12 lipca 2017

Rozdział 37. Z dzieckiem Wam do twarzy.

Hejka! :D
Zdziwieni, że tak szybko dodałam rozdział? Powiem, że ja też xD No, ale jak się siedzi ciągle w domu na dupie, to co mam robić xD tym bardziej jak wena dopisuje :D Chciałabym jeszcze Was uroczyście o czymś poinformować :D Niedawno wpadłam na (skromnie mówiąc) genialny pomysł nowego opowiadania :) Nie martwcie się, to oczywiście będzie dalej kontynuowane bez żadnego zawieszania ;) Ogólnie miałam nie pakować się w dwa opowiadania, ale tej historii nie mogę podarować, za bardzo się już napaliłam xD A że wszystko jest już w produkcji to klamka zapadła :D Kiedy się pojawi? Kiedy tylko będę mieć gotowy blog (tak, będzie ono na osobnym blogu) i zwiastun. O wszystkim jeszcze Was dokładnie poinformuję kiedy wszystko będzie gotowe i oczywiście wrzucę tutaj adres nowego bloga ;) Co do dzisiejszego rozdziału! Tak, wiem że czekacie aż Victoria powie Michaelowi o ciąży, ale jeszcze trochę sobie poczekacie xD jeśli w ogóle powie... ;p
Zapraszam na rozdział :D 

****************

Obudziło mnie jakieś ostre, rażące światło. Jak się chwilę potem okazało, to było słońce, a raczej jego silne promienie, przedzierające się przez śnieżnobiałe zasłony. Uchyliłem lekko powieki i ujrzałem najpiękniejszy widok na świecie. Victoria leżała na moim torsie, rękoma oplatając mój brzuch. Uśmiechnąłem się i spojrzałem na zegarek. Była dokładnie trzynasta po południu! No nieźle... Ale przynajmniej w końcu się wyspałem. Od dwóch miesięcy, nie sypiałem prawie w ogóle, chyba nie muszę mówić dlaczego. Postanowiłem już nie roztrząsać tego co było wtedy tylko zająć się tym co jest teraz. Wpatrywałem się w moją śpiącą księżniczkę, a miałem tym bardziej ciekawe widoki dlatego, że Vicki była cała odkryta. Przygryzając wargę zacząłem muskać jej delikatną skórę na ramieniu, potem zjechałem na plecy, a następnie pośladki. W tym momencie poruszyła się lekko. Zaśmiałem się cicho pod nosem i zacząłem ją cmokać w usta. Dalej mając zamknięte oczy, uśmiechnęła się słodko oddając moje pocałunki. 

 
Trochę mnie poniosło, bo kilka sekund później leżałem na mojej kobiecie całując ją namiętnie.
-Michael...- zaśmiała się odrywając ode mnie - WSZYSTKO mnie boli.- zaakcentowała to słowo.
-Mmmm chętnie zrobię Ci masaż.- wymruczałem zjeżdżając nieco niżej, dokładnie na jej dekolt, westchnęła po czym parsknęła śmiechem.
-Tam raczej nie zrobisz...- spojrzała na mnie dwuznacznie. Podniosłem głowę znad jej biustu i wyszczerzyłem się poruszając brwiami.
-Głupek.- rzuciła z uśmiechem rumieniąc się.
-Słodko wyglądasz z rumieńcami.- puściłem jej oczko dotykając dłonią jej łydki, a następnie uda. Niestety moja dłoń nie dotarła do celu, gdyż Victoria zaczęła się chichrać i mnie odpychać. Dziwne...bo w nocy nie była taka wstydliwa.
-Michael przestań!- mówiła śmiejąc się cały czas. Chwyciła się kołdry, którą chciałem jej wyrwać, ale udało jej się mi ją zabrać. Opatuliła się cała tak, że mogłem dostrzec tylko jej oczy. I to właśnie po nich wiedziałem, że ciągle się uśmiecha.
-Kilka godzin temu nie byłaś taka wstydliwa.- wyszczerzyłem się przypominając sobie całą nieprzespaną noc. Na samą myśl, poczułem milion dreszczy. Położyłem się na boku nie spuszczając wzroku z Victorii. Chyba musiał być zbyt intensywny, bo w końcu nie wytrzymała i odwróciła się do mnie tyłkiem.
-Zawstydzasz mnie.- wymruczała spod tej pościeli. Ryknąłem śmiechem.
-Ale przecież ja nic takiego nie robię.- dalej się śmiałem. Odwróciła się do mnie i spojrzała na mnie z politowaniem.
-No dobra...Myślałem, że Ci przeszło.- przyznałem po chwili.
-Robisz to specjalnie?!- udała oburzenie.
-No...czasami.- zrobiłem minę niewiniątka.
-O nie. Zasłużyłeś na karę Jackson.- zmrużyła oczy po czym zrzuciła z siebie kołdrę i stanęła przede mną, oczywiście nago. Zaczęła się niby rozciągać, ale tak naprawdę prężyła się jak... Obserwowałem każdy jej ruch, kiedy ona spokojnie spacerowała sobie po sypialni zbierając swoje ubrania. Poczułem na ustach jakąś ciepłą ciecz, okazało się że to krew. Przegryzłem sobie wargę do krwi, zaśmiałem się oblizując usta. Co oczywiście w oczach Victorii znów wyglądało dwuznacznie, ale przecież musiałem jakoś...Ah, wracając do mojej kobiety. Kiedy wypięła się grzebiąc coś w komodzie nie wytrzymałem i zeskoczyłem z łóżka. Nie mogła mnie tak bezkarnie prowokować. Odwróciła się w moją stronę unosząc brwi do góry.
-Krótko wytrzymałeś, kochanie.- przylgnąłem do niej całym ciałem – Ale to nie koniec tortur.- szepnęła mi do ucha jednocześnie popychając mnie z powrotem na łóżko. Usiadła na moich kolanach uśmiechając się zadziornie. Samym spojrzeniem mnie podniecała, ale to co zaczęła robić chwilę później... Jej drobna rączka najpierw delikatnie zahaczała o wypukłość moich bokserek, by za chwilę wsunąć dłoń pod materiał. Zamknąłem oczy i odchyliłem się lekko do tyłu. Poczułem jak Victoria składa pocałunki na moim policzku, a następnie przygryza płatek ucha. Mruknąłem zadowolony na co jeszcze bardziej zacisnęła palce na mojej męskości. Nie mogąc już wytrzymać zacząłem dyszeć, co najwyraźniej satysfakcjonowało moją partnerkę, bo ciągle się uśmiechała. Nagle zwolniła tempo po czym wyjęła rękę spod białego materiału, przysuwając się do mnie i całując lekko w usta. Zszokowany spojrzałem na nią.
-Victoria nie rób mi tego. Nie teraz...- wyjąkałem zachrypniętym głosem będąc na skraju wytrzymałości.
-No właśnie kochanie sęk w tym, że ja już Ci więcej nic nie zrobię.- uśmiechnęła się słodko wzruszając ramionami. Ah więc to była ta jej kara...Chciała zejść z moich kolan, ale nie pozwoliłem jej na to, przyciskając ją bardziej do mojego krocza.
-Nie nieźle, panie Jackson.- poruszyła brwiami śmiejąc się pod nosem. Ją to zwyczajnie bawiło.
-Nie wygłupiaj się no...Proszę Cię.- zaczęła się jeszcze bardziej śmiać.
-Weź kolorową gazetkę i idź do łazienki sobie ulżyć, bo jedyne co ode mnie dostaniesz dzisiaj to celibat na miesiąc. Może odechce Ci się tych żartów.- cmoknęła mnie w policzek i zeszła z moich kolan.
-Wiedz, że się zemszczę.- z krzywą miną pogroziłem jej palcem.
-Tak, tak ja Ciebie też bardzo kocham.- uśmiechnęła się i zniknęła za drzwiami łazienki. Odprowadziłem ją wzrokiem kręcąc głową. Co ta kobieta ze mną wyprawia? Musiałem wziąć długi, zimny prysznic, żeby się jakoś ogarnąć. Kiedy ubrany ponownie wszedłem do sypialni, Vicki leżała na łóżku grzebiąc coś w telefonie. Przypomniałem sobie o czymś nagle...
-Skarbie?
-Mhm?
-Mam coś dla Ciebie.- odłożyła komórkę i spojrzała na mnie zaciekawiona. Usiadłem obok niej i wyciągnąłem złoty pierścionek z szuflady.
-To chyba należy do Ciebie.- powiedziałem klękając przed nią na jedno kolano. Jej mina była dokładnie taka jak wtedy na plaży, kiedy pierwszy raz jej się oświadczyłem.
Jej zaszklone oczy i szeroki uśmiech mówiły wszystko.
-Więc..wyjdziesz za mnie Victorio?- spytałem w końcu. Pokiwała tylko głową i rzuciła mi się w ramiona.

************
Moja radość była nie do opisania, kiedy na swoim serdecznym palcu znów mogłam oglądać złoty pierścionek. Nie było chwili żebym się w niego nie wpatrywała. Trzymając się za ręce zeszliśmy do kuchni na śniadanie.
-Dzień dobry Jess.- powiedzieliśmy w tym samym czasie widząc kobietę krzątającą się po kuchni. Odwróciła się szybko w naszą stronę. Kiedy mnie zobaczyła...Nie muszę chyba mówić jaka była jej reakcja, prawda?
-Victoria!- przytuliła mnie tak mocno, że aż się zachwiałam.
-Na mój widok jakoś nigdy się tak nie cieszysz.- mruknął kąśliwie Michael.
-Ciebie to ja mam na co dzień.- machnęła na niego ręką. Zaśmiałam się.
-No nie mówcie, że wy...- zaczęła spoglądając na mnie to na mojego narzeczonego.
-Zależy o co konkretnie pytasz.- zaczął Michael, przewróciłam oczami.
-Tak, wróciliśmy do siebie.- powiedziałem w końcu.
-Aaaaaa no nareszcie!- Jessica wydała z siebie okrzyk entuzjazmu.
-Jakie wróciliśmy? To my kiedykolwiek się rozstaliśmy? Bo nie przypominam sobie.- pokręciłam rozbawiona głową słysząc słowa Michaela.
-Siadajcie i opowiadajcie wszystko, a ja w tym czasie zrobię śniadanie.- klasnęła w dłonie i podleciała do kuchenki. Michael wyciągnął do mnie rękę, którą od razu chwyciłam i usiadłam na jego kolanach.
-Ale tak ze szczegółami z mienionej nocy czy...- klepnęłam go w ramię, na co cmoknął mnie w szyję.
-Bardzo śmieszne Jackson.- Jess rzuciła mu znaczące spojrzenie na co posłał jej całusa uśmiechając się szeroko. Pokrótce opowiedzieliśmy gosposi o wszystkim. Michael również nie pominął faktu, iż byłam w szpitalu, jak i moich dolegliwościach. Jessica dziwnie się na mnie patrzyła w tamtym momencie, jakby coś podejrzewała... Miałam tylko nadzieję, że nie palnie niczego przy Michaelu. Chcę by dowiedział się w odpowiednim czasie. Już niedługo...
-Oj już ja Cię przypilnuje z tym jedzeniem.- Jess podsunęła mi talerz z gorącym omletem pod nos. Skrzywiłam się lekko.
-I nie krzyw się tak, bo nałożę Ci więcej!- pogroziła mi palcem. Co w tym czasie robił mój ukochany? Oczywiście, że nabijał się ze mnie.
-Karma wraca.- szepnął mi na ucho dotykając mojego uda. Strzepnęłam jego rękę udając, że się obraziłam. Resztę śniadania spędziliśmy raczej spokojnie. No może oprócz ciągłych zaczepek Michaela, który zaczął wrzucać mi słonecznik za koszulkę.
-Zaraz dostaniesz takiego kopa, że już więcej nie złapiesz się za TO MIEJSCE na scenie.- żeby wyglądać nieco groźnie wymachiwałam mu widelcem przed nosem. Jak zwykle puścił moją groźbę mimo uszu chichrając się.
-Mam to nawet w staniku, Ty głupku!- chciałam go zdzielić po głowie, ale zasłonił się rękoma nie przestając się śmiać. Próbowałam wyciągnąć jakoś te małe ziarenka.
-Chętnie Ci pomogę.- Michael zaoferował się wręcz od razu widząc moje poczynania. Trzepnęłam go po łapach.
-Masz zakaz dotykania mnie do odwołania.
-Ej! Miał być tylko miesiąc...- zrobił smutną minę.
-Nie rusza mnie to.- powiedziałam ignorując go.
-Ale za to wiem...- urwał kiedy w pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwonka. Jak się okazało, dokładniej telefonu Michaela, odebrał od razu.
-Słucham? Tak, a kto mówi?- zmarszczył czoło- Ahh to Ty. Przepraszam nie poznałem Cię po głosie...- zaśmiał się- Victoria? Oczywiście, mam z nią kontakt cały czas.- puścił mi oczko na co wystawiłam mu język- Aktualnie? Siedzi obok mnie, a coś się stało?- nie odzywał się przez jakiś czas, jego mina z każdą sekundą robiła się coraz bardziej poważna, przestałam jeść i wpatrywałam się w niego próbując wyczytać cokolwiek z jego wyrazu twarzy. Jedno było pewne. Coś się stało.
-O matko...Stefano uspokój się. Zaraz przyjedziemy. Powiedz tylko, który szpital. Mhmm dobrze. Czekaj tam na nas, niedługo będziemy. Do zobaczenia.- odłożył telefon i spojrzał na mnie.
-No mów co się stało!- ponagliłam go.
-Nina rodzi.- zerwaliśmy się oboje z krzeseł. Ja pobiegłam na górę po torebkę, a Michael po chłopaków. Z obstawą wyjechaliśmy z Neverlandu czarnym Jip'em. Na miejsce dotarliśmy bardzo szybko, a to dzięki Michaelowi, który postanowił usiąść za kierownicą. Szczerze powiedziawszy byłam tak zdenerwowana, że zaczęły trząść mi się ręce, dosłownie. Dobrze, że Michael był przy mnie i próbował jakoś uspokoić. Tak naprawdę nie wiem czemu się denerwowałam, niby nie było powodu, ale...
-Stefano!- krzyknął Michael widząc go na końcu korytarza. Całą drogę tutaj pokonaliśmy biegiem, a Lucas i Robert z nami. Włoch podszedł do nas chwiejnym krokiem. Przez chwilę myślałam, że jest pijany. Mało tego, na policzku miał czerwony ślad.
-Matko Boska, jak Ty wyglądasz? Co się stało i co z Niną?- naprawdę słaniał się na nogach.
-Nina rodzi już od trzech godzin, ja prawie zemdlałem. Ale nie chciałem wyjść i jej zostawiać.
-No, ale wyszedłeś.
-Wyrzuciła mnie!- wręcz zawył, zaśmiałam się.
-Robert przynieś trochę wody.- zwróciłam się do ochroniarza, który od razu spełnił moją prośbę. Podałam plastikowy kubek przyszłemu tacie. W kilka sekund opróżnił kubeczek i oparł głowę o ścianę.
-Mało tego, dała mi z liścia na odchodnego mówiąc, cytuję „Wypierdalaj stąd za nim naprawdę zrobię Ci krzywdę”.- zaczęliśmy śmiać się z Michaelem.
-Ktoś jest w sali?- spytałam po chwili.
-Alex, rodzice Niny są w drodze, ale dotrą dopiero na wieczór. Wiesz jak daleko mieszkają.
-No tak...To co, idziemy?- zwróciłam się do Michaela.
-Że...że...tam?- wyjąkał.
-Tak na salę porodową.- wywalił na mnie oczy.
-No nie patrz się tak na mnie. Nic Ci się nie stanie.
-No ja nie wiem...
-Ale ja wiem.
-Możemy tam wejść bez problemu?- spytałam Włocha.
-Tak, ale najpierw im powiem, że jesteście z rodziny, bo inaczej Was nie wpuszczą.- tak więc razem poszliśmy do odpowiedniej sali. Przed samymi drzwiami usłyszeliśmy głośny krzyk, na co stanęliśmy w bezruchu patrząc na siebie przerażeni.
-Nie przestraszcie się tylko.- ostrzegł nas po czym otworzył drzwi. Musiałam dosłownie ciągnąć Michaela za rękę jak dziecko. Chyba naprawdę się bał. Kiedy Nina nas zobaczyła dopiero zaczęła się wydzierać...Nie wspomnę o reakcji pielęgniarek i położnej na widok Michaela, aż się speszył tak zaczęły się na niego gapić.
-Chyba powinienem wyjść, wszystkich rozpraszam.- szepnął mi na ucho. Fakt, rozpraszał nawet samą Ninę.
-Ludzie gdzie kamera?! To trzeba nakręcić! Michael Jackson jest przy porodzie mojego dziecka!- zaczęła krzyczeć- A ten czego tu?!- od razu zmienił jej się wyraz twarzy kiedy ujrzała swojego chłopaka. Zaśmiałam się i podeszłam do niej.
-Nina uspokój się.- złapałam ją za rękę, ścisnęła mnie trochę za mocno...
-Jak mam być kurwa spokojna, jak od trzech godzin próbuję aaaaaah! Próbuję...przecisnąć przez taki mały otwór dziecko wielkości arbuza?! Ja pierdole aaaaałaaa!- zaczęła szybko dyszeć.
-Proszę teraz przeć, a nie rozmawiać.- powiedziała położna.
-A przepraszam bardzo, co ja kurwa ciągle robię?!- kobieta już się nie odzywała. Stefano krążył po sali, Alex stała sobie spokojnie obok okna mając niezły ubaw, a Michael chyba nie wiedział gdzie ma podziać oczy. Był przerażony. W dodatku Nina zaczęła płakać, próbowałam ją jakoś uspokoić, ale jej krzyki wcale mi w tym nie pomagały.
-Jeśli pani chce, możemy zrobić cesarkę.- moja przyjaciółka na słowo „cesarka” zrobiła się aż czerwona.
-Victoria oni chcą mnie zabić nie pozwól im na to!- krzyknęła przerażona. Parsknęłam śmiechem pod nosem.
-Oczywiście, ze nie pozwolę.- powiedziałam w miarę poważnie, żeby jej nie zdenerwować. Otóż Nina od zawsze była negatywnie nastawiona do cesarskiego cięcia i ogólnie jakichkolwiek operacji. Twierdziła, że jak już położysz się na stół to wyjdziesz stamtąd tylko nogami no przodu. Panicznie bała się operacji. Nie wiem skąd ta fobia u niej.
-Michael cholera pomóż mi, widzisz, że ja już nie daje rady.- zwróciłam się do mojego narzeczonego z prośbą, gdyż sama byłam już na skraju załamania nerwowego. Minęła kolejna godzina, a dziecko nie ruszyło się nawet o milimetr. W dodatku rozwarcie miało tylko cztery centymetry, a to wciąż za mało. Michael podszedł do łóżka bardzo powoli i usiadł na moim miejscu, łapiąc Ninę za rękę. Ta spojrzała na niego zamglonym wzrokiem.
-Ooooh Michael...Wiesz, że Cię kocham?- moja przyjaciółka po wielu środkach, które dostała zaczynała co raz bardziej majaczyć.
-Oczywiście, że wiem.- uśmiechnął się szeroko.
-Pani Johnson proszę się teraz postarać. Jeśli rozwarcie nie osiągnie przynajmniej siedmiu centymetrów, dziecko nie będzie mogło wyjść, a wtedy się udusi. Naprawdę proszę się skupić, bo zaraz będziemy zmuszeni przewieźć panią salę operacyjną.- na te słowa Nina jakby trochę „ożyła”.
-Słyszysz? Musisz dać z siebie wszystko.- powiedział Michael głaszcząc ją po włosach.
-Mike ja nie dam rady...Nie dam rady...- wyszeptała.
-Jesteś bardzo silna. Poradzisz sobie. Zrób to dla nas wszystkich liczymy na Ciebie, nie możesz nas zawieść.- jego słowa chyba naprawdę podziałały. Widziałam jak Nina ostatkiem sił stara się urodzić tą małą kruszynkę. Nie było łatwo, ale w końcu się udało. Po pół godzinie usłyszeliśmy krzyk dziecka, który dla nas oznaczał tylko jedno. Udało się. Położna uśmiechnęła się i owinęła niemowlę w biały ręcznik.
-Dziewczynka.- Nina opadła na poduszki uśmiechając się błogo, kiedy pielęgniarka ułożyła małe zawiniątko na jej piersi.

-Moja malutka...
-Nasza.- poprawił Stefano całując swoją dziewczynę w czoło. Spojrzałam na Michaela, w oczach miał łzy i wpatrywał się w nich z miłością. Przytuliłam go. Dobrze wiedziałam o czym myśli. Zazdrościł im.
-Spisałeś się świetnie.- cmoknęłam go w policzek. Wyszliśmy z sali wraz z Alex, żeby dać młodym rodzicom trochę odetchnąć. Niestety Alex musiała wrócić już do domu więc pożegnaliśmy się z nią i zostaliśmy sami. No prawie, bo w pobliżu ciągle kręcili się nasi ochroniarze.
-Jak się czujesz?- spytałam z uśmiechem Michaela, widząc jak bardzo przeżył to co się przed chwilą wydarzyło. Patrzył na mnie nieobecnym wzrokiem.
-Jakbym co najmniej odebrał poród.- zaśmialiśmy się.
-Może to za duże słowo, ale na pewno w dużej mierze się do tego przyczyniłeś. Masz po prostu dar przekonywania i uspokajania ludzi. Nie wiem jak to zrobiłeś.
-To się nazywa talent.- puścił mi oczko.
-Zdecydowanie.- zaśmiałam się. Z sali wyszła pielęgniarka i poprosiła nas do środka. Widok szczęśliwej Niny z dzieckiem u jej obok, był niezwykle wzruszający. Ale jeszcze bardziej wzruszające były łzy szczęścia młodego taty. Podeszliśmy nieśmiało do nich.
-Jestem z Ciebie dumna.- powiedziałam całując przyjaciółkę w policzek, uśmiechnęła się. Spojrzałam na tą małą kruszynkę głaszcząc ją delikatnie po główce.
-Chcesz ją potrzymać?- spytała się mnie po chwili.
-O Boże...no nie wiem. Nie chcę zrobić jej krzywdy.- wzięłam najdelikatniej jak potrafiłam małą na ręce.
-Nie bój się. No, ale musisz zacząć pomału przyzwyczajać się do tej roli. W końcu Ci się to przyda.- palnęła, zrobiłam przerażoną minę patrząc na Michaela, który chciał coś powiedzieć, ale ja byłam szybsza.
-W przyszłości na pewno.- próbowałam brzmieć jak najbardziej prawdziwie. Spojrzałam na Ninę kręcąc dyskretnie głową i szepcząc ciche „zabiję Cię kiedyś.” Zrobiła przepraszającą minę. Na całe szczęście Michael w żaden sposób tego nie skomentował.
-Jackson widzę, że chcesz, nie krępuj się.- powiedziała moja przyjaciółka widząc jak Michael całkowicie skupił swoją uwagę na dziewczynce, która dalej spoczywała na moich rękach. Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać. Podałam mu małe zawiniątko, a on zaczął się zachowywać jakby co najmniej dostał do rąk drogocenny skarb. Kołysał małą w ramionach cały czas cmokając ją gdzie popadnie. Przyglądałam się temu z uśmiechem.
-No muszę powiedzieć, że do twarzy Wam z dzieckiem.- moja przyjaciółka chyba naprawdę chciała zrobić mi na złość. Michael zaśmiał się tylko, a ja próbowałam na migi pokazać, że już jest martwa co wywołało tylko śmiech u niej i Włocha, który oczywiście też był wtajemniczony i wiedział o co chodzi.
-Ale to dobrze! Bo mamy dla Was propozycję nie do odrzucenia.- oboje spojrzeliśmy na nich w oczekiwaniu.
-Mamy się bać?- spytałam nie wiedząc czego mogę spodziewać się po tej „propozycji”.
-Absolutnie nie. A więc bardzo chcielibyśmy...- złapała swojego chłopaka za rękę, ciągle się do siebie uśmiechali- Żebyście...- chyba chciała stworzyć napięcie i nie wątpliwie jej się to udało- Zostali...rodzicami chrzestnymi naszej córki.- no co jak co, ale tego się nie spodziewałam. Spojrzałam na Michaela nie wiedząc zbytnio co powiedzieć. Uśmiechnął się do mnie, już wtedy wiedziałam jaką podjąć decyzję.
-Oczywiście, że się zgadzamy!
Posiedzieliśmy z nimi jeszcze godzinkę i wróciliśmy do Neverlandu. Oboje byliśmy wykończeni, w końcu ten dzień był pełen emocji. Stałam w łazience przed lustrem przyglądając się swemu odbiciu. Moje ręce zjechały na brzuch. Uśmiechnęłam się delikatnie. Dalej nie mogłam do końca uwierzyć w to, że za klika miesięcy zostanę matką. Czy sobie poradzę? Czy oboje sobie z tym poradzimy? Jeszcze tego nie wiedziałam, ale wiedziałam, że uczynimy wszystko aby tak się stało. Usłyszałam lekkie pukanie do drzwi, szybko zasłoniłam odkryty brzuch bluzką.
-Proszę.- do pomieszczenia wszedł Michael, też był już w piżamie. Bez makijażu, w rozwalonych włosach i zwykłych ciuchach wyglądał niezwykle czarująco. To wtedy najbardziej mi się podobał, taki „nieidealny”. Bez tych wszystkich ozdobników w postaci przeróżnych świecidełek, drogich ubrań i dużej ilości make up. Stanął za mną i objął mnie w pasie kładąc głowę na moim ramieniu. Uśmiechaliśmy się do swoich lustrzanych odbić.
-Co robisz?- mruknął cmokając mnie w szyję jednocześnie nie spuszczając ze mnie wzroku.
-Gadam sobie z lustrem, wiesz?- uśmiechnęłam się.
-Serio?
-Jak najbardziej.- zaśmialiśmy się.
-Chodź do łóżka.- w jego wydaniu te słowa brzmiały śmiesznie więc oczywiście nie mogłam właśnie tak ich nie skomentować.
-No nie o to mi chodziło...- przewrócił oczami- A mówisz, że to ja jestem zboczony!- dał mi kuksańca.
-No, bo jesteś. Specjalnie powiedziałeś to w taki sposób.
-Ale jaki?- znów użył swojego uwodzicielskiego głosu, zaczęłam się chichrać.
-Michael Jackson nieśmiały, dobre.- oderwałam się od niego i wyszłam z łazienki.
-Oj wiesz dobrze, że tylko przy Tobie taki jestem.- podreptał za mną. Wskoczyłam na łóżko, długo nie musiałam czekać aby Michael znalazł się obok mnie.
-No nie powiedziałabym. Dobranoc.- chciałam go pocałować, ale odsunął się.
-Dobranoc?- podniósł brwi.
-Tak, bo idziemy grzecznie spać. I to już. Wcale nie zapomniałam o Twoim celibacie kochanie.- cmoknęłam go w nosek. Westchnął głośno kładąc głowę na mojej klatce piersiowej.
-Jak będziesz grzeczny to może trochę go ukrócę.- powiedziałam po chwili zastanowienia. Poczułam jak się uśmiecha. Spojrzał na mnie i spoważniał po chwili.
-Co jest?- spytałam głaszcząc go po włosach. Chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
-Myślę sobie o tym wszystkim...
-Ale o czym?
-O tym, jak źle mi było bez Ciebie.- szepnął.
-Michael...nie rozmawiajmy o tym. Nie chcę rozpamiętywać tego co wtedy było. Zajmijmy się teraźniejszością i po prostu nie dopuśćmy nigdy więcej do takich chorych sytuacji między nami.
-Przepraszam Cię za wszystko.- przytulił mnie, ścisnęłam go mocno.
-Ja też przepraszam...ale zapomnijmy o tym, proszę.- pokiwał głową, uśmiechnęłam się.
-Chodź już spać.- powiedziałam kładąc głowę na jego torsie, przyciągnął mnie do siebie jeszcze bliżej.
-Kocham Cię Vicki.
-A ja Ciebie Mike.- wtulona w mojego mężczyznę zasnęłam od razu.

**************

No jak się podobało? :D Mam nadzieję, że wybaczycie mi tą nieprzyzwoitą scenę na początku :p Nie mogłam się powstrzymać xD Jak zauważyliście bądź nie, zmieniłam swoją nazwę na @VictoriaJackson, trzeba się trochę zamaskować xD Z tego względu, że wiele osób twierdzi iż jestem podobna do głównej bohaterki (ciekawe dlaczego...) nawet z wyglądu XDD Padło na Victorię <3 Dobra kochani, co do porodu Niny to improwizowałam jak cholera, gdyż, ponieważ... wiem jak on wygląda jedynie z opowieści xD Nie miałam nigdy okazji uczestniczyć w nim, ani tym bardziej sama go przeżyć (dzięki Bogu) xD Tak więc, wyszło to jak wyszło ;) No wgl pomijając już fakt, że na pewno każdy normalny personel szpitalny wpuściłby sobie takiego tam Michaela Jacksona na porodówkę, bez większego halo xDDD
Liczę na długie komentarze! <3
Pozdrawiam cieplutko :D
PS: Moi drodzy z tego względu, że rozdziały będą teraz często proszę Was o to byście częściej tu zaglądali ;)   

7 lipca 2017

Rozdział 36. Nie wiem czy to sen, ale jeśli tak to nie chcę się z niego budzić.

Witam :D
No kochani powoli zbliżamy się do 40 rozdziału, ale spokojnie jeszcze nie do końca ;) Ja chyba sama nie wiem ile będzie tu rozdziałów XD Ale chyba dużo, patrząc na to jak rozwlekle piszę. Po prostu, inaczej nie umiem xD Powiem szczerze, że chciałabym już skończyć to opowiadanie i zająć się kolejnym, ale widzę, że tu długa droga przede mną xD
No nic, zapraszam do czytania i komentowania :)

************
Kiedy Michael wrócił do szpitala ze wszystkimi rzeczami, o które go prosiłam był późny wieczór. Starałam zachowywać się przy nim normalnie i tak jakby nic się nie stało, ale to nie było łatwe, tym bardziej, że przed nim trudno jest cokolwiek ukryć. Stwierdził, że jestem jakaś przygaszona i bez życia. Odpowiedziałam mu na to, że zapewne leki tak na mnie działają. Uwierzył. Więc na razie miałam go z głowy i to dosłownie, bo kazałam mu jechać do domu. Oczywiście długo mi zajęło przekonanie go do tego, ale w końcu się zgodził. Następnego dnia odwiedziła mnie Alex. Wiedziałam, że Michael tak szybko do mnie nie przyjedzie, bo do południa na pewno będzie w studiu więc mogłam spokojnie porozmawiać z przyjaciółką.
-Ja to kursuje od szpitala do szpitala tylko. Jak nie jedna, to druga.- pokręciła głową.
-Co, o kim Ty mówisz?
-O Ninie.- powiedziała spokojnie, a ja aż się podniosłam.
-Nina jest w szpitalu?! Boże co się stało?- spojrzałam na nią przerażona.
-To Ty nic nie wiesz?
-Nie, jak zwykle, bo wszyscy mają mnie w dupie i nie raczą mnie o niczym poinformować.
-Vicki bez nerwów, pewnie zapomniała do Ciebie zadzwonić.
-No, ale powiedz co się w ogóle stało.- ponagliłam ją.
-Wiesz, że nasza gwiazda ma za tydzień termin porodu?
-No tak...
-No, więc wczoraj miała skurcze. Stefano od razu zawiózł ją do szpitala, tam zabrali ją na porodówkę, bo myśleli, że to skurcze porodowe, ale okazało się, że jednak nie. Zwykłe tam dwa skurcze może miała, a zrobili taką aferę. Nawet wody jej nie odeszły, ale wiesz jaka z Niny jest panikara. Stwierdziła, że jak może urodzić w każdej chwili to już zostanie w tym szpitalu.
-Super, a ja nie mogę nawet jej odwiedzić.- powiedziałam wkurzona.
-Ty masz teraz dbać o swoje zdrowie, a innymi się na razie nie przejmuj. Nina da sobie radę. Masz w ogóle zamiar powiedzieć Michaelowi?- tak, Alex już wiedziała o mojej ciąży. Powiedziałam jej od razu.
-Tak, ale nie teraz...- spuściłam wzrok.
-Boże, co Ty znowu kombinujesz? Będziesz z tym czekać, aż sam zauważy? Bo niedługo wszyscy się zorientują. Samo Twoje zachowanie daje wiele do myślenia, jak dojdzie do tego jeszcze brzuch...- westchnęła.
-Zdążę mu powiedzieć nim sam się domyśli.
-Czemu nie powiesz mu teraz?
-Alex, a jak Ty to sobie wyobrażasz? Co mam mu powiedzieć? „Hej Mike, wiesz chciałabym Cię uroczyście poinformować, że jestem z Tobą w drugim miesiącu ciąży? To może ze względu na dziecko zejdziemy się?” Nie chcę czegoś takiego... Nie chcę z nim być tylko ze względu na dziecko. Chcę żeby między nami najpierw wszystko się unormowało. A nie żeby to dziecko nas „pogodziło”.- zrobiłam cudzysłów w powietrzu.
-No rozumiem...Ale za nim wy się pogodzicie...Bawicie się normalnie jak dzieci jakieś. Kochasz go?
-No przecież wiesz, że tak.- mruknęłam.
-On Ciebie też, więc w czym problem?
-No i właśnie nie rozumiesz. To wszystko jest bardziej skomplikowane niż Ci się wydaje.
-No jest, bo wy sobie najbardziej to komplikujecie.- nie odezwałam się, odwróciłam głowę tylko w stronę okna. A po policzku spłynęła mi łza.
-Ej...no co Ty płaczesz?- pokręciłam przecząco głową, zagryzając wargi. Alex od razu mnie przytuliła, a ja już się nie hamowałam. Emocje puściły, po raz kolejny.
-Ja nie poradzę sobie sama z dzieckiem.- przerastało mnie to wszystko. Sama myśl, że noszę pod sercem dziecko. Wszystko spadło na mnie tak niespodziewanie.
-Ale kochanie, jak to sama? A Michael? Wiesz, że będzie wspaniałym ojcem.
-Wiem..- wychlipałam.
-Vicki nie bój się, tylko z nim porozmawiaj w końcu. Szczerze, powiedz mu wszystko co czujesz. Przecież kochacie się do szaleństwa.- w tym momencie ktoś wszedł do sali, bez pukania.
Szybko otarłam mokre policzki i oderwałam się od przyjaciółki. W progu stał Michael, a w rękach trzymał ogromnego...pluszowego misia obwiązanego dużą kokardą. Otworzyłam aż buzię ze zdziwienia.
-Witam piękne panie.- podszedł najpierw do Alex i się z nią przywitał.
-Gdybym wiedział, że przyjedziesz też bym Ci coś kupił, ale na razie musi Ci wystarczyć całus. Ale wiesz taki niezwykły, bo aż od samego Króla.- puścił jej oczko.
-Głupek.- zaśmiała się, na co ten tylko się wyszczerzył i spojrzał na mnie.
-Matko, Ty płakałaś?- od razu przestał się uśmiechać.
-Nie...znaczy tak...
-A wiesz wspominałyśmy sobie dawne czasy, sam rozumiesz.- Alex postanowiła mi pomóc, odetchnęłam z ulgą.
-No tak...kobiety.- powiedział z przekąsem.
-Ej.- obie go szturchnęłyśmy, na co znów się zaśmiał.
-A to dla Ciebie w nagrodę, że jesteś grzeczną dziewczynką.- posadził mi tego miśka na kolanach. Nie mogłam przestać się uśmiechać.
-Jest...prześliczny. Dziękuję, ale nie trzeba było.-poklepał palcem swój policzek. Pokręciłam tylko głową i przytuliłam go. Od razu poczułam woń jego perfum, były wręcz odurzające.
-No może być.- zaśmiałam się.
-Na mnie już czas, bo muszę jeszcze odebrać Rachel z przedszkola.- Alex zaczęła zbierać swoje rzeczy- Trzymajcie się.- przytuliła Michaela i nachyliła się nade mną.
-Będzie dobrze, gdyby coś się działo to dzwoń.- szepnęła mi na ucho.
-Dziękuję.- uśmiechnęłam się. Dała mi całusa w policzek i wyszła z sali. Westchnęłam i zaczęłam bawić się palcami. Chciałam porozmawiać z Michaelem, ale bałam się i nie wiedziałam zbytnio jak mam zacząć.
-Jak się dzisiaj czujesz?- usiadł obok mnie na łóżku.
-Dobrze.- skwitowałam.
-Na pewno?- przewróciłam oczami.
-Tak. A rozmawiałeś z lekarzem?- przygryzłam wargę. Bałam się, że może jednak mu powiedział.
-Tak, ale...- przerwałam mu.
-I co Ci powiedział?- spytałam podejrzliwie.
-Zapewne to samo co Tobie.- chyba jednak coś wiedział...
-Mhm.- mruknęłam.
-No chyba, że wiesz coś czego ja nie wiem.- podchwycił.
-Nie!- zareagowałam wręcz natychmiast. Trochę za szybko...Zmarszczył czoło. Boże co ja wyrabiam?- W ogóle co to za okazja?- spytałam odwiązując kokardę z pluszaka. Zmiana tematu była najlepszym wyjściem.
-A tak bez okazji.- uśmiechnął się- Chciałem sprawić Ci przyjemność.
-I sprawiłeś.-odwzajemniłam go. Ktoś zapukał do drzwi.
-Proszę!- krzyknęłam. Do środka wparował mój tata. Nawet nie wiecie w jakim byłam szoku.
-Victoria!- podleciał do mojego łóżka i dosłownie rzucił się na mnie. Objęłam go lekko i spojrzałam przerażona na Michaela.
-Tato skąd Ty wiesz, że jestem w szpitalu?- odsunął się lekko ode mnie i zaczął oglądać z każdej strony.
-On mi powiedział.- wystarczyło to jego oschłe "ON" i już wiedziałam o kogo chodzi. Spojrzałam na Michaela, który miał spuszczony łeb.
-Zabiję Cię.- wycedziłam przez zęby. Boże, jeszcze rodziców mi tutaj brakowało. Unikał mojego wzroku co jeszcze bardziej mnie wkurzyło.
-Tato spokojnie, nic mi nie jest. Mam tylko niedobór magnezu i czegoś tam jeszcze.- machnęłam ręką.
-Niedobór magnezu tak? A to, że schudłaś, ciągle wymiotujesz i zemdlałaś to co? Pewnie on Cię tak załatwił.- oczywiście, że chodziło mu o Michaela.
-Panie Lancaster proszę się uspokoić. Ja...wiem, że ma pan do mnie pretensje i nie dziwię się, ale...- przerwał mu.
-Cicho siedź gówniarzu, a najlepiej zrobisz jak stąd wyjdziesz.
-Tato!- tego było już za wiele.
-No co? Nie widzisz, że to wszystko przez niego? Wylądowałaś nawet w szpitalu, bo prawie nic nie jesz i jesteś osłabiona. Gdyby nie on...
-...skończ już. Nie chcę tego w ogóle słuchać.- spojrzałam na krzesło, na którym powinien siedzieć Michael, ale było puste. Nawet nie zauważyłam kiedy wyszedł. Cholera. Do środka weszła mama.
-Cześć córeczko.
-Hej mamo.- mruknęłam. Pocałowała mnie w policzek i usiadła obok taty.
-Pokłóciliście się czy co? Widziałam jak Michael stąd wychodzi.
-Tak. Tata znowu się go czepia.
-Harry mówiłam Ci coś na ten temat...- mama westchnęła.
-Nie będę go tolerować. W dupie mam to, że jest bogaty i sławny. Może być nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nie chcę go widzieć w pobliżu naszej córki i mam nadzieję, że wyraziłem się jasno.- byłam tak zła, że modliłam się w duchu, żeby rodzice jak najszybciej stąd wyszli. W pewnym momencie oboje zaczęli się ze sobą kłócić, ale ja już ich nie słuchałam. Wyłączyłam umysł. Tata w końcu wyszedł trzaskając drzwiami. Dopiero wtedy się ocknęłam.
-Przepraszam Cię za niego...
-Daj spokój mamo. Michael od samego początku mu przeszkadzał i to się nigdy nie zmieni, a ja po prostu nie zwracam już na to uwagi.
-A jak Ty się w ogóle czujesz?
-Dobrze. Jest naprawdę lepiej. Zostanę tutaj jeszcze kilka dni i wypiszą mnie do domu.- uśmiechnęłam się sztucznie.
-Powiedz mi...Jak jest między Tobą, a Michaelem?- spojrzałam na nią. Co miałam powiedzieć?
-Normalnie.- wzruszyłam ramionami.
-Victoria pytam poważnie.
-Mamo to skomplikowane...- miałam nadzieję, że nie będzie tego drążyć. Jednak się myliłam, wierciła mi dziurę w brzuchu bardzo długo, ale byłam nieugięta i nic jej nie powiedziałam. Tata potem wrócił do sali i mnie przeprosił, przyjęłam te przeprosiny tylko po to żeby mieć święty spokój i nie wszczynać nowej kłótni. Nie wracaliśmy już potem do tematu Michaela, co mnie bardzo cieszyło. Kiedy w końcu rodzice postanowili, że wracają do domu na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Męczyli mnie oboje, a ich wizyta tylko mnie zdenerwowała. Zaraz po tym jak wyszli, w sali pojawił się Michael.
-Jesteś głupi, wiesz?- nic nie powiedział- Przez Ciebie musiałam użerać się z nimi przez dwie godziny.
-Chciałem tylko, żeby wiedzieli co się z Tobą dzieje.
-Ale ja tego nie chciałam. Trzeba było najpierw zapytać mnie o zdanie.- czułam, że to skończy się kłótnią i wcale się nie myliłam.
-Wiesz co? Mam tego dosyć. Od paru dni zachowujesz się naprawdę dziwnie, co najmniej jak kobieta w ciąży.- wywaliłam na niego oczy- Powiem Ci więcej! Chcę dobrze, a Ty jak zwykle masz do mnie same pretensje i nic Ci nie odpowiada więc najlepiej będzie jak stąd wyjdę, wtedy będziesz miała święty spokój i może w końcu będziesz szczęśliwa.- odwrócił się napięcie i po prostu wyszedł. Dopiero po chwili dotarło do mnie co właśnie zrobiłam. Czułam się jak kompletna idiotka.
-Kurwa.- szepnęłam trzymając się za głowę. Naprawdę bardzo rzadko przeklinałam, ale teraz nie dało się tego inaczej skomentować. Miałam już wszystkiego dosyć. Było już między nami lepiej, ale jak zwykle coś musiało się spieprzyć, a raczej ja musiałam to spieprzyć.

**************

Tydzień w szpitalu minął szybciej niż myślałam. Po mojej kłótni z Michaelem, zadzwoniłam do niego i przepraszałam go chyba z godzinę...Niestety tym razem to ja zawiniłam i po prostu musiałam go za to przeprosić. Stwierdził, że już nawet nie jest zły i „zapomnijmy o tym”. Przyjeżdżał do mnie codziennie, co bardzo mnie cieszyło. Nie kłóciliśmy się od tamtego razu i czułam, że jest jeszcze dla nas jakaś szansa...Chciałam w to wierzyć. Kiedy mnie odwiedzał starałam się hamować swoje humorki i nawet mi to wychodziło.
W końcu nadszedł dzień mojego wypisu. Czułam się już na tyle dobrze, że spokojnie mogłam opuścić szpital. Eddie zawiózł mnie i Michaela do Neverlandu. Nadszedł moment, którego z całego serca nie chciałam. Musiałam zabrać tylko swoje rzeczy, a szofer czekał już w samochodzie, aby odwieźć mnie...do hotelu. Kiedy znalazłam się w sypialni Michaela poczułam narastającą gulę w gardle. Wzrok miałam wbity w podłogę, a Michael robił wszystko mozolnie, jakby w ogóle mu się nie spieszyło. Chciałam mieć to już za sobą, a z drugiej strony nie chciałam tego robić. Nie chciałam go znowu opuszczać i tego miejsca przy okazji.
-Proszę.- w końcu podał mi resztę moich rzeczy, uśmiechnęłam się sztucznie i schowałam ubrania do torby. Staliśmy tak naprzeciwko siebie dosłownie jak takie dwa debile, żadne z nas się nie odzywało, a wzrokiem uciekaliśmy wszędzie. Postanowiłam przerwać tą szopkę.
-Dziękuję Ci za wszystko i... żegnaj.- te słowa z trudem przeszły mi przez gardło. Nie patrzyłam się na niego, tak było łatwiej. Już chciałam się odwrócić, ale poczułam jak łapie mnie za rękę.
-Naprawdę chcesz odejść? Znowu?- powiedział to z takim żalem w głosie, że aż poczułam ukłucie w sercu.
-Nie chcę.- powiedziałam natychmiast. Przybliżył się delikatnie do mnie, chwytając moje dłonie w swoje. Jego twarz znajdowała się coraz bliżej, aż w końcu poczułam jego gorące wargi na swoich. Czułam się tak sparaliżowana, że nie byłam w stanie się ruszyć.
Kiedy chciał się odsunąć ja pogłębiłam pocałunek zarzucając mu ręce na kark. Dając mu tym samym pozwolenie...na wszystko.


Poczułam jak ściska moje biodra przysuwając je maksymalnie do swojego ciała. Nie chciałam w tamtym momencie myśleć, wyłączyłam umysł kompletnie. Pozostały tylko uczucia i zmysły, które z każdym ruchem Michael rozpalał we mnie coraz bardziej. Nawet nie wyobrażacie sobie ile czekałam na ten moment i jak bardzo go pragnęłam w tym momencie. Nie tracąc czasu, zdarliśmy wręcz, nasze ubrania z siebie rzucając je gdzie popadnie. Z boku mogło wyglądać to śmieszne, ten cały pośpiech. Niczym para niewyżytych nastolatków. Tylko, że to wszystko było z miłości. Chciałam poczuć go w sobie w każdy możliwy sposób. I wcale nie obchodziło mnie jak to zabrzmiało i czy takie słowa są na miejscu. Miłość nie posiada wstydu. Z każdą chwilą pieszczot Michaela czułam narastające napięcie. Serce biło mi tak szybko jakby chciało wyskoczyć z piersi. Zaciskałam co chwilę ręce na czerwonej, satynowej pościeli dając upust emocjom, które się we mnie kotłowały. Postanowiłam w końcu zmienić nasze pozycje tym samym popychając Michaela na plecy. Widziałam, że był zdziwiony moją śmiałością, a wręcz dzikością. Tej nocy nie miałam zamiaru hamować się ani trochę...
Usiadłam na jego kroczu, dłonie opierając o jego ramiona. Czułam jak jego mięśnie są napięte do granic możliwości. Zaczęłam poruszać biodrami w tył i przód. Kiedy odchylił głowę do tyłu, zaciskając tym samym szczękę ja zajęłam się jego szyją. Na początku delikatne i subtelne pocałunki po chwili zmieniły się w kąsanie. Kiedy językiem znaczyłam mokre ślady po jego skórze na piersi chciałam zsunąć się nieco niżej, ale poczułam jak ściska mnie mocno za pośladki przyciskając mnie jeszcze bardziej do swojego krocza. Uśmiechnęłam się po czym wpiłam się w jego usta. Całował mnie tak długo, aż oboje nie straciliśmy tchu. Wargami zjechałam na jego podbrzusze w tym samym czasie zsunęłam jego bokserki z bioder. Nie musiałam długo czekać by usłyszeć jego ciche jęki, które przerywały absolutną ciszę jaka panowała w sypialni. Gdy pieściłam ustami dolną partię jego ciała poczułam jak palcami masuje mój kark i dotyka włosów. Chwycił mnie nagle tak, że znów wylądowałam na nim. Następnie jednym ruchem ręki przewrócił mnie na plecy wchodząc pomiędzy moje uda. Moje dłonie ułożył nad moją głową, a ja sama objęłam go ciasno udami w pasie. Spojrzałam mu głęboko w oczy, były ciemne jak noc i błyszczące jak nigdy. Po jego czole spływały małe kropelki potu mimo, że nie doszło jeszcze do zbliżenia między nami, oboje byliśmy rozpaleni do granic możliwości. Przyssał się wargami do mnie i w tym momencie złączył nasze ciała. Chciałam jęknąć z rozkoszy, ale nie pozwolił mi na to. Nadal przylegał do mnie ustami, jedną ręką przytrzymując moje nadgarstki przez co nie mogłam go dotknąć, drugą zaś masował moją pierś.


Z początku nasze ruchy były delikatne, ale potem wpadliśmy oboje w tak szybkie tempo, że czułam, jak zaraz odlecę, dosłownie. Ale nie pozwoliłam mu zwolnić. Chciałam się z nim kochać tak jak nigdy i aż do samego rana. Potrzebowałam tego. Tak bardzo tęskniłam za jego ciałem, że chłonęłam każdą jego część. Mając przymknięte oczy opuszkami palców znaczyłam ścieżkę od jego mokrych loków aż po pośladki. Przez niezasłonięte okno w sypialni wpadało światło księżyca, przez co mogłam podziwiać jego nagie i lśniące od potu ciało. Odgarniałam mu mokre włosy z czoła, za co dziękował mi w postaci słodkich pocałunków. Nie odrywał się prawie wcale od mojej szyi. Zapewne następnego dnia będę miała na niej pełno śladów, ale nie obchodziło mnie to ani trochę. Żyłam chwilą, tą chwilą, którą chciałam zapamiętać do końca życia. Jego długie palce nadal pieściły moją wrażliwą skórę, przez co ciągle miałam gęsią skórkę, czułam suchość w gardle i lekko kręciło mi się w głowie, ale nie zwracałam na to uwagi. Chciałam więcej i więcej. Michael również nie wyglądał jakby miał już dość, wręcz przeciwnie co bardzo mnie cieszyło. Nie chciałam tego przerywać, bałam się, że to tylko piękny sen, z którego zaraz się wybudzę. Dlatego jedyne czego chciałam to trwać w jedności z facetem, którego kocham nad życie. Michael wykonał ostatnie trzy pchnięcia i opadł na mnie ciężko dysząc. Leżeliśmy tak w bezruchu dopóki nasze oddechy nie wróciły do normy. Głaskałam go cały czas po głowie. W pewny momencie uniósł lekko twarz w moją stronę i dotknął mojego gorącego policzka.
-Kocham Cię...- wypowiedzieliśmy to w tym samym momencie. Pocałował mnie czule w czoło, uśmiechnęłam się przymykając oczy. Nawet nie wiem kiedy po moich policzkach spłynęło kilka łez.
-Kochanie dlaczego płaczesz? Zrobiłem Ci krzywdę?- na dźwięk jego wystraszonego głosu uchyliłam lekko powieki i spojrzałam w jego ciemne, przerażone oczy.
-Nie, po prostu...- nie byłam w stanie nic powiedzieć. To co przed chwilą między nami zaszło... W tym momencie mój umysł nawiedziło wiele złych myśli. Jutro się obudzę, a to wszystko okaże się nieprawdą. Bałam się. Chciałam wierzyć, że to się naprawdę wydarzyło. Że on znowu jest przy mnie, całuje, dotyka...i zapewnia, że kocha. Jednak gdzieś tam z tyłu głowy miałam, że to moja wyobraźnia po raz kolejny płata mi figle, a Michaela wcale nie ma teraz obok mnie. On jakby czytając mi w myślach otarł moje łzy i chwycił moją twarz w dłonie, mówiąc:
-To nie jest sen. Jestem przy Tobie. Naprawdę tutaj jestem i obiecuję, że nigdy Cię nie opuszczę i więcej nie pozwolę Ci odejść. Kocham Cię nad życie, rozumiesz?- wyszeptał. Słysząc jego łamiący się głos nie mogłam powstrzymać kolejnych łez. Tym razem łez szczęścia. W końcu byłam szczęśliwa.
-Michael tak bardzo Cię kocham i nie chcę Cię stracić.- wtuliłam się w niego.
-Nie stracisz. Przysięgam skarbie.- by zapieczętować swoje słowa, złożył na moich ustach kolejny pocałunek. Nie pozwoliłam mu się tak szybko oderwać. Tej nocy nie spaliśmy prawie w ogóle. Nie chciałam spać, chciałam go tylko czuć, żeby mieć pewność, że cały czas jest ze mną. Czułam, że od tej pory wszystko się zmieni. Wierzyłam, że nam się uda i nie chciałam już dopuszczać do siebie żadnej innej myśli. Kiedy już naprawdę byłam na granicy snu, poczułam jak Michael jeszcze bardziej wtula się w moje plecy, a jego ręka delikatnie głaszcze mój brzuch. Kolejny raz tego dnia poczułam się szczęśliwa i teraz mogłam spokojnie zasnąć w ramionach mojego mężczyzny.

**************

Zdziwieni? Zszokowani? XD Mam nadzieję, że takiego obrotu sprawy się nie spodziewaliście :D Ja sama nie wiedziałam, że walnę tutaj seks na zgodę nie xD Zwykle tak jest, że coś sobie zaplanuje, ale i tak na koniec wychodzi inaczej. No cóż, ale za to myślę, że właśnie z tego względu rozdział Wam się podobał :D Ogólnie wstawiłabym go szybciej, ale miałam problem z końcową sceną. Ja tak dawno nie pisałam HOTÓW, że wyszłam z wprawy XD Noo i chciałam, żeby wiecie to wyszło takie zajebiste, magiczne wręcz i żebyście się uśmiechali do telefonu czytając tą scenę a nie „ja pierdole co to za gówno” XD Dlatego siedziałam nad tą jedną sceną...naprawdę długo. Tym bardziej chciałam, żeby wyszła ona dobrze z tego względu, że ja nie potrafię pisać takich rzeczy i nie czuję się w tym za dobrze po prostu nie jestem ekspertem no xD Za to obiecuję Wam, że kolejny rozdział pojawi się szybciej, a to z tego względu, że na razie siedzę w domu i mam dużooo wolnego czasu :D
Kochani proszę Was o opinię na temat moich wypocin, napiszcie po prostu to co myślicie. Przecież nie musicie mi słodzić, to nie o to chodzi. Ja chcę być lepsza, więc każdą radę przyjmę z uśmiechem na ustach :) I muszę wiedzieć że mam dla kogo pisać ;)
Pozdrawiam Was cieplutko i do następnego <3 
PS: Przepraszam za błędy, ale sprawdzałam rozdział w nocy XD 

27 czerwca 2017

Rozdział 35. Kiedy myślisz, że Twoje życie już bardziej nie może się skomplikować...

Witam miśki! <3
Tak jak obiecałam jestem „szybko” w miarę możliwości! :D Zaliczanie matmy, egzaminy zawodowe i szał ciał z przygotowaniami do 18- stki pochłonęły ostatnio cały mój czas. No sami rozumiecie, są rzeczy ważne i ważniejsze, dlatego rozdział pojawił się dopiero teraz.
Na razie nic nie mówię odnośnie tego rozdziału, pogadam sobie na końcu, bo jest o czym, także szykujcie popcorn xD Dziękuję z całego serducha za wszystkie komentarze pod ostatni postem <3
Zapraszam :) 
************** 
 
Następnego dnia obudziłam się bardzo wcześnie, a to za sprawą tego, że znowu źle się poczułam. Michael mówił, że jeśli coś by się działo to mam go obudzić, ale bez przesady...Nie umrę, pewnie mi za chwilę przejdzie. Była ósma nad ranem. Nie było szans żebym ponownie zasnęła, więc po prostu leżałam i gapiłam się w sufit. Przypomniałam sobie sytuację z wczoraj, a konkretnie kiedy Michael mnie pocałował...Myślał, że śpię, ale ja wcale nie spałam. Tylko udawałam i jak widać skutecznie. To dlatego byłam potem dla niego taka wredna, wcale nie dlatego, że tak się o mnie troszczył i nie chciał puścić do domu. On dalej mnie kocha. Zakryłam twarz dłońmi, nic nie mogłam poradzić na to, że znów chciało mi się płakać. Tak naprawdę sama nie wiem czemu. Moja ciągła huśtawka nastroju zaczynała mnie przerażać. Postanowiłam się wziąć w garść i nie beczeć bez powodu, ale to było trudne. Westchnęłam. On dalej mnie kocha - te słowa ciągle dudniły mi w głowie. I co z tego, że mnie kocha, jeśli jest już za późno? A może jeszcze nie jest za późno...Sama już nie wiedziałam co myśleć na ten temat. Bałam się podjąć jakikolwiek krok. Czekałam Bóg wie na co, chyba aż wszystko samo się jakoś ułoży. Usłyszałam nagle pukanie do drzwi.
-Proszę!- nie musiałam długo czekać, a w sypialni pojawił się Michael. Był w piżamie, a jego loki były w kompletnym nieładzie. Wyglądał tak uroczo, że nie potrafiłam się nie uśmiechnąć. Byłam zdziwiona, że widzę go na nogach o tak wczesnej porze, bo zwykle lubił sobie pospać.
-Dzień dobry. Wyspałaś się?
-Tak.- skłamałam- A Ty? Bo nie wyglądasz.- zaśmiał się po czym wlazł na moje łóżko. Uważnie go obserwowałam.
-Jak się czujesz?- wpatrywał się we mnie tymi małymi, ciemnymi oczkami, podpierając się na boku. Był przesłodki. 
-Dobrze.- uśmiechnęłam się sztucznie.
-Jesteś blada.- dotknął mojego policzka. Poczułam dreszcze spowodowane jego dotykiem. Smukłymi palcami kreślił linie na mojej szyi, następnie kciukiem zsunął ramiączko mojej koszuli. Trudno było mi się mu sprzeciwić, bo tak bardzo mi tego brakowało, ale czułam, że jeśli tego nie zrobię w porę, może to zajść za daleko i potem nie będę w stanie już tego przerwać.
-Michael...
-Przepraszam.- zabrał rękę. To było raczej wymuszone, wcale nie chciał za to przepraszać. Zapadła krótka cisza, ale on postanowił ją przerwać.
-Przyniosę Ci śniadanie.- już wstawał z łóżka.
-Nie rób ze mnie kaleki, jestem w stanie sama zejść do kuchni.
-Ale dla mnie to nie problem, poza tym masz się nie przemęczać.- jak zwykle uparty.
-Michael czy Ty zawsze...- urwałam w pół zdania kiedy nagle poczułam jak zawartość mojego żołądka podchodzi mi do gardła. Przycisnęłam dłoń do ust. Michael natychmiast podbiegł do mnie od drugiej strony łóżka.
-Vicki co Ci jest?- zobaczyłam strach w jego oczach. Pokręciłam głową i pobiegłam do łazienki. Jak na złość, on poszedł za mną. Zawisłam nad muszlą klozetową w ostatniej chwili. Poczułam jak głaszcze mnie po plecach i odgarnia włosy z twarzy. Kiedy skończyłam usiadłam na podłodze.
-Boże nie patrz na mnie...- zakryłam twarz dłońmi. Nie zwracał na to uwagi, po prostu...mnie przytulił, mocno. Czułam się koszmarnie w tamtej chwili, ale przynajmniej on sprawiał, że w jakimś stopniu było mi lepiej. Sama jego obecność dawała mi dużo, a co dopiero bliskość. Oderwałam się w końcu od niego i podeszłam do lustra. Przemyłam twarz i opłukałam usta letnią wodą. Michael chwycił mnie za dłoń i zaprowadził do łóżka.
-Ubierz się, jedziemy do lekarza.- powiedział stanowczo.
-Co? Nigdzie nie jadę.- zbulwersowałam się od razu.
-Victoria nie denerwuj mnie. Nie będę patrzył spokojnie na to wszystko, nawet nie wiem co Ci dolega! A jeśli to coś poważnego? Czy Ciebie w ogóle nie obchodzi Twój stan zdrowia?- już chciałam mu odpowiedzieć, ale ten jego wzrok...odpuściłam.
-Nie dość, że znowu schudłaś i nie zaprzeczaj, bo nie jestem ślepy.- powiedział kiedy zobaczył, że już otwieram usta- Wczoraj zemdlałaś, jesteś osłabiona i wymiotujesz. To nie jest normalne, nie sądzisz? Przyjdę na piętnaście minut i masz być gotowa.- i wyszedł nie dając mi w ogóle dojść do słowa. Nie miałam siły się z nim kłócić, zresztą to było by bez sensu, bo i tak by postawił na swoim, zdolny byłby nawet zawieść mnie siłą do tego lekarza. Lekarze pfff, zacznij do nich chodzić to zaraz Ci wynajdą jakąś chorobę, a raczej ubzdurają. Taka jest prawda. Ciągle czułam się słabo więc wszystko robiłam powoli, nie spiesząc się. Kiedy już się ubrałam, razem z Michaelem i w towarzystwie trzech ochroniarzy opuściliśmy dom. Jechaliśmy do prywatnej kliniki, ale bezpieczeństwa nigdy dość.
Poczułam nagle jak burczy mi w brzuchu, zmarszczyłam czoło.
-Michael...- pociągnęłam za rękaw jego marynarki, żeby na mnie spojrzał.
-Mhm? Coś nie tak? Znowu źle się poczułaś, coś Cię boli?- wystraszony zaczął przykładać mi rękę do czoła.
-Nie, przestań. Dobrze się czuję...Tylko głodna jestem.- odetchnął z ulgą, po czym zaśmiał się delikatnie.
-Dobrze, po wizycie w szpitalu pojedziemy do restauracji.
-Nie.
-Co nie?- wywróciłam oczami.
-Ja chcę teraz.- powiedziałam niczym pięcioletnie dziecko, jeszcze brakowało tego żebym tupnęła nogą. Co się ze mną dzieje...
-No dobrze...- westchnął- To na co masz ochotę?
-Na dużego burgera, sok malinowy i może...czekoladowego batonika.
-Ale, że wszystko tak...razem?- spytał zdziwiony.
-Tak, a co w tym dziwnego? Właśnie mam na to ochotę. Możesz spełnić łaskawie moją prośbę?- jego pytania już mnie irytowały.
-Nie denerwuj się.
-Więc mnie nie denerwuj.
-Ale Ty przecież nie lubisz malinowego soku.- westchnęłam.
-Ale od dzisiaj lubię, okej?- siedzący obok nas George śmiał się pod nosem przysłuchując się naszej jakże interesującej rozmowie. Niby udawał, że czyta gazetę, ale ja wszystko widziałam.
-George Ty też masz jakiś problem?- zwróciłam się do ochroniarza. Przestał się śmiać.
-Nie...
-Eddie jedź do KFC.- Michael zwrócił się do szofera.
-Się robi szefie.- uśmiechnęłam się, na co Mike pokręcił głową. Kiedy byliśmy już na parkingu, George zaoferował się, że pójdzie po moje specjalne zamówienie.
-Weź dla mnie kubełek Classic.- zwrócił się do niego Michael, spojrzałam na niego.
-Przecież Ty jesteś wegetarianinem.
-No jestem, ale to przecież tylko kurczak...- wyjąkał.
-Pfff tylko kurczak, czekaj no niech tylko Twoi fani się o tym dowiedzą.- pomachałam mu palcem przed oczami.
-Nie zrobisz tego.
-Skąd ta pewność?
-Bo zastosuję wobec Ciebie moją starą, ale jakże skuteczną metodę.
-Taa ciekawe jaką.- uśmiechnęłam się z kpiną.
-Zagilgoczę Cię na śmierć.- poruszył zabawnie brwiami. Przestałam się uśmiechać.
-Jeśli chcesz mogę zacząć już teraz.- poczułam jego dłonie na biodrach.
-Nie, wcale nie chcę!- zaczęłam się śmiać i wiercić kiedy zaczął swoje tortury.
-A może jednak?- sam się już śmiał.
-Boże Michael przestań!- byliśmy już w pozycji leżącej, a raczej to ON leżał na mnie i bezkarnie mnie maltretował.
-Uwielbiam kiedy wykrzykujesz moje imię.- wyszczerzył się. Lucas i Eddie ciągle zerkali w lusterko i śmiali się z nas. Klepnęłam go w ramię.
-Ty...cho...lerny...zboku...- mówiłam pomiędzy salwami śmiechu. Od tortur Michaela ostatecznie uratował mnie George, który zjawił się w samochodzie z jedzeniem.
-Ooo widzę, że ciekawie było podczas mojej nieobecności.- poruszył brwiami. Zeszłam z kolan Michaela, tak dokładnie wylądowałam nawet tam. No co? Najlepszą obroną jest atak. Byłam cała rozczochrana, a moje ciuchy...szkoda gadać. Michael był najwyraźniej dumny z mojego stanu, bo ciągle się do mnie uśmiechał i wysyłał całusy, na co pokazywałam mu język. Był niemożliwy.
-Dobra, lepiej dawaj mi moje jedzonko.- wyciągnęłam ręce w stronę papierowej torby.
-Czekaj, czekaj, a jakieś podziękowanie?- spytał chowając ją za siebie, westchnęłam wywracając oczami.
-Faceci to materialiści.- powiedziałam i przysunęłam się bliżej ochroniarza, żeby pocałować go w policzek. Kąta okiem patrzyłam na Michaela...jego mina była bezcenna. Siedział prawie jak naburmuszone dziecko, unosząc wysoko brwi. Chciało mi się śmiać. Puściłam oczko do George'a, on już wiedział o co chodzi.
-To może teraz w drugi co? - zaśmiałam się i już chciałam to zrobić, ale wyraźnie niezadowolony głos Michaela mi przerwał:
-Nie za dobrze się bawicie?- odsunęłam się od ochroniarza i odwróciłam głowę w drugą stronę, żeby się uśmiechnąć, bo naprawdę nie mogłam już wytrzymać. Wiem, jestem wredna, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać.
-Oj Mike daj spokój, nie bądź zazdrosny.
-Dawaj to żarcie i lepiej się już nie odzywaj.- machnęłam ręką do ochroniarza żeby się nie przejmował, na co się tylko zaśmiał. Ruszyliśmy dalej w drogę. Ja zajęłam się moim zestawem, ale nie mogłam zbytnio skupić się na jedzeniu gdyż wszyscy spoglądali na to co jem z obrzydzeniem.
-Dobra mi już odechciało się jeść. Ktoś chce?-Michael spytał chłopaków, ale wszyscy od razu przecząco pokręcili głowami.
-O co wam chodzi?- spytałam w końcu.
-No....- zaczął kulawo Jackson, machając mi palcem nad jedzeniem.
-No kurde co?
-No jak Ty możesz jeść tego burgera zagryzając go batonem?- wszyscy się skrzywili.
-Normalnie, przecież to jest dobre. Co Ty głupi czy jak? Chcesz spróbować?- podstawiłam mu pod nos.
-Nie, dzięki...- pokręcił głową, wzruszyłam ramionami i nie zwracając już na nich uwagi dokończyłam moje „śniadanie”. W końcu Eddie zaparkował auto na tyłach szpitala. Spojrzałam przerażona na ogromny budynek, a po chwili poczułam na dłoni jakieś ciepło. Spojrzałam w dół. Michael złapał mnie za rękę, uśmiechnęłam się. Instynktownie spletliśmy nasze palce. Całą drogę do środka pokonaliśmy trzymając się tak za ręce. Bałam się...a to dodawało mi otuchy. Na korytarzu od razu przywitał nas jakiś lekarz, byłam tak zdziwiona, że nawet nie odezwałam się ani słowem. Wyglądał na całkiem miłego człowieka, chociaż dziwne żeby nie był miły dla tak sławnej osoby jak Michael. Doktor Feldman - bo tak się nazywał, zaprowadził nas do jakiegoś pomieszczenia, zapewne to był jego gabinet.
Rozmawiał z Michaelem tak jakby się znali...natomiast ja dalej siedziałam cicho. Kiedy siedzieliśmy już przed biurkiem mężczyzny, zaczął oczywiście wypytywać się o moje samopoczucie i dotychczasowe dolegliwości. Michael w ogólnie nie dał dojść mi do słowa, mało tego wszystko koloryzował. W końcu nie wytrzymałam.
-Zamknij się w końcu.- warknęłam do niego, zrobił zdziwione oczy.
-Doktorze, on wszystko wyolbrzymia i robi ze mnie jakąś kalekę i śmiertelnie chorą. Prawda jest taka, że od paru tygodni jestem lekko osłabiona, może trochę schudłam...Chociaż od kilku dni mam dziwnie wilczy apetyt, czasem boli mnie brzuch. No i zdarza mi się wymiotować.
-No dobrze, a czy pojawiły się jakieś omdlenia?
-Tak!- Michael aż zapiszczał, wywróciłam oczami.
-Mhm, a kiedy dokładnie to było?
-Wczoraj. Kiedy dzisiaj rano Victoria zaczęła wymiotować postanowiłem, ze musimy koniecznie jechać do szpitala. Tym bardziej, że wczoraj zaraz po tym jak zemdlała zbadał ją mój osobisty lekarz i zalecił wykonać jakieś badania.
-I bardzo dobrze pan zrobił.- oczywiście podczas rozmowy z nami co chwilę notował coś na kartce, w końcu po chwili ciszy zdjął okulary i spojrzał na mnie.
-A czy wcześniej zdarzyło się pani zemdleć tak bez konkretnego powodu?
-Nie, wczoraj to był pierwszy raz.
-Czyli w ostatnim czasie wystąpiły u pani, mdłości, bóle brzucha i ogólne osłabienie, a do tego nagły apetyt?- skrzywił się lekko patrząc na tą swoją kartkę, a po chwili uśmiechnął się pod nosem. Zmarszczyłam czoło.
-Tak...Znaczy z tym apetytem to tak jak mówiłam dopiero od nie dawna, bo jeszcze miesiąc temu nie mogłam patrzeć na jedzenie, na sam widok robiło mi się niedobrze. Musiałam się wręcz do niego zmuszać.- znowu się uśmiechnął. O co mu do cholery chodzi? Zaczynał mnie denerwować.
-Doktorze czy to coś poważnego? Bo ja naprawdę...- zaczął Michael, ale ten mu przerwał.
-Spokojnie panie Jackson, domyślam się co może dolegać pana małżonce...- na to słowo, aż się wyprostowałam, chciałam puścić rękę Michaela, ale bardziej mnie ścisnął i spojrzał na mnie dziwnie. Co on odpiernicza? Jaka małżonka?!- Ale nie mogę tego stwierdzić na podstawie zwykłych domysłów, musimy zrobić pani badania, także myślę że najlepszym wyjściem będzie jeśli zostanie pani w szpitalu tydzień na obserwacji.- uśmiechnął się jakby co najmniej oferował mi wakacje na Majorce. Już chciałam powiedzieć, że nawet mi się nie śni tutaj zostawać, ale jak zwykle...
-Oczywiście, że zostanie.- ścisnął moją rękę całując mnie w policzek. Czy ja w ogóle miałam coś do powiedzenia? Byłam taka wściekła na Michaela, że tylko jak wyszliśmy z tego gabinetu odepchnęłam go i powiedziałam mu dosłownie, że ma się walić. Nie dość, że mówi za mnie to jeszcze decyduje. Nie mam pięciu lat, a on mnie tak traktuje. Pewnie powiecie, że to zwykła troska. Nie, troska wygląda inaczej. Ja muszę robić to co on chce, bo ON uważa, że właśnie tak będzie DLA MNIE najlepiej. Jeszcze nie wyjaśniłam z nim sprawy naszego domniemanego małżeństwa, ale na pewno o tym nie zapomnę. Kiedy już leżałam w jednej z tych „lepszych” sal szpitalnych i gapiłam się w cholernie biały sufit, do pomieszczenia wszedł mój „mąż”. Odwróciłam się do niego dupą, kiedy usiadł przy moim łóżku. Westchnął.
-Vicki dalej się gniewasz?- ignorowałam go.- Ja po prostu się o Ciebie martwię i chcę wiedzieć co się z Tobą dzieje, bo nie wątpliwie coś się dzieje, a Twój stan zdrowia do idealnego nie należy. Czy to coś złego, że się o Ciebie troszczę?- oho mówiłam, no przecież on się tylko TROSZCZY.
-A gówno prawda.- warknęłam. Poczułam jego ciepłą dłoń na ramieniu, zaczął mnie po nim smyrać.
-Vickuś...- odwróciłam się do niego, ale z miną „zaraz Ci przywalę”. Zaczął się śmiać.
-Zaraz zabijesz mnie wzrokiem.- nie przestawał się chichrać. Pokręciłam głową i sama nie mogąc już wytrzymać uśmiechnęłam się delikatnie.
-No od razu lepiej!- wyszczerzył się.
-I tak jestem zła.
-Dobrze, dobrze.
-Serio.
-Nawet bardzo.
-W ogóle mam zostać tutaj tydzień, a nie mam ze sobą żadnych rzeczy. Jak Ty to sobie wyobrażasz?
-Zaraz wyślę Lucasa...- przerwałam mu.
-Wiesz nie chciałabym, żeby Twój ochroniarz grzebał w moich gaciach.
-Jesteś trochę zbyt dosłowna.
-To nie ja jestem dosłowna, tylko Ty jesteś zboczony Jackson.- wywróciłam oczami.
-Oj tam od razu zboczony...Dobrze więc ja pojadę po Twoje rzeczy, a najlepiej to wezmę pięć walizek, bo potem będzie, że czegoś Ci nie wziąłem.- w tym momencie sobie o czymś przypomniałam...
-Michael...
-Jeszcze jakieś specjalne życzenia ma Panna Lancaster?- rzucił z uśmiechem.
-Nie, chodzi o to, że...- nie wiedziałam jak mam mu to powiedzieć.- Ja już nie mieszkam u Niny.
-A u kogo?- spytał podejrzliwie. Nie wiedziałam o co mu chodzi.
-Raczej nie u kogo, a gdzie. W...hotelu.- zauważyłam, że trochę odetchnął z ulgą, bo chyba spodziewał się czegoś innego, ale po jego minie i tak wiedziałam, że jest zły. Do sali nagle weszła pielęgniarka, kiedy zobaczyła Michaela trochę się speszyła.
-Eeem ja przepraszam bardzo, ale pani Victoria musi iść teraz na kolejne badania, a poza tym czas odwiedzin już się skończył.- powiedziała to bardziej do Michaela niż do mnie dając tym do zrozumienia, że musi wyjść. Podszedł do mnie i nachylił się nade mną, zmrużył oczy.
-Potem dokończymy tą rozmowę. Postaram się wrócić jak najszybciej.- spojrzał na moje usta, ale pocałował mnie w czoło. Widziałam jak walczył sam ze sobą, gdyby nie ta pielęgniarka....jestem pewna, że by to zrobił. Spojrzał na mnie ostatni raz i wyszedł. Wtedy zeszło ze mnie całe napięcie. Tak się się ze mną dzieje, gdy chociaż za blisko do mnie podejdzie, wystarczy jedno jego spojrzenie, a mi odbiera mowę. Zawsze tak na mnie działał, ale teraz to już w ogóle.
Zebrałam się w końcu z tego łóżka i poszłam na badania. Właściwie to nawet nie wiem co dokładnie mi robili, zgodziłam się na wszystko byle tylko jak najszybciej wrócić do sali i mieć święty spokój. Zrobili mi nawet USG, nie wiem po co i szczerze mówiąc to nawet nie chciałam wiedzieć. Najchętniej bym stąd uciekła...Ale znając Michaela po korytarzu kręcili się jego „goryle”, wiem, że jest do tego zdolny i to pewnie dał tutaj ludzi, których nie znam, albo zbytnio nie kojarzę, żebym się niczego nie domyśliła. Ale chyba zapomniał o tym, że nie jestem głupia. Tak więc moja ucieczka nie mogła się udać. Michaela nie było już ponad 4 godziny, fakt że hotel jest trochę daleko stąd, ale...nudziło mi się strasznie, nie wiedziałam już co mam ze sobą zrobić. W końcu włączyłam telewizor i oglądając jakiś nudny serial przysnęło mi się. Obudziło mnie dopiero pukanie do drzwi, przetarłam oczy i spojrzałam przed siebie.
-O przepraszam, spała pani?- to był doktor Feldman.
-Niee, jestem tylko trochę zmęczona.- zobaczyłam, że w ręce trzyma jakieś kartki, domyślałam się, że to zapewne moje wyniki. Dopiero teraz zaczęłam się denerwować.
-Mam już pani wyniki i wiem co jest przyczyną tych wszystkich dolegliwości.- uśmiechnął się siadając przy moim łóżku. Zmarszczyłam czoło, jestem na coś chora, a ten się cieszy?
-Więc...co mi dolega?- starałam się brzmieć normalnie.
-Proszę się nie stresować, to żadna choroba, powiedziałbym wręcz, że stan błogosławiony.- że co? Patrzyłam się na niego jak na kretyna, zaśmiał się.
-Już wszystko tłumaczę. To jest to co podejrzewałem od samego początku i aż dziwne, że pani sama wcześniej się nie domyśliła.- znów się zaśmiał, no miałam mu ochotę przywalić.
-Może pan mówić jaśniej?
-Oczywiście, już przechodzę do sedna sprawy. Po zrobieniu badań krwi, wiedziałem już, że jest pani w ciąży...-przerwałam mu natychmiast.
-Że przepraszam w czym?!- wywaliłam na niego oczy. Momentalnie oblał mnie zimny pot, poczułam jak wszystko mi drętwieje, nie wspominając o tym, że zrobiło mi się słabo.
-No właśnie...spodziewałem się, że może być pani zdziwiona, ale nie aż tak...Dlatego kazałem wykonać jeszcze USG, dla stu procentowej pewności. I tak, jest pani w dziesiątym tygodniu ciąży i jak na razie z płodem wszystko w porządku, ale gdyby dalej prowadziłaby pani taki tryb życia...Strasznie się pani zaniedbała pod względem zdrowotnym. Podejrzewam, że nie zauważyła pani niczego dlatego, że pani schudła, a dlaczego to chyba wiadomo. Do tego ma pani niedobór magnezu i kilku witamin, stres też zrobił swoje . Ma pani trochę za wysokie ciśnienie jak na tak młody wiek, a przypominam, że stres bardzo szkodzi ciąży. Chce pani zobaczyć zdjęcie USG?- patrzyłam na niego z niedowierzaniem trzymając się za głowę. Wszystko co do mnie mówił dochodziło do mnie w zwolnionym tempie, czułam się jak odurzona. Ciąża...ciąża...ja jestem w ciąży....JA JESTEM W CIĄŻY! To nie możliwe...
-Ale jak...- wyjąkałam kulawo.
-No chyba nie muszę pani tłumaczyć jak zachodzi się w ciążę.- uśmiechnął się. Spojrzałam na niego.
-Mogę...mogę zobaczyć to zdjęcie?- podsunął mi czarno-białą fotografię. Drżącymi dłońmi wzięłam ją od niego.
-Widzi pani tutaj jest główka, tu nóżki...ooo a tu rączki.- zaczął mi wszystko pokazywać. Nawet się nie spostrzegłam, a po policzku spłynęło mi kilka łez.
-Mam nadzieję, że to łzy szczęścia.- widząc moją minę dotknął mojego ramienia- Rozumiem, że pani się tego nie spodziewała i jest teraz w szoku, ale niech mi pani uwierzy, że dziecko noszone pod sercem to najwspanialszy dar jaki tylko można sobie wyobrazić i...- przerwałam mu.
-Pan nic nie rozumie...Michael nie jest moim mężem jak to zapewne zaznaczył na samym początku, zrobił to specjalnie żeby mieć informacje na bieżąco o stanie mojego zdrowia. To co jest między nami jest tak...skomplikowane, a teraz jeszcze dziecko...Ja nie wiem co mam robić.- rozpłakałam się na dobre. Mężczyzna w fartuchu widząc to przytulił mnie delikatnie.
-Nie będę pani pouczać, ale myślę, że jest pani silną jak i mądrą kobietą i poradzi sobie pani ze wszystkim.
-Doktorze...- spojrzałam na niego- Błagam, niech mu pan tego nie mówi...- westchnął.
-Jeśli taka jest pani decyzja, to nie pozostaje mi nic innego niż ją uszanować.
-Dziękuję...- poklepał mnie po ramieniu i wyszedł. Zostałam sama. Skuliłam się na łóżku, a moje ręce powędrowały na brzuch.
-Boże co ja najlepszego zrobiłam...

************
 
No jak wrażenia? XD Tak wiem, że pewnie większość się spodziewała tej ciąży po samym stanie Vicki, każdy debil by się domyślił XD No tylko nie ona i Michael xD Ogólnie to tej ciąży miało wgl teraz nie być, ale że Basia lubi sobie komplikować życie to jest :D
Teraz pytanie za sto punktów. Jak myślicie, przyszła mama podzieli się tą informacją, ze swoim „mężem” czy nie? XD No powiem wam, że...a nic wam nie powiem, nie mogę no XD Dowiecie się niebawem, jak to wszystko się potoczy ;)
Nie wiem kiedy pojawi się następny rozdział, ale jak zawsze będę się starać w miarę możliwości napisać go szybko.
Pozdrawiam <3