa no jak to co się dzieje! Para królewska ma jutro ślub więc dzisiaj trzeba się zabawić. Misiek...- Slash zapalił papierosa- Mówi Ci coś wieczór kawalerski?
-I panieński!- wtrąciła się Nina. Spojrzałam na Michaela, a on na mnie. Pokręciliśmy głowami krzywiąc się. I tak to właśnie wyglądało. Żadne protesty ani prośby nie pomogły. Nie miałam ochoty na szlajanie się po jakiś klubach w ciąży, w dodatku byłam zmęczona, a jedno czego wtedy chciałam to opierdzielanie się z Michaelem na kanapie. Niestety zmuszono nas, inaczej nie da się tego nazwać. Nie słuchali nawet Michaela. Kazali nam założyć tylko jakieś „wystrzałowe ciuszki” i tego wieczora miałam już nie zobaczyć swojego narzeczonego. Dziewczyny wpakowały mnie do różowej limuzyny, poważnie. Ostatni raz spojrzałam na Michaela błagającym wzrokiem, ale on wzruszył tylko ramionami bezsilny i w tym momencie Saul wciągnął go do drugiej limuzyny.
-Vicki wsiadaj w końcu. Zobaczysz swojego Romea jeszcze, spokojnie.- Janet pociągnęła mnie za rękę do środka. I zaczęła się „imprezka”. Byłam im naprawdę wdzięczna, że zorganizowały to dla mnie, to było urocze. Ale nie moja wina, że nie byłam w nastroju do świętowania, byłam po prostu zmęczona. Dziewczyny już w limuzynie otworzyły szampana, mi dały oczywiście bezalkoholowego. Puściły głośną muzykę i tak minęły nam dwie godziny drogi. Dokąd? Sama nie wiedziałam dokąd mnie ciągną. W pewnym momencie związały mi oczy jakąś chustą i wyprowadziły z samochodu śmiejąc się pod nosem. Czułam się jakby ktoś mnie porwał, dosłownie.
-Czy ktoś mi może powiedzieć gdzie my jesteśmy?- zaczynałam się coraz bardziej irytować.
-Zaraz wszystkiego się dowiesz, bądź cierpliwa.- usłyszałam głos Diany, westchnęłam tylko. W końcu odwiązały mi oczy. Rozejrzałam się.
-O cholera...- nie wierzyłam własnym oczom. Byłyśmy na przeogromnym jachcie.


Tego się nie spodziewałam... Rzuciłam im się na szyję. Opuściliśmy port, a impreza się rozpoczęła. Z każdą minutą ta niespodzianka podobała mi się coraz bardziej. Zapomniałam wspomnieć, że dostałam mnóstwo prezentów i dziewczyny chcąc sprawdzić moją reakcję kazały mi je rozpakować od razu. Tak więc otoczyły mnie kółkiem, a ja otwierałam stertę prezentów. Najwięcej dostałam chyba zabawek dla dzieci i malutkich ubranek,  co mega mnie rozczuliło. Pluszaki, koszulkę z napisem „I Love MJ” - będę miała w czym spać, dostałam nawet różową koronę, no a potem było już tylko gorzej... najpierw zaczęło się od wyzywającej bielizny i to nie tylko.
-Boże... na jaką okazję ja mam niby to założyć?- zaczęłam machać stringami, usłyszałam salwę śmiechu.
-Na noc poślubną!- powiedziała rozbawiona Carol, pokręciłam tylko głową. To co jednak ujrzałam potem... ujmę to może jako „zabawki dla dorosłych” i nie chcę tego nawet komentować. Wariatki, po prostu wariatki. Wybiła w końcu północ, byłam święcie przekonana, że to już koniec imprezy, ale bardzo się myliłam.
-Mamy dla Ciebie jeszcze jedną niespodziankę.- Nina z kieliszkiem w ręku podeszła do mnie uśmiechając się głupkowato. Tak, była pijana.
-Zamknij oczy!- rozkazała Elizabeth, zaśmiałam się, ale oczywiście zamknęłam oczy. Rozbrzmiała nieco inna muzyka, taka klubowa. Kiedy moje towarzyszki pozwoliły mi w końcu otworzyć oczy myślałam, że dostanę zawału.
-No to, która ślicznotka jest przyszłą panną młodą?- naprzeciwko mnie stał facet. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie był stiptizerem. Dziewczyny zaczęły piszczeć i wskazały na mnie. Facet tylko się uśmiechnął i założył mi na głowę... welon? Tak to był welon. Byłam w takim szoku, że nie mogłam wydusić z siebie słowa. Może gdybym była singielką to nie miałabym nic przeciwko, że ociera się o mnie pół nagi mężczyzna. Był nawet przystojny, ale poczułam tak jakby... wyrzuty sumienia? Ale oczywiście dziewczyny tak rozkręciły imprezę, że nie byłam już w stanie siedzieć sztywna jak kołek. Trochę tam się koło niego pokręciłam, zważając na moją ciążę, nie mogłam zbytnio się wyginać, ale dobre i to. W pewnym momencie założył czarny kapelusz i białą rękawiczkę na rękę, zaczęłam się śmiać kiedy zaczął „tańczyć” w stylu Michaela. Chociaż tak naprawdę więcej łapał się za krocze i kręcił tyłkiem niż tańczył, to i tak całkiem nieźle mu to wychodziło.
-Bądź moim Michaelem Jacksonem tej nocy!- krzyknęła Nina wijąc się obok niego jak... Parsknęłam śmiechem na ten widok. Jakoś specjalnie nie ruszyły mnie jej słowa. Nie wiem, może dlatego, że była kompletnie pijana? Nasz wspaniały tancerz znalazł się na stole tym razem z panią Ross i... Jessicą?! Miałam z nich ubaw po pachy naprawdę. Zaciągnęły na ten stół nawet mnie, Alex zaczęła cykać zdjęcia. Będzie pamiątka, nie ma co. Oczywiście naszego striptizera trzeba było odpowiednio nagrodzić więc wszystkie wpychałyśmy mu dolary w majtki. Tej imprezy z pewnością nie zapomnę nigdy. Bawiłam się świetnie, a to wszystko przez to, że miałam przy sobie wspaniałe osoby. Cała impreza skończyła się dopiero około drugiej. Byłam padnięta.

 *********

Ciągle nerwowo zerkałem na telefon w razie czego, jakby Victoria do mnie dzwoniła. Albo odpowiedziała na moje sms-y. Chyba świetnie się bawiła, bo w ogóle nie mogłem się z nią skontaktować. Gdzie zabrała mnie ta banda czubków? Do nowo otwartego klubu ze stripizem. Wszędzie gdzie bym nie spojrzał były roznegliżowane kobiety, które się do mnie wdzięczyły. Czy mi się to podobało? Może kiedyś tak. Teraz jednak byłem z Victorią i nie podniecały mnie inne kobiety więc w tym towarzystwie czułem się nieco nieswojo. Żeby nie wyjść na kompletnego sztywniaka wypiłem dwa piwa.
-Michael odłóż ten telefon w końcu i zacznij się bawić.- Tom mnie szturchnął.
-Bawię się przecież.- uśmiechnąłem się. Siedzieliśmy przy stoliku, który przypominał mini „wybieg” w dodatku była tutaj rura. Zobaczyłem przed sobą nagle jakąś kobietę. Boże tylko nie to...


-No Jackson przyprowadziłem Ci panienkę! Popatrz tylko.- Axl wskazał na blondynkę w krótkiej mini i szpilkach, która zaczęła przede mną tańczyć. Ne wiedziałem zbytnio co mam zrobić, bo dziewczyna rozkręcała się coraz bardziej do tego stopnia, że w końcu wylądowała na moich kolanach. Miałem ją tak po prostu zepchnąć? Jeszcze Slash, który dosłownie wlewał we mnie alkohol. Kiedy poczułem wibracje telefonu wstałem od stolika i poszedłem do toalety, żeby tam w spokoju odczytać wiadomość.
Od Vicki: Jackson baw się pajacu, a Victorii daj teraz spokój! ~ Nina
Zaśmiałem się i schowałem telefon do kieszeni spodni. Umyłem ręce i wróciłem do mojego towarzystwa. W głowie miałem „Michael tylko się nie uchlej jak świnia, jutro jest ślub”. Było to trudne, gdyż alkohol lał się litrami, a wszyscy tylko mówili „No co Ty, ze mną nie wypijesz? Nie bądź baba”. Znacie to prawda? Tak więc impreza rozkręcała się coraz bardziej, a ja sam chyba na chwilę zapomniałem o tym wszystkim i to był błąd...
-Michael musisz z nią zatańczyć!- no nie sądziłem żeby to był dobry pomysł, ale oczywiście moi towarzysze nie odpuścili i zaczęli wykrzykiwać moje imię dając mi tym „doping”. W końcu wylądowałem na „scenie” ze striptizerką i sam nie wierzyłem w to co wyprawiam. Potem było już tylko gorzej. Wróciliśmy do Neverlandu około trzeciej w nocy. I mimo, że to ja byłem w najlepszym stanie to i tak czułem jak alkohol buzuje mi w żyłach. A miało być tylko „trochę”, ale oni nie znają tego słowa. Jak najciszej się dało dowlokłem się jakoś do sypialni mając nadzieję, że Victoria już dawno jest w domu i śpi. Na schodach zacząłem się już rozbierać. Kiedy tylko znalazłem się obok łóżka opadłem na nie zmęczony. Całe szczęście moja ukochana była już w łóżku i na MOJE SZCZĘŚCIE spała. Położyłem się obok niej i objąłem ją w talii.
-Piłeś Jackson.- aż podskoczyłem ze strachu na tym materacu.
-Myślałem, że śpisz...- wyjąkałem, odwróciła się w moją stronę.
-Nie, czekałam na Ciebie.
-Jesteś zła?- mruknąłem.
-Nie, ale najpierw powiesz mi gdzie byliście i co robiliście.
-No to...eghem...byliśmy w takim klubie i ogólnie było nudno.- skwitowałem myśląc, że odpuści. Jednak nie...
-Nie kłam. W jakim klubie?- cholera...Wymruczałem cicho nazwę.
-Co Ty tam mruczysz? Bo nie słyszę.
-No w... Studio 54.- powiedziałem nieco głośniej.
-Mhmm, nowo otwarty klub nocny. I jak było?
-Może być, dupy nie urywa.
-Były striptizerki? - chwilę zastanowiłem się nad odpowiedzią.
-Były... Ale ja tylko tańczyłem z jedną i przysięgam, że nic więcej. Poza tym to chłopaki mnie zmusili.- zacząłem się gorączkowo tłumaczyć, westchnęła.
-To w sumie dobrze.
-Co? A gdzie wy byłyście?
-Na jachcie.- powiedziała rozmarzonym głosem.
-To nie fair...- rzuciłem obrażony.
-I miałyśmy też striptizera, nawet tańczył tak jak Ty, ale był tylko marną podróbą, bo i tak wolę Ciebie.- wtuliła się w moje ramię.
-Nie jesteś na mnie zła?- zdziwiłem się. Coraz bardziej czułem, że dopada mnie sen.
-Nie, bo jesteśmy kwita kotku, a teraz do spania, bo jutro ważny dzień.
-Jesteś idealna.- wyszeptałam zdumiony. Usłyszałem tylko jak śmieje się cicho i całuje mnie w policzek, odpłynąłem.
********

20 października 1988 roku miał stać się wyjątkowym dniem w naszym życiu, niezapomnianym. I niezaprzeczalnie tak było... Bo złe wspomnienia z tego dnia chyba na zawsze zagoszczą w mojej głowie.
-Jak tam boli główka? Jest kacyk?- powiedziałam wpatrując się w skrzywioną twarz Michaela z samego rana.
-Ładnie mnie witasz kochanie.- mruknął rozciągając się- Powiem Ci, że czuję się wspaniale.- podniósł się i syknął łapiąc się za głowę, zaczęłam się śmiać.
-Trzeba było tyle nie pić.
-Nie piłem dużo...- schował twarz w poduszkę.
-Nie nooo wcale.- przedrzeźniałam go. Podniósł rękę i zaczął mnie normalnie macać. Zaczął od brzucha. Zastanawiałam się czego „szuka”. Swoją „wędrówkę” zakończył na mojej piersi. Parsknęłam śmiechem.
-Nie za wygodnie Ci?
-Bardzooo wygodnie.- wymruczał przyciągając mnie do siebie. Przymknęłam oczy i uśmiechnęłam się przytulając się do niego, dał mi buziaka. Ta piękna chwila spokoju jednak nie mogła trwać długo. Nagle drzwi do naszej sypialni się otworzyły. Oderwaliśmy się od siebie natychmiast. W progu stali Nina i Slash. O dziwo był trzeźwy, a to rzadki widok o tej godzinie.
-Co wy jeszcze robicie w łóżku?- spytała moja przyjaciółka.
-Eeee...
-No jak to co? Jackson pewnie myślał, że zdąży bzyknąć zanim mu królową porwiecie.- rzucił Saul, Michael spiorunował go spojrzeniem.
-Porwiecie?- spytałam zdezorientowana.
-Noo przecież trzeba Cię do ślubu przygotować. Ciebie zresztą też.- wskazała na Michaela.
-Sami się przyszykujemy.- odpowiedzieliśmy w tym samym czasie.
-Bez pierdolenia mi tu. Za pięć minut na dole, w nocy się pogrzmocicie.- rzucił Slash i oboje wyszli. Spojrzałam na Michaela i po chwili oboje wybuchliśmy śmiechem. Jak mus to mus. Wstaliśmy w końcu i szybko się ubraliśmy. Zeszliśmy do kuchni, w której na szczęście nikogo nie było. Od razu dopadłam się do lodówki i po chwili pałaszowałam sernik z dużą ilością bitej śmietany.
-Ciasto na śniadanie?- Michael się zaśmiał widząc jak wcinam bez opamiętania - uroki ciąży.
-No chhioo?- spytałam nie wiedząc o co mu chodzi z pełną buzią.
-Nic, masz śmietanę na twarzy.
-Gdzie?- podszedł do mnie blisko i złapał za mój podbródek.
-A tu.- powiedział i zlizał z moich ust bitą śmietanę, uśmiechnęłam się i przyciągnęłam go do siebie za kołnierz koszuli.
-No, no ładne widoki.- oderwaliśmy się od siebie, koło nas stała uśmiechnięta Ashley. Co tutaj robi moja siostra? Odsunęliśmy się od siebie.
-Wy już tutaj? Gdzie rodzice?
-Witają się ze wszystkimi. Tak w ogóle to cześć.- podeszła do nas i przytuliła. Nie poznawałam jej, a już zwłaszcza zaskoczyła mnie jej wylewność w stosunku do Michaela. Trochę za długo się do niego kleiła... A może tylko mi się wydawało? Do kuchni wpadła Jessica.
-Victoria nie mogłaś się oprzeć temu ciastu, prawda?- pokręciłam głową.
-No, ale widzę, że już się najadłaś, więc możemy iść.- spojrzałam na Michaela.
-Ale...
-A Ty nie wiem co jeszcze tutaj robisz, na górę, ale już. Chłopaki na Ciebie dawno już czekają. Ślub za trzy godziny, a wy co żarty sobie stroicie?- mój narzeczony tylko spuścił wzrok drapiąc się po głowie i wymaszerował z kuchni. Zaczęłam się śmiać.
-A Ty co się chichrasz?- momentalnie przestałam... Jess zabrała mi talerz z ciastem, klepnęła w tyłek i zaprowadziła to jednego z pokoju, gdzie czekała na mnie już cała ekipa. Po trzech godzinach męki, byłam gotowa. Idealny makijaż, pokręcone włosy, które swobodnie opadały mi na ramiona. Nie lubiłam nigdy ich związywać. No i biała suknia jak z bajki. W tym momencie sama musiałam przyznać, że wyglądałam jak księżniczka. Michael nie widział jeszcze mojej sukni więc byłam bardzo ciekawa jego reakcji. Mama założyła mi na głowę welon. Uśmiechnęłam się. Spojrzałam na moje przyjaciółki, siostrę i mamę. Wszystkie uśmiechały się od ucha do ucha i wpatrywały się we mnie jak w obrazek.
-Córciu...- zaczęła mama i urwała powstrzymując łzy.
-Mamo błagam tylko nie płacz.- wybuchła płaczem, przerzuciłam oczami. Ścisnęła mnie mocno. No dobra, tak naprawdę to... też mi się łezka zakręciła.
-Wyglądasz tak prześlicznie. Nawet nie wiesz jak cieszę się Twoim szczęściem.- uśmiechnęłam się w odpowiedzi i pogłaskałam ją po plecach. Westchnęła i z trudem oderwała się ode mnie.
-Myślicie, że spodobam się Michaelowi?- spytałam okręcając się. Wiem, zabrzmiało to jakbym szła z nim na pierwszą randkę, ale po prostu chciałam dobrze wyglądać. W końcu to nasz ślub, wyjątkowy dzień, dzień, który zdarza się raz w życiu. A nie wiem czy będąc w ciąży można dobrze wyglądać...
-No jeszcze się pytasz! Jackson to Cię wzrokiem rozbierze zanim dojdziesz do tego ołtarza.- Nina jak zwykle umiała podnieść mnie na duchu, zaczęłyśmy się śmiać. Do pokoju wszedł nagle Slash, zrobił wielkie oczy kiedy mnie zobaczył i podszedł do mnie z bananem na twarzy.
-No królowo!- zagwizdał- Aż mi stanął.- szturchnęłam go łokciem. Debil.
-Ogólnie to już wszystko gotowe, czekamy tylko na Ciebie.
-Okej.. To dajcie mi tylko chwilę, zaraz zejdę na dół.- wszyscy tylko pokiwali głowami i po chwili zostałam sama.
Tak, to był ten moment kiedy zaczęłam się denerwować. Czym? Sama nawet nie wiem, do tego oczywiście doszły jakieś głupie wątpliwości. Większość tych „objawów” to zapewne przez moje hormony, które od początku mojej ciąży dawały mi się we znaki. Michael czekał już na mnie przy „ołtarzu”, a ja dalej stałam przed lustrem i wgapiałam się w swoje odbicie.
Czy dobrze robię? Czy jestem pewna na co się piszę wychodząc za niego? Czy... nam się uda? Od rana miałam złe przeczucie i wręcz nosem czułam, że coś się święci. Nie wiem skąd we mnie te negatywne myśli, ale po prostu... bałam się. Że coś się spieprzy tego dnia. Westchnęłam głęboko. Wiem, że sama siebie nakręcałam, ale nie potrafiłam inaczej skoro miałam to cholerne przeczucie, które nie dawało mi spokoju.
-Będzie dobrze, będzie dobrze...- mruczałam ciągle pod nosem. Wzięłam kilka wdechów i postanowiłam opuścić w końcu sypialnię i udać się na dół, gdzie powinien czekać na mnie tata, który miał mnie zaprowadzić do „ołtarza”. Aż się dziwię, że przyszedł na nasz ślub, a co dopiero, że zgodził się na to. Chyba po prostu nie chciał sprawić mi przykrości, albo mama znowu mu nagadała.
Chwyciłam materiał mojej sukni w dłonie i zdecydowanym krokiem ruszyłam do drzwi. Jakie było moje zdziwienie, kiedy nie mogłam ich otworzyć. Po prostu. Jakby były zamknięte, od drugiej strony. Zaczęłam nerwowo szarpać za klamkę. Wiedziałam! Ja czułam, że coś się dzisiaj wydarzy. Cała trzęsąc się zaczęłam rozglądać się po całej sypialni. Mogłabym do kogoś zadzwonić, ale nie było tutaj żadnego telefonu! W drzwiach nie było klucza - co też było dziwne. Mogłabym krzyknąć z okna, ale cała ceremonia miała odbyć się w ogrodzie więc na pewno nikt by mnie stamtąd nie usłyszał. Do oczu momentalnie napłynęły mi łzy. To jest na pewno podstęp... Ktoś musiał mnie tutaj zamknąć specjalnie. Przecież wszyscy wiedzieli, że szykuję się właśnie w tym pokoju! Więc to musiał być ktoś, komu zależy na moim nieszczęściu... Ale przecież zaprosiliśmy samą rodzinę i najbliższych przyjaciół. Kto obcy mógłby się włamać do Neverlandu niezauważony? Zsunęłam się po drzwiach, poczułam jak łzy spływają po moich policzkach. Kto mógł być tak podły i zniszczyć mi najpiękniejszy dzień w życiu?! Jakim prawem?! Do głowy w tym momencie przyszła mi tylko jedna osoba...

*******

Kochani nie wiem czy w ogóle powinnam wstawiać tutaj ten rozdział, bo jest do dupy i nie jestem z niego wgl zadowolona. Miał być zajebisty, DŁUGI, a wyszedł chujowy po prostu. Nie wstawiałbym go, ale nie chciałam robić takiej długiej przerwy ZNOWU. Dużą część  pisałam na siłę, dlatego myślę, że wyszło tak... Choć początek też wcale mnie nie zadowala.
Mimo wszystko, jestem z siebie dumna, że go wgl dokończyłam, bo... zmarła mi właśnie bliska osoba, do tego doszły inne problemy i wiecie... jedyne co w ostatnim czasie dobrze mi wychodziło to wkurwianie się ;)
Oceńcie ten powyższy szajs. Chociaż wcale nie zdziwię się jak znowu nie będzie prawie żadnych komentarzy, naprawdę. Przepraszam za mój przygnębiający nastrój, ale nie potrafię być w tym momencie wesoła, bo ten rozdział to DNO XD Wgl to przepraszam, że skończyłam w takim momencie, ale musiałam :( stwierdziłam, że tak będzie najlepiej. Za to w następnym wszystko się wyjaśni więc spokojnie.
Mam nadzieję, że następny rozdział wyjdzie mi o niebo lepiej. Bo jak ostatnio szło mi zajebiście, tak teraz wszystko się zjebało. Ps: Przepraszam za słownictwo.
Na końcu chciałabym polecić Wam bloga, mojej kochanej Oliwii.
O to link do niego: http://real-love-never-pass.blogspot.com/
Ta dziewczyna w ostatnim czasie bardzo mnie wspiera, a do tego mamy wspólną pasję, którą jest pisanie właśnie :) Opowiadanie jest cudowne, naprawdę ręczę za nie. Wszystko dopiero się rozkręca, a ta młoda osóbka daje z siebie wszystko więc doceńcie i jej ciężką pracę nad blogiem (i książką na Wattpadzie) i wpadnijcie tam ;)
Pozdrawiam Basia <3

21 lipca 2017

Rozdział 39. Najlepszy tata na świecie.

Hejka naklejka! <3
Kochani no jestem normalnie z siebie dumna! Napisałam ten rozdział zaledwie w kilka godzin :D dlatego też wstawiam go od razu. Zauważyłam wgl, że odkąd zaczęły się wakacje pisanie idzie mi zajebiście świetnie (skromnie mówiąc xD). W końcu mi się chcę, mam wenę i masę pomysłów. To wspaniałe uczucie <3 Och myślę, że TEN ROZDZIAŁ spodoba Wam się bardzo xD Dlaczego? Przekonajcie się sami ;)
Zapraszam do czytania ;*

*********

29 sierpnia 1988 roku, miał być wyjątkowym dniem. Ze względu na urodziny Michaela jak i prezent, który chciałam mu podarować. Przez cały dzień chodziłam podekscytowana, ale równie cieszyłam się jak i stresowałam. Michaela nie było w domu, dlatego chciałam mu zrobić niespodziankę. Od dwóch tygodni był w Las Vegas, odbywał tam koncerty. Strasznie za nim tęskniłam, ale nie mogłam niestety jechać z nim. Praca. Z jednej strony dobrze, że nie było go przez ten czas w domu. Nie musiałam się przed nim ukrywać. Moja ciąża coraz bardziej dawała się we znaki. Nawet sama Jessica się domyśliła i byłam zmuszona wszystko jej powiedzieć. Strasznie ucieszyła się na tą wiadomość, ale nie rozumiała jednego. Dlaczego nadal nie powiedziałam o tym Michaelowi? No właśnie dzisiaj miało się wszystko wyjaśnić. Michael miał wrócić do domu po południu. Z Jess od rana szykowałam tort, cały Neverland był ustrojony. Goście pozapraszani. Chciałam zrobić mu niespodziankę. Mimo, że kilka dni temu kiedy rozmawiałam z nim przez telefon stanowczo zaznaczył, że mam niczego nie szykować na jego urodziny i nie zawracać sobie tym głowy. A ten dzień spędzimy sami. Oczywiście, że go nie posłuchałam. To były jego 30 urodziny i trzeba było je porządnie uczcić. Poza tym nawet jeśli nie zorganizowałabym tej imprezy, Jacksonowie i tak by przyjechali. Czułam, że to będzie wspaniały dzień. Większość gości już było. Jedzenie i tort również był gotowy. Ja musiałam się tylko przebrać w coś bardziej odpowiedniego do świętowania urodzin i zostało tylko czekanie na Michaela. Kiedy w łazience rozebrałam się do bielizny mimowolnie spojrzałam na swój lekko zaokrąglony brzuszek. Uśmiechnęłam się dotykając go.
-Już niedługo kochanie...- szepnęłam wzdychając. Szybko wcisnęłam na siebie białą, przewiewną sukienkę i zbiegłam na dół, do wszystkich gości.
-Pani Victorio, telefon do pani.- zawołała do mnie Eliza. Jedna z pokojówek. Uśmiechnęłam się do niej i udałam się do salonu.
-Kto w ogóle dzwoni?- spytałam za nim podniosłam słuchawkę.
-Michael.- odparła i po chwili zniknęła mi z oczu. Denerwowało mnie, że do mojego narzeczonego wszyscy zwracają się po imieniu, a do mnie jakbym była jakąś królową. Tyko „pani Victorio, panienko”. Eh... Przyłożyłam słuchawkę do ucha.
-Dzień dobry panie Jackson.- przygryzłam wargę. Usłyszałam słodki śmiech po drugiej stronie.
-Witak księżniczko. Co robisz?
-Czekam na Ciebie i strasznie się nudzę... A właśnie! Jesteś już w drodze?
-No właśnie kochanie, bo... ja dlatego dzwonię...- nie podobał mi się jego ton.
-Przepraszam Cię strasznie, ale nie wracam dzisiaj do domu.- mina mi zrzedła.
-Co, ale dlaczego? Coś się stało?
-Muszę zostać jeszcze na minimum dwa tygodnie.- aż oczy wyszły mi na wierzch Postanowiliśmy z Tom'em, że nakręcimy tu teledysk do „Liberian Girl”.
-Michael, ale dzisiaj są Twoje urodziny! Mieliśmy ten dzień spędzić razem, obiecałeś mi. Nie widzieliśmy się dwa tygodnie.- mój dobry humor zmienił się w zawrotnym tempie. Myślałam, że go normalnie rozszarpie przez ten telefon. Akurat teraz zachciało mu się kręcenia teledysku.
-Vicki wiem...ale nie złość się na mnie. Obiecuję, że wynagrodzę Ci to tylko kiedy wrócę.- jak ja słyszę te jego „wynagrodzę Ci to” to rzygać mi się chcę.
-Michael, ale ja nie chcę żadnych brylantów i drogich kolacyjek. Ja chcę Ciebie.- usłyszałam, jakiś inny męski głos po drugiej stronie.
-Vicki przepraszam Cię, ale muszę kończyć. Oddzwonię do Ciebie za jakiś czas. Kocham Cię.- i po prostu się rozłączył. Byłam wściekła. Wzięłam kilka głębszych wdechów żeby się uspokoić i postanowiłam poinformować wszystkich, aby wracali do domów, bo impreza się nie odbędzie...
-Kochani muszę Wam coś powiedzieć...- stanęłam na środku salonu. Osoby, które były na tarasie widząc, że coś się dzieje również zjawiły się szybko w środku. 
-Otóż...Michael niestety nie przyjedzie. Musi zostać w Vegas jeszcze dwa tygodnie. Także przykro mi, ale z naszej niespodzianki nici.- po pomieszczeniu rozległ się pomruk niezadowolenia. Chwilę później żegnałam się ze wszystkimi.
-A co z tortem i tym jedzeniem? Boże, zabiję tego Jacksona przysięgam. Rzucę się na niego jak tylko przekroczy próg tego domu.- Jessica chodziła w kółko cała nabuzowana. Chciało mi się z niej śmiać.
-Chętnie Ci pomogę.- uśmiechnęłam się.
-No, ale Vicki co Ty teraz zrobisz?- zatrzymała się i spojrzała na mnie- Przecież dzisiaj miałaś mu powiedzieć...- zastanowiłam się na chwilę. Do głowy wpadł mi pewien pomysł. Uśmiechnęłam się do kucharki.
-I mu powiem.- postanowiłam do końca nie rezygnować z mojego planu. Dzisiaj były jego urodziny i nie pozwolę by ten dzień spędził tylko na pracy. Pognałam na piętro i wyciągnęłam swoją czerwoną walizkę z szafy i spakowałam do niej trochę ubrań i kosmetyków. Oczywiście nie zapomniałam o prezencie dla Michaela. Przebrałam się w luźniejsze ciuchy i byłam gotowa. Zawiesiłam torebkę na ramieniu, wzięłam do ręki walizkę i z okularami na nosie i kapeluszem na głowie ruszyłam na dół. Od niedawna zaczęłam podkradać Michaelowi jego kapelusze. Tak jakoś nagle mi się spodobały. Wszyscy się śmiali, że niedługo będę wyglądać jak jego kobieca kopia. Jessica spojrzała na mnie zdziwiona.
-A Ty gdzie się już wybierasz?
-A jak myślisz?
-No dobra, dobra. Tylko ja dalej nie wiem co mam zrobić z tym żarciem!- zaśmiałam się.
-Zrób jakąś imprezę, daj naszym ochroniarzom, albo coś w tym stylu. Na pewno się nie zmarnuję.- pocałowałam ją w policzek. Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Roberta i powiedziałam mu, żeby wziął Eddie'go podjechali samochodem pod dom. Kiedy Michaela nie ma w domu, moim osobistym ochroniarzem jest właśnie Robert. I nigdzie mam się bez niego nie ruszać, bo gdyby zachciało mi się nawet pojechać gdzieś samej, on zaraz nakabluje na mnie Michaelowi. A to przez to, że się go boi. Z kolei na Roberta mają mieć oko inni „goryle” w razie gdyby za bardzo przeginał z kulturalnością wobec mnie. Ta, to wszystko chore wymysły mojego faceta. To zabawne, co miłość robi z człowiekiem.
-Powiedz Jacksonowi, że ma ode mnie porządnego kopa w dupę. Albo nie! Sama mu go ode mnie przekażesz.- zaśmiałam się.
-Oczywiście, nawet go pozdrowię od Ciebie.- pożegnałam się z Jess i wyszłam przed dom. Robert zdziwił się kiedy zobaczył moją walizkę, ale nic nie mówił, tylko od razu wpakował ją do bagażnika. Wsiedliśmy do czarnego mercedesa.
-To gdzie jedziemy szefowo?- dostrzegłam jak Eddie uśmiecha się do mnie w lusterku.
-Do Vegas.- wystarczyło tylko tle. Chłopaki już dokładnie wiedzieli w jakie miejsce jedziemy. Droga zajęła nam aż cztery godziny. Nie obyło się bez kilku przystanków. Trochę też spałam. Ale co chwilę się budziłam. Fotele w samochodzie jednak nie były tak bardzo wygodne jak nasze łóżko w sypialni.
-Daleko jeszcze?- jęknęłam.
-Jesteśmy an miejscu.- na te słowa od razu się ożywiłam i otworzyłam oczy. Spojrzałam w okno. Po raz pierwszy byłam w LV i muszę przyznać, że podobało mi się tutaj. Chociaż i tak najbardziej kochałam nasze słoneczne LA. 


Las Vegas było bardzo kolorowym miastem. Była tutaj nawet „mniejsza kopia” wieży Eiflla. Wysokie wieżowce i wszędzie ogromne billboardy z gwiazdami. Był późny wieczór więc tym bardziej miałam piękne widoki. W końcu zajechaliśmy pod odpowiedni hotel. Był tylko jeden problem. Całe wejście do hotelu było uniemożliwione przez tłum fanów i kręcących się paparazzi.
-No kiedy Cię zobaczą na pewno będą wiedzieli kim jesteś. Już tym bardziej patrząc na Twój strój.- zmarszczyłam czoło i spojrzałam na moje ubrania.
-Co Ty chcesz od moich ciuchów?
-Ja nic, ale wyglądasz jak Jackson. Już sobie tą fedorę mogłaś chociaż odpuścić.- poprawiłam kapelusz na głowie. Nie moja wina, że przez tą ciążę nabrałam dziwnych nawyków. 
-Och przesadzasz.- machnęłam ręką na ochroniarza.
-To jak dostaniemy się do środka?
-Podjechałbym od tyłu, ale nigdy nie byłem w tym hotelu. Nie znam zbytnio jego układu. Poza tym wielu ludzi nas już obserwuje. Zaraz polecą za nami.- stwierdził Eddie.
-Dobra robimy tak.- głos znowu zabrał Robert.
-Ja idę z Tobą do wejścia.- pokazał na mnie- Tylko trzymaj się blisko mnie. I musimy zrobić to jak najszybciej. A Eddie weźmie Twoją walizkę i do nas dojdzie.- pokiwałam głową na znak, że się zgadzam.
-Okej, no to wychodzimy.- wysiedliśmy z auta, a ja od razu przykleiłam się do ramienia ochroniarza zasłaniając się kapeluszem. Przez chwilę szliśmy niezauważeni, ale to szybko się zmieniło...
-To Victoria!- jakaś dziewczyna krzyknęła w naszą stronę, na co tłum wydał z siebie głośny pisk i wręcz rzucił się na nas.
-Cholera jasna.- ochroniarz przeklął.- Victoria złap mnie za rękę i biegnij jak najszybciej.- podałam dłoń mężczyźnie i wykonałam jego polecenie. Było bardzo ciężko przecisnąć się przez tłum wariujących ludzi, ale jakoś daliśmy radę. Kiedy byliśmy już w holu hotelu odetchnęłam z ulgą.
-Boże święty nigdy więcej...- poprawiłam włosy i ubranie. Ochroniarz uśmiechnął się tylko na moje słowa. Po chwili dotarł do nas Eddie. Odebrałam od niego walizkę.
-Zostańcie na razie. Możecie się jeszcze przydać. Ja idę do recepcji.- jak powiedziałam tak zrobiłam. Nie ściągałam swojego „kamuflażu”.
-Dobry wieczór.- powiedziałam do młodej kobiety, która siedziała za recepcją. Nawet na mnie nie spojrzała.
-Dobry wieczór. W czym mogę pomóc?- widać było, że była bardzo zajęta.
-Ja chciałabym się dowiedzieć, w którym pokoju zatrzymał się Michael Jackson.- w tym momencie spojrzała na mnie. Zmierzyła mnie z góry na dół i ponownie się odezwała.
-Oczywiście. Może życzy sobie pani jeszcze kartę do apartamentu pana Jacksona?
-Prosiłabym.- uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością, zaśmiała się.
-Proszę w tej chwili opuścić hotel, bo inaczej wezwę ochronę.- spojrzałam na nią zszokowana.
-Słucham?
-To co pani słyszała. Było już tutaj chyba dziesięć fanek i nie mam zamiaru nabrać się i tym razem.
-Przepraszam bardzo, ale ja jestem jego narzeczoną. Victoria Lancaster. Może mam pokazać jeszcze pani dowód osobisty?- przybrałam wredny ton głosu. Skoro ona nie była dla mnie miła to ja również nie zamierzałam.
-Niech pani sobie daruje naprawdę. Proszę opuścić hotel.- no ręce mi po prostu opadły. To są chyba jakieś żarty. Zaśmiałam się.
-Pani nie wie chyba z kim rozmawia.
-A pani chyba nie rozumie po angielsku. Proszę bardzo, wzywam ochronę.- sięgnęła po telefon i spojrzała na mnie wyczekująco. Przeklęłam pod nosem i obróciłam się napięcie. Rozejrzałam się po ogromnym korytarzu. I co ja mam teraz zrobić? Nigdzie nie widziałam Roberta ani Eddie'go. Nagle ktoś wyszedł z windy. Spojrzałam w tamtą stronę. Odetchnęłam z ulgą. To był George. Uśmiechnięta podleciałam do ochroniarza, zauważył mnie od razu.
-Victoria co Ty tutaj robisz?- zdziwił się na mój widok.
-Przyjechałam w odwiedziny.
-No, Michael na pewno się ucieszy.- uśmiechnął się, odwzajemniłam to- Dlaczego nie poszłaś do niego od razu?- uśmiechnął zniknął mi z twarzy.
-Bo pewna miła pani nie uwierzyła, że jestem narzeczoną Michaela Jacksona i nie chciała mnie do niego wpuścić.- powiedziałam na tyle głośno, że wszystkie osoby, które znajdowały się w holu spojrzały na nas. Nie, wcale nie było mi głupio. Ściągnęłam okulary i kapelusz, pozwalając tym samym, aby moje długie włosy rozlały się falami na ramionach. Odwróciłam się do tyłu i spojrzałam na zszokowaną twarz recepcjonistki. Chcielibyście zobaczyć jej minę. Zaczęła iść w naszą stronę. George zaśmiał się i pociągnął mnie za rękę do windy.
-Lubisz zwracać na siebie uwagę, jak Jackson.- westchnął nie przestając się cieszyć. Poprawiłam torebkę.
-Nie prawda. Nie moja wina, że ta kobieta nie chciała mi powiedzieć, w którym pokoju zatrzymał się Michael. Jeszcze ochronę chciała wezwać! Dopiero dziennikarze mieliby używanie. Narzeczona Jacksona wyprowadzona przez ochronę. Koniec świata.- George cały czas się ze mnie nabijał.
-Z kim przyjechałaś?
-Z Eddiem i Robertem.
-Robert był grzeczny?- spojrzał na mnie dwuznacznie.
-Nic Ci nie powiem, bo wszystko wypaplasz Jacksonowi.- zaśmiał się. Dojechaliśmy w końcu na odpowiednie piętro. Ochroniarz zaprowadził mnie pod drzwi z numerem 158.
-Przyjechaliśmy jakąś godzinę temu z koncertu, więc Michael na pewno jest w środku. Pewnie bierze prysznic.- puścił mi oczko, wywróciłam oczami.
-Dobrze wiedzieć.- mruknęłam. Otworzył mi drzwi kartą, którą po chwili mi podał.
-Na razie jest Twoja, tylko jej nie zgub.
-Postaram się.
-Te drzwi zamykają się jakoś od środka?- spytałam za nim weszłam do pomieszczenia.
-A co boisz się, że ktoś wam przeszkodzi?- uśmiechnął się.
-Czytasz mi w myślach.- zaśmiał się.
-Tak zamykają się też na kartę, jakby coś nie działało to trzeba wpisać odpowiedni kod.
-Jaki?- spytałam od razu.
-On jest ściśle tajny.- palcem pokazał żebym przysunęła się bliżej niego, tak też zrobiłam.
-Data Twojego urodzenia.- wyszeptał jakby podawał mi informację, od której zależy los całego świata. Zaczęłam się śmiać.
-Serio?- spojrzałam na niego z politowaniem. To był zapewne pomysł Michaela, tylko on ma takie durnowate pomysły.
-Serio, serio. Dobra zmykaj już do swojego księcia z bajki, bo od dwóch tygodni wygląda na bardzo wyposzczonego.- po raz kolejny wybuchłam śmiechem- Szefuncio po prostu marnieje nam w oczach.
-Zapewniam Cię, że zajmę się nim odpowiednio. Dobranoc.
-Dobranoc Vicki.- uśmiechnął się. Weszłam do środka i zamknęłam za sobą drzwi. Rozejrzałam się po całym apartamencie. Nie zaskoczył mnie wcale przepych jaki w nim panował. Chyba powoli przyzwyczajałam się do tych wszystkich luksusów. Ciągnąc za sobą walizkę weszłam do ogromnego salonu, tam ją na razie zostawiłam. Zdjęłam płaszcz i zaczęłam rozglądać się po wszystkich pomieszczeniach. Trafiłam w końcu do sypialni z ogromnym łóżkiem na samym środku. Ciekawe po co mu takie wielkie łóżko...
W sypialni znajdowały się jeszcze jedne drzwi oprócz garderoby, którą też zwiedziłam. Była to łazienka, z której dobiegały dźwięki puszczanej wody. Uśmiechnęłam się pod nosem i rzuciłam się na łóżko. Poszłabym tam do niego pod ten prysznic, ale wolałam zaczekać tutaj i zobaczyć jego minę kiedy mnie zobaczy. Długo nie musiałam czekać, zaledwie po piętnastu minutach usłyszałam, że z łazienki wychodzi Michael. Szybko poprawiłam włosy i położyłam się na boku podpierając się jedną ręką. Wyszedł w białym szlafroczku. Z jego loków kapała jeszcze woda. Kiedy mnie zobaczył stanął jak wryty.
-Victoria?!- po chwili uśmiechnął się i z rozbiegu wskoczył na łóżko.
-A spodziewałeś się kogoś innego?- zaśmiałam się. Zaczął mnie całować i przytulać. Obięłam go nogami w pasie i przyciągnęłam do siebie za kołnierz szlafroka złączając nasze usta w kolejnym pocałunku. Przez dłuższą chwilę nie mogliśmy się od siebie oderwać. 
-Jak się tu dostałaś?- odsunął się delikatnie ode mnie. Cały czas się uśmiechał, wiedziałam, że się ucieszy.
-No cóż...nie powiem, że to było bardzo trudne. Recepcjonistka nie chciała uwierzyć, że jestem Twoją narzeczoną. Myślała, że jestem kolejną napaloną fanką i się podszywam. Taaa sama pod siebie. Chciała wezwać nawet ochronę, ale zobaczyłam w pobliżu George'a i on mnie tu przyprowadził.- zaśmiał się.
-Annie nie chciała Cię wpuścić?
-Jaka Annie?
-No ta recepcjonista.- zmrużyłam oczy.
-No proszę już jesteś z nią na Ty.- zaczął się śmiać.
-Zazdrośnica.- pstryknął mnie w nos- Nie, po prostu ma swoje imię napisane na plakietce.- zaczął się śmiać z mojej miny, klepnęłam go za to w ramię.
-W ogóle popsułeś mi niespodziankę dlatego postanowiłam, że nie odpuszczę i tak się dzisiaj zobaczymy. Spakowałam kilka rzeczy i przyjechałam tutaj z Eddiem i Robertem.
-To, że przyjechałaś jest jeszcze lepszą niespodzianką.- dał mi buziaka i wstał z łóżka.
-A właśnie, poczekaj tutaj.- zeskoczyłam z materaca i poszłam po swoją walizkę. Wyjęłam z niej prezent dla Michaela. Kiedy wróciłam do sypialni mój narzeczony właśnie się ubierał, ale zdążył zaciągnąć na siebie tylko bokserki. Był odwrócony do mnie tyłem. Podeszłam do niego i przytuliłam się do jego pleców, gładząc jego skórę na brzuchu. Po chwili odwrócił się do mnie przodem i przywarł do mojego ciała. Stanęłam na palcach.
-Wszystkiego najlepszego kochanie.- wyszeptałam i dałam mu buziaka. Zza pleców wyciągnęłam małą paczuszkę, uśmiechnął się. 
-Dziękuję skarbie, ale mówiłem Ci, że nie chcę żadnych prezentów. Ty mi wystarczasz w zupełności.- powiedział, ale przyjął prezent.
-Nie gadaj już tylko otwieraj. Mam nadzieję, że Ci się spodoba.- powiedziałam uśmiechając się pod nosem.
-Na pewno.- zaczął rozrywać kolorowy papier. W tym momencie zaczęłam się trochę denerwować. Jak zareaguje? Ucieszy się czy będzie zły? Ah, ale ja jestem głupia, na pewno się ucieszy... Mimo wszystko bałam się jego reakcji. Wziął w ręce koszulkę i przeczytał jej napis:
-Najlepszy tata na świecie...- zmarszczył czoło i spojrzał na mnie.
-Ale...- zaczął i zaciął się na chwilę. Ponownie spojrzał na koszulkę, a potem na mnie. W końcu wzrokiem zjechał na mój brzuch. Przygryzłam wargę i spojrzałam w bok.
-Ty jesteś...- nie mógł się w ogóle wysłowić. Pokiwałam głową czując jak łzy napływają mi do oczu. Ujrzałam błysk w jego oczach, uśmiechnął się szeroko po czym podbiegł do mnie. Uniósł mnie jakbym w ogóle nic nie ważyła i zaczął kręcić się w kółko.
-Victoria naprawdę jesteś w ciąży?!- przytulił mnie mocno.
-Tak...- wyszeptałam. Postawił mnie na ziemi i upadł na kolana. Podwinął moją koszulkę i przytknął policzek do mojego brzucha kładąc dłonie na moich biodrach. Po chwili zaczął mnie całować po lekko zaokrąglonym brzuchu. W końcu wstał i ujął moją twarz w dłonie.
-Ty płaczesz.- powiedziałam widząc kilka łez na jego policzku.
-Ty też.- zaśmiałam się.
-Bo nie spodziewałam się, że aż tak się ucieszysz...
-Dałaś mi najpiękniejszy prezent na świecie, jak mógłbym się z tego nie cieszyć?- zaczął bardzo czule całować moje usta.
-Kocham Cię.- wyszeptał.
-Ja Ciebie bardziej.- patrzyliśmy się chwilę na siebie w milczeniu, po czym znowu zaczęliśmy się całować. Na początku delikatnie, ale potem coraz bardziej łapczywie. Wziął mnie na ręce i ułożył na łóżku. Nie widzieliśmy się przez dwa tygodnie i musieliśmy to porządnie nadrobić. Michael był bardzo delikatny i czuły wobec mnie. Nie spieszyliśmy się z niczym, doprowadzaliśmy się do obłędu stopniowo. Bardzo za nim tęskniłam i starałam się nim nacieszyć, żeby przeżyć jakoś kolejne dwa tygodnie samotnie. Po wszystkim leżeliśmy wtuleni w siebie. Zaczęłam się śmiać kiedy zobaczyłam, że dłoń Michaela znika pod kołdrą i zaczyna mnie dotykać.
-Mało Ci? Jesteś po koncercie, powinieneś być zmęczony.
-No właśnie, wyobraź sobie, że mam w sobie duże pokłady energii i czuję, że muszą ją porządnie rozładować.- uśmiechnął się przygryzając wargę.
-Na mnie?
-Mhmm...- mruknął kładąc się na mnie. Poczułam jak robi mi malinki na szyi.
-Michael przestań. Znowu będę musiała nosić bluzy i golfy...
-Oj tam, dla mnie się trochę przemęczysz.- odnalazł moje usta. Wplotłam palce w jego wilgotne loki odwzajemniając pocałunek. Zaczął coraz intensywniej mnie całować, wsuwając w końcu język do moich ust. Mruknęłam zadowolona kiedy poczułam jak ociera się o mnie jednoznacznie.
-Okej wystarczy.- mruknęłam odrywając się od niego. Czułam, że zaraz nie będę mogła się już powstrzymać i podniecenie znowu weźmie górę. Spojrzał na mnie zdziwiony.
-Co za dużo to nie zdrowo kotku.- uśmiechnęłam się do niego zalotnie. Westchnął i zszedł ze mnie. Po chwili poczułam jak przyciąga mnie do siebie. Przełożyłam nogę przez jego pas i przytuliłam się do jego boku przymykając oczy.
-Który to miesiąc?- czułam jego delikatny dotyk na moim podbrzuszu.
-Trzeci...
-I powiedziałaś mi dopiero dzisiaj?
-No...- nie wiedziałam co mam powiedzieć. Skłamać czy powiedzieć mu prawdę?
-Od kiedy wiesz?- spytał przewiercając mnie wzrokiem na wylot. Trudno było skłamać czując na sobie jego wzrok.
-Dowiedziałam się kiedy zawiozłeś mnie do szpitala...- spuściłam wzrok czekając na jego reakcję.
-Ale ze mnie kretyn. Jak mogłem się nie domyślić? To dlatego wymiotowałaś często...i miałaś apetyt na dziwne rzeczy.
-Ja też nic nie wiedziałam dopóki doktor Feldman mi nie powiedział.
-Dlaczego nie powiedziałaś mi od razu?- znowu na mnie spojrzał. Wiedziałam, że zada mi to pytanie, westchnęłam.
-Michael...dobrze wiesz w jakich stosunkach byliśmy. Nie chciałam, żeby to dziecko nas pogodziło. Chciałam z tym poczekać. A potem kiedy już do siebie wróciliśmy tak na poważnie, stwierdziłam, że zrobię Ci niespodziankę i poczekam do Twoich urodzin. Chyba nie jesteś zły?- spojrzałam na niego, cmoknął mnie w czoło.
-Nie, jestem szczęśliwy.
-Michael?
-Mhmm?
-A co z Twoją karierą?- spytałam kreśląc palcem serduszka na jego piersi.
-Tym się nie przejmuj.
-Wiesz, że dziecko zobowiązuje?
-Wiem i nie martw się, nie zostawię Cię z niczym samej.
-Boję się...- szepnęłam myśląc, że nie usłyszy. 
-Skarbie spójrz na mnie.- wykonałam jego prośbę, dotknął mojego policzka.
-Jesteście dla mnie najważniejsi. Zawsze przy was będę i nie pozwolę aby Tobie ani naszemu dziecku stała się jakaś krzywda.- dał mi buziaka, uśmiechnęłam się na jego słowa.
-Michael?
-Tak?
-A nadal będę Ci się podobać jak zrobię się gruba, brzydka i opuchnięta?- zaśmiał się.
-Mmm myślę, że raczej tak. Lubię jak jest za co złapać.- klepnął mnie lekko w tyłek szczerząc głupkowato, zmarszczyłam czoło.
-Ja pytam poważnie.
-Kochanie zadajesz głupie pytania. Nawet jak będziesz ważyć dwadzieścia kilo więcej to będę kochał Cię równie mocno jak teraz.- starał się być poważny, ale i tak wiedziałam, że się ze mnie nabija.
-Jasne...na pewno znajdziesz sobie jakąś młodszą lafiryndę. Pewnie jakąś z długimi nogami, szczuplejszą...- wyliczałam na palcach- Z większymi cyckami...- znów zaczął się śmiać.
-Mmm kusząca propozycja, ale zdecydowanie wolę Ciebie.- jego ręka powędrowała właśnie na mój biust.
-Zobaczymy za kilka miesięcy...- mruknęłam.
-Zobaczymy.- wyszczerzył się. Wgramoliłam się na niego siadając okrakiem na jego brzuchu, jego dłonie automatycznie powędrowały na moje pośladki.
-A mówiłaś, że co za dużo to nie zdrowo...
-No, bo taka jest prawda. Chcę wstać z łóżka, ale Ty mi to uniemożliwiasz.
-A po co chcesz wstać?
-Chcę wziąć prysznic.
-Mmm to może ja pójdę z Tobą i umyję Ci plecki co?- przygryzł wargę.
-Wiesz, myślę, że poradzę sobie sama.- wstałam i zarzuciłam na siebie jego szlafrok.
-Ej...- mruknął niezadowolony.
-Nie marudź Jackson. Już późno, jest po dobranocce. Nie wiem czemu Ty jeszcze nie śpisz.- założyłam ręce na piersiach.
-No chyba oszalałaś, na pewno nie pójdę teraz spać.
-Yhym zobaczymy jak wrócę z łazienki. Będziesz spać jak aniołek.- podeszłam do łóżka nachylając się nad nim.
-No jak wyjdziesz może, po trzech godzinach to raczej na pewno będę już spał.- uśmiechnął się.
-Bardzo śmieszne.- odeszłam kiedy chciał mnie pocałować. Poszłam do jego garderoby i wróciłam z czerwoną koszulą w ręku.
-Ej to moje!
-Teraz już moje.- posłałam mu całusa i zniknęłam za drzwiami łazienki. Ściągnęłam z siebie szlafrok i po chwili czułam jak gorąca woda drażni moją delikatną skórę. Kiedy już się umyłam, włożyłam na siebie flanelową koszulę Michaela, podciągając przy tym rękawy i wyszłam z łazienki na bosaka. Tak jak myślałam mój kochany spał sobie w najlepsze. Zgasiłam lampkę koło łóżka i położyłam się obok mojego faceta. Chyba przebudził się na chwilę, ale tylko po to żeby wtulić się w moje ciało.
-Dobranoc kochanie.- mruknął zaspany całując mnie w ramię, uśmiechnęłam się.
-Dobranoc.- szepnęłam. Zmęczona, niemalże od razu zapadłam w głęboki sen.

*********

Rozdział krótki wiem xD ale za to jaki treściwy ;p W końcu zadowoleni? XD Mam nadzieję, że tak :D Ja sama jestem bardzo zadowolona z tego rozdziału :)  Postaram się jak najszybciej naskrobać kolejny :) Wgl mam wrażenie, że nie wiem...moje opowiadanie może zaczęło niektórych nudzić, albo coś w tym stylu? Co raz mniej komentarzy pod postami :( A ja tak się staram i zarywam noce, niektórzy mogą potwierdzić <3 Staram się naprawdę i chciałabym znać Waszą opinię. To dla mnie bardzo ważne, więc rzućcie od czasu do czasu kilka słów na temat rozdziału. Będę niezmiernie wdzięczna :) 
Życzę dobrej nocy :)