20 sierpnia 2016

Przypadkowe opowiadanie :)

Witam kochani! ♥
Czuję, że powinnam dostać porządny wpierdol za to, że tyle mnie tu nie było xD I tak możecie na mnie krzyczeć, nabluzgać i co tylko chcecie, ale zanim to zrobicie najpierw mnie „wysłuchajcie”. Pewnie niektórzy pomyśleli „No pewnie, nie napisała nawet 30 rozdziałów i spierdoliła bez słowa wyjaśnienia” Jak widać nie spierdoliłam i nie mam zamiaru tego robić, a nawet jeśli coś się wydarzy i będę zmuszona Was opuścić to nie zniknę sobie bez słowa. Mój wyjazd nie wypalił, wielkie gówno z tego wyszło przez co dwa tygodnie chodziłam zła i nie odzywałam się za bardzo, potem pokłóciłam się z kilkoma ważnymi dla mnie osobami. Odkładałam cięgle bloga na później „przecież mam dużo czasu”. Potem nie miałam weny i w ogóle ochoty pisać rozdziału (tak przyznaje się po prostu mi się nie chciało, nie miałam pomysłu, mimo że ten rozdział był w zeszycie, ale bardzo krótki i napisany ręką 5- latka) I tak przez miesiąc (no dobra prawie dwa...) nic nie wstawiałam za co bardzo przepraszam. Naprawdę to co pisałam to zaraz usuwałam, nie wychodziło mi nic w ogóle. Czułam się jakbym nigdy w życiu nie pisała, nie wiem co się ze mną działo. Nie chciałam dać tu jakiegoś gówna, dlatego ciągle zwlekałam z dodaniem rozdziału. Oprócz opierdzielania się przez cały ten czas, jeszcze coś robiłam. Postanowiłam trochę „odświeżyć” poprzednie rozdziały. Nie pozmieniało się na tyle żebyście musieli czytać całe opo od początku, spokojnie xD Zwykłe błędy i...same błędy. Bo jak przeczytałam pierwszy rozdział od czasu kiedy go napisałam czyli pół roku temu to się za głowę złapałam, styl to jednak mi się zmienił, dopiero wtedy to zauważyłam. Pewnie zastanawia Was co to jest xD Przez ten czas, który mnie tutaj nie było napisałam o to tą "historię". Natchnęła mnie do tego Oliwia, której dedykuje ten rozdział, został on napisany dla niej. Dała mi mega pomysł i dziękuję jej za to ♥ Może najpierw przeczytajcie ten rozdział, a na końcu wszystko Wam wyjaśnię :)
Zapraszam do czytania i komentowania! 
********
8 września 1993 r.
Była zaledwie 6 rano, a ja dalej nie mogłem spać. Zawsze miałem problemy z bezsennością, ale teraz to się nasiliło. Gdy tylko zamykałem oczy w głowie pojawiał mi się nieprzyjemny obraz. W pokoju było ciemno, mimo to sen nie mógł przyjść. Czułem się źle...psychicznie i fizycznie. Moje serce i dusza krwawiła za każdym razem gdy tylko przypominałem sobie w jakim bagnie tkwię od jakiegoś czasu. Dwa tygodnie temu miał się odbyć mój ostatni koncert w Bangkoku promujący trasę Dangerous. Jak zwykle przed koncertem chodziłem cały podekscytowany i pełen energii. Pamiętam tamten dzień jak dziś. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co mnie spotka... Nie mogłem nigdzie znaleźć Franka mojego menadżera, a zarazem wiernego przyjaciela.
~Retrospekcja~ 
 
Wpadłem jak burza do mojej garderoby. Szybko zmierzyłem wzrokiem całe pomieszczenie. Na ścianie wisiał plazmowy telewizor. Frank, Karen i Dominic mój choreograf siedzieli na kanapie i wpatrywali się jak zaczarowani w kolorowe pudło. Nie rozumiałem... za niecałą godzinę miał zacząć się mój koncert, a im zachciało się oglądania telewizji?
-Michael Jackson, legendarny Król Popu, który odbywa teraz światowe tournee został oskarżony o molestowanie seksualne przez niejakiego Jordana Chandlera, pozew do sądu wniósł jego ojciec Evan Chandler... Po usłyszeniu tych słów mój świat się zatrzymał, przestałem myśleć, byłem w totalnym szoku. Gapiłem się tępo w ścianę, nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Czułem się jak sparaliżowany, nie mogłem się ruszyć. Jakby ktoś przywalił mi czymś ciężkim w głowę. Czułem się otumaniony tą informacją, jak po narkotykach. Kiedy po kilku minutach odzyskałem świadomość, a do mojej głowy zaczęły z ogromną siłą uderzać te okropne słowa zatrzasnąłem za sobą drzwi.
Od razu spojrzenia moich przyjaciół spotkały się z moim. W ich oczach dostrzegłem przerażenie i głęboki strach. Czyli to co przed chwilą usłyszałem, a jeszcze nie do końca dotarło do mojej świadomości było...prawdą?
-Michael...skarbie.- Karen podeszła do mnie z łzami w oczach, złapała mnie za dłonie. -Słyszałeś prawda?- niemalże wyszeptała te słowa. Chyba sama domyśliła się odpowiedzi, bo od razu mnie przytuliła, trwałem tak kilka minut w jej ramionach kiedy w końcu oderwałem się od niej jak poparzony.
-Powiedzcie, że to tylko głupie plotki.- rzuciłem cały nabuzowany chodząc po całym pomieszczeniu. Nikt mi nie odpowiedział, mieli spuszczony wzrok.
-Kurwa powiedzcie coś!- nie panowałem już nad emocjami, a przede wszystkim nie panowałem nad sobą. Frank wystraszony trochę moim tonem głosu postanowił się w końcu odezwać.
-Niestety to nie plotki Mike...ten pieprzony gówniarz oskarżył Cię o molestowanie.- ukrył twarz w dłoniach- Ta informacja obiegła już cały świat, od rana ponoć trąbią o tym na każdej stacji. Twoi adwokaci zaraz tu będą. Michael do cholery wiedziałem, że tak będzie! Za dużo czasu spędzałeś z tym szczylem! Ale ty mnie nigdy nie słuchasz, bo sam wiesz co dla Ciebie dobre! To masz co chciałeś!- sam wstał zdenerwowany całą sytuacją. Nigdy na mnie nie krzyczał. Byłem w szoku.
-Nie krzycz na mnie...-wyszeptałem zamykając oczy. Chciałem żeby to wszystko to był tylko głupi koszmar, sen z którego zaraz się obudzę i będę się śmiał. Otworzyłem po chwili oczy, ale niestety to mi się nie śniło. Do oczu napłynęły mi łzy. Łzy rozpaczy, które wyrażały to co dzieje się w moim umyśle. Nie zauważyłem nawet kiedy słone krople spływały ciurkiem po mojej twarzy zmywając zapewne cały makijaż zrobiony przez Karen, ale nie obchodziło mnie to w tamtym momencie. Czułem się potwornie, wybiegłem stamtąd natychmiast. 
 
~Koniec retrospekcji~

To był najgorszy dzień w moim życiu. Chciałem jak najszybciej wrócić do domu, do mojej Nibylandii. Niestety to nie było możliwe. Policja zaraz na drugi dzień od wniesienia oskarżenia zrobiła rewizję całego domu, przewracając go do góry nogami. Wszyscy radzili mi bym tu nie wracał, bo to nie jest już to same miejsce...Mieli rację, tu już nigdy nie będzie jak dawniej. Wszystko zostało posprzątane, ale to nic nie dało. Naruszyli moją przestrzeń osobistą. Wkroczyli w świat, do którego tylko ja miałem dostęp. Z domu zniknęły wszelkie fotografie dzieci jakie tylko posiadałem, rodzinne portrety przedstawiające moich małych siostrzeńców i siostrzenice, prezenty od fanów i kasety z bajkami. Wiem czego szukali i mają problem, bo tego nie znajdą, nie w moim domu. Oskarżyli mnie o tak nikczemną rzecz. Rzygać mi się chciało jak sobie o tym myślałem. Jak można być tak okrutnym i podłym? Byłem dla nich dobry, dawałem pieniądze, wspierałem, pomagałem jak tylko mogłem. I co dostałem w zamian? Łatkę pedofila, która będzie do mnie przylepiona do końca życia, zszarganą reputację i zniszczone zdrowie psychiczne. Bliscy są ze mną, wspierają mnie, jestem im za to ogromnie wdzięczny, ale to nie wszystko. Reszta ma mnie za zboczeńca, który powinien zgnić w pierdlu. Podniosłem się do pozycji siedzącej. Chyba nic nie będzie z mojego snu. Powoli wstałem z łóżka i skierowałem się do łazienki. Szybko zabrałem małe pudełeczko i wróciłem do sypialni. Wyciągnąłem jedną białą kapsułkę, a do niej dołączyły od razu trzy takie same. Wiem, że nie można brać tak silnych leków w takiej ilości i to na pusty żołądek, ale w chwili obecnej miałem w dupie to co się ze mną stanie. Miałem ochotę umrzeć i może te prochy mi w tym pomogą. Wszyscy będą mieć spokój, bo przecież jestem taki zły i okrutny, skrzywdziłem dziecko. Zaśmiałem się kpiąco, ale po chwili spoważniałem i tabletki, które trzymałem w ręce wyrzuciłem na podłogę. Wybuchłem niekontrolowanym płaczem, który echem odbijał się od ścian. Płakałem jak dziecko, zranione dziecko. Jak w amoku chwyciłem ze stoliczka nocnego zabytkowy wazon i z impetem rzuciłem nim o ścianę, było słychać tylko huk, a antyk rozpadł się na miliony kawałków, był w takim stanie jak teraz moje serce.
-Proszę bardzo macie co chcieliście! No chodźcie tu i zobaczcie co ze mną zrobiliście! Zobaczcie upadek wielkiego Michaela Jacksona!- krzyczałem żałośnie do ściany dusząc się łzami. Nawet nie usłyszałem kiedy drzwi mojej sypialni zostały otworzone. Siedziałem skulony obok łóżka chowając twarz w dłoniach. Poczułem ciepły dotyk na ramieniu, a zaraz potem ten spokojny głos, który zawsze potrafił choć w pewnym stopniu ukoić ból w moim sercu.
-Michael kochanie...- tak właśnie jej było mi wtedy potrzeba. Mojej przyjaciółki, a zarazem matki. Kobieta zdjęła moje ręce z twarzy i podniosła mój podbródek wzdychając cicho. Zapewne przestraszył ją widok mojej twarzy bowiem w tamtym momencie wyglądałem niczym w teledysku do Thriller'a.
-Liz ja już nie daje rady...- wyszeptałem załamującym głosem wtulając się w przyjaciółkę. Gładziła mnie po plecach kołysząc w swoich ramionach. Siedzieliśmy tak długi czas.
-Nie wziąłeś tego badziewia?- spytała wskazując na opakowanie tabletek nasennych leżących na podłodze.
-Nie...a powinienem.
-Michael co Ty mówisz na litość boską?!- podniosła głos, ale jak tylko zobaczyła wyraz mojej twarzy złagodniała. Wyswobodziłem się z jej objęć i położyłem się do łóżka zwijając się w kłębek. Elizabeth również po chwili podniosła się z podłogi i podeszła do okna, odsłoniła wszystkie zasłony. Skrzywiłem się natychmiast, dzienne światło raziło mnie w oczy.
-Cholera zasłoń to.- warknąłem zbulwersowany tym co zrobiła, byłem bardzo drażliwy. Chyba nie miała najmniejszego zamiaru mnie słuchać, bo jak na złość otworzyła na oścież wszystkie okna i drzwi balkonowe wpuszczając do środka rześkie powietrze. Przycisnąłem poduszkę do policzka. Poczułem jak Liz zdziera ze mnie kołdrę. Spojrzałem na nią wkurzony.
-W tej chwili wstajesz, idziesz się umyć, bo cuchnie od Ciebie na kilometr i wychodzisz z tego bunkru na świeże powietrze, ale najpierw zjesz porządne śniadanie. Kiedy Ty w ogóle coś ostatnio jadłeś? Bo wyglądasz jak kościotrup.
-Nie ważne.- usiadłem zakładając ręce na piersiach niczym obrażone dziecko.
-Dla mnie bardzo ważne, martwię się o Ciebie.- usiadła obok mnie i pogładziła mnie po bladym i zimnym policzku.
-Potrzebuję tylko spokoju. Dajcie mi wszyscy święty spokój.- złapałem poduszkę i zacząłem
się kiwać w przód i tył. Zacisnąłem powieki, bo już czułem piekące łzy napływające do oczu. Nie chciałem płakać przy Liz. Nie lubiłem okazywać takich uczuć przy innych, nie chcę być słaby. Kobieta westchnęła tylko i zostawiła mnie samego. Myślałem, że wyszła z sypialni, ale myliłem się. Po chwili stała w progu drzwi prowadzących do łazienki.
-Mickey rusz się w końcu z tego barłogu, przygotowałam Ci kąpiel.
-Nie mam ochoty...
-Jak nie pójdziesz po dobroci to sama Cię rozbiorę i do niej wpakuje.- chciało mi się śmiać, ale jakoś...nie mogłem. Od dwóch tygodni nie uśmiecham się, nie tańczę, nie śpiewam, nie rozmawiam prawie z nikim, mało jem i prawie w ogóle nie sypiam. Nie robię w ogóle rzeczy, które kiedyś sprawiały mi przyjemność i wywoływały radość w moim serce, jakby całkowicie uszło ze mnie życie. Za to ciągle becze jak dziecko i zastanawiam się dlaczego ten świat jest taki okrutny.
-To jak będzie? - moje rozmyślania przerwała Liz. Niechętnie wstałem i powędrowałem ze spuszczoną głową do łazienki. Zamknąłem drzwi i zrzuciłem z siebie szlafrok i piżamę. Stanąłem zupełnie nagi przed lustrem, ale szybko odwróciłem wzrok. Nie mogłem na siebie patrzeć, brało mnie na wymioty. Same kości i skóra, a do tego coraz więcej tych białych, okropnych plam. Po chwili leżałem w wannie pełnej piany. Moje ciało w końcu się rozluźniło, ale to wcale nie poprawiło mojego samopoczucia. Kiedy woda zrobiła się chłodna ja nadal nie wychodziłem, nie miałem siły się podnieść. Usłyszałem pukanie. 
-Michael...wszystko w porządku?- w głosie przyjaciółki jak zwykle mogłem wyczuć zatroskanie.
-Tak, tak zaraz wychodzę!- zebrałem w sobie ostatki siły by w końcu wyjść z wody. Wytarłem się w suchy ręcznik i zarzuciłem na siebie szlafrok. Wchodząc do sypialni oniemiałem. Wszędzie panował idealny porządek. Łóżko posłane, ciuchy które walały się niemalże wszędzie zniknęły, na biurku nie było bałaganu, a na podłodze porozrzucanych skarpetek, papierów i butelek po alkoholu. Tak w nim też topiłem smutki przez kilka dni, dopóki nie opróżniłem całego barku. Piłbym dalej, ale nie miałem więcej alkoholu w domu, a żaden ochroniarz, ani szofer nie chciał mi nic kupić. Pewnie moja rodzina im zakazała. Nawet groziłem, że ich wyrzucę z pracy, ale nie przejęli się tym szczególnie. Na łóżku dostrzegłem ubrania, zapewne te które miałem na siebie włożyć. Liz szybko pojawiła się obok mnie.
-Nie musiałaś naprawdę, sam bym..
-...tak wiem nie zrobiłbyś tego sam, bo nawet durnej pralki włączyć nie umiesz, a i nie dziękuj nie ma za co.- wyświergotała tuż nad moim uchem. Uśmiechnąłem się smutno po czym porwałem kobietę w swoje objęcia.
-Dziękuję, że jesteś i wytrzymujesz ze mną.- wyszeptałem.
-Michael jesteś moim najdroższym skarbem jak mogłabym Cię zostawić w takiej sytuacji?- spojrzała mi w oczy gładząc mój policzek.
-No koniec tych czułości, bo co za dużo to nie zdrowo. Ubierz się ładnie i idziemy na śniadanie.- wywróciłem oczami.
-Ale ja naprawdę nie jestem...
-...i koniec kropka.- popatrzyła na mnie znacząco. Nie miałem ochoty na kłótnie, bo wiedziałem, że i tak postawi na swoim więc odpuściłem. Wziąłem przygotowane ubrania i znów zaszyłem się w łazience by się ubrać. Gotowy wraz z przyjaciółką opuściłem moje schronienie, którego nie opuszczałem od tygodnia. Zeszliśmy krętymi, marmurowymi schodami mijając po drodze kilku moich pracowników. Jak zawsze byli dla mnie mili, ale ja jednak czułem się dziwnie. Teraz są mili, a za plecami pewnie się śmieją i obgadują. W nie za wesołym nastroju wkroczyliśmy do kuchni, z której jak zawsze wydobywały się piękne zapachy. Moją kucharką była Mary, przemiła i ciepła kobieta po 40- stce. Pracuje tu siedem lat czyli od samego początku.
-Dzień dobry Michael.- nie lubiłem sztywnych form i wolałem by moi pracownicy zwracali się do mnie po imieniu, ale znaleźli się i tacy, którzy stwierdzili że to nie wypada i ciągle mi „panują”. Kobieta podleciała do mnie gdy tylko ujrzała moją twarz kiedy nieśmiało wszedłem do pomieszczenia. Poczułem ogromne ciepło na sercu kiedy mnie przytuliła.
-Jak się czujesz? Zjesz coś? Zrobiłam Twoje ulubione omlety, a jak ładnie wszystko zjesz to
dostaniesz nagrodę.- powiedziała niczym do małego dziecka. Uśmiechnąłem się delikatnie, kochałem w niej to ciepło, którym mnie obdarzała, zawsze traktowała mnie jak swojego syna. Spojrzałem za siebie, ale Liz ze mną nie był. Usłyszałem za to jak rozmawia z kimś przez telefon, a raczej krzyczy do niego w pokoju obok. Usiadłem na wysokim krześle, a Mary podstawiła mi pod nos gorące śniadanie. Zacząłem dłubać widelcem w talerzu, co jakiś czas biorąc mały kęs jedzenia do buzi. Nie byłem specjalnie głodny, zwykle dawno już by ten talerz był pusty. Kucharka nie chcąc przeszkadzać mi w dumaniu, zajęła się gotowaniem, zapewne obiadu.
-Kochanie mam złą wiadomość.- powiedziała Elizabeth wchodząc do kuchni. Odwróciłem się w jej stronę.
-Co się stało?- podeszła do mnie z niewyraźną miną.
-Nie mogę z Tobą zostać...
-Nie musisz ze mną zostawać, poradzę sobie.- uśmiechnąłem się sztucznie.
-Nie nie poradzisz sobie, a moje miejsce jest przy Tobie, ale Ci idioci nie potrafią poradzić sobie beze mnie nawet godziny.
-Coś na planie nie tak?
-Tak...muszę lecieć do NY. A uwierz mi naprawdę nie mam ochoty użerać się z bandą, niedoświadczonych...
-...Liz nie kończ. Naprawdę nic się nie stało, jedź.- złapałem ją za dłoń i ucałowałem ją. -Strasznie Cię przepraszam. Może zadzwonię po kogoś?
-Nie, po nikogo nie dzwoń. Dam radę.- popatrzyła mi głęboko w oczy wzdychając.
-No dobrze już...ale jakby co dzwoń do mnie od razu.
-Okej, jedź już.- wycałowała mnie i po chwili opuściła dom, a ja wróciłem do jedzenia. **********
Siedziałem w salonie na wielkiej kanapie wpatrując się w kominek, w dłoni trzymając kieliszek z czerwonym winem. W domu panowała kompletna cisza co bardzo mnie cieszyło, bo potrzebowałem spokoju. Skąd miałem to wino skoro barek był opróżniony? Znalazłem w górnej szafce w kuchni, Mary myślała, że pewnie tam nie zajrzę. Nie miałem zamiaru się upijać, zresztą po butelce wina nic mi nie będzie. W holu usłyszałem jakieś kroki, po chwili w pokoju pojawił się szef ochrony Miko.
-Szefie...- zaczął delikatnie, denerwowało mnie, że wszyscy tak się do mnie zwracali, jak do dziecka, jakbym był ze szkła i zaraz miałbym się rozbić na milion kawałeczków. Chciałem, żeby traktowali mnie normalnie.
-Nie bój się nie nakrzyczę na Ciebie.- podniósł na mnie swój wzrok, odłożyłem szkło na stoliczek. 
-Nie o to chodzi...- zmieszał się.
-A o co?- podszedł bliżej.
-Ma szef gościa, a w zasadzie gości...
-Jak to ktoś z rodziny to powiedz, że mnie nie ma i nie wiesz kiedy będę.- może nie ładnie tak kłamać, ale szczerze nie miałem ochoty na odwiedziny, nawet własnej rodziny.
-To nikt z rodziny.
-Więc kto?- zmarszczyłem czoło.
-Panienka Presley z dziećmi. Mówiłem jej, że jest pan w złym stanie i...- nie dałem mu dokończyć.
-Dlaczego od razu ich nie wpuściłeś?- spojrzał na mnie zdziwiony. No tak najpierw każę mówić, że mnie nie ma, a potem mam pretensje. Pokręciłem głową.
-Wpuść ich, jest późno powinieneś to zrobić od razu.
-Ale na pewno?
-Na pewno Miko.- ochroniarz odszedł, a po chwili usłyszałem śmiech dzieciaków i Lisę, która każe im się uspokoić. Wstałem z wygodnej kanapy, szybko poprawiłem potargane loki i poszedłem się przywitać.
-Wujek Mike!- Riley i Ben pisnęli na mój widok po czym rzucili się w moją stronę, ukucnąłem by ułatwić im zadanie. Uśmiechnąłem się i docisnąłem do siebie ich drobniutkie ciała. Chciałem się już odsunąć, ale oni najwyraźniej nie, bo opletli moją szyję rączkami niczym bluszcz.
-Dzieci wystarczy, bo udusicie wujka. Dajcie mi się z nim przywitać.- po słowach matki posłusznie odsunęli się, a ja mogłem w końcu zobaczyć pełen obraz mojej przyjaciółki. Kobieta ubrana była w śliczną, czerwoną garsonkę, a jej pofalowane włosy opadały swobodnie na ramiona i zauważyłem, że znowu je pofarbowała. Na ustach widniała jak zwykle krwisto czerwona szminka, która podkreślała jej usta. W oczach jak zwykle dostrzegłem iskierki radości. Wzrokiem zjechałem niżej. Na nogach miała wysokie szpilki, które uwydatniały jej zgrabne nogi. Jej spódniczka była krótka, zawsze kiedy się ze mną widywała ubierała się tak...seksownie? Zaraz skarciłem się w myślach. O czym ja myślę...Była po prostu idealna nie tylko pod względem wyglądu, zawsze była naturalna i szczera, miała klasę i grację, ale miała w sobie również coś z dziecka, tak jak ja...Dlatego zawsze świetnie się dogadywaliśmy, potrafiła przyjechać do Neverlandu na cały dzień i spędzić go ze mną chodząc po drzewach, bawiąc się w ganianego czy toczyć bitwy na pistolety wodne. Była cudowną kobietą. Pierwszy raz poznaliśmy się jako dzieciaki, przyszła na koncert wtedy jeszcze The Jackson 5, siedziała w pierwszym rzędzie, zaraz pod sceną w obstawie goryli. W ten sam dzień poznałem 6- sześcioletnią Lisę i jej ojca prawdziwego Króla rock'n rolla - Elvisa. Była małą dziewczynką, ale jak na swój wiek mądrą. Zaprzyjaźniliśmy się właśnie tamtego dnia niemalże od razu. Mówiłem na nią księżniczka i zapewniałem, że któregoś pięknego dnia spotka księcia na białym koniu, który zabierze ją do swojego zamku i poślubi. Na co zawsze odpowiadała mi „Nie chcę żadnego lalusia na jakimś brudnym koniu, Ty Michael będziesz moim mężem”. Zaśmiałem się w duchu przypominając sobie jak wypowiadała te słowa z takim przekonaniem, jakby składała mi obietnicę.
-Michael...- z zamyślenia wyrwał mnie głos kobiety, spojrzałem w jej oczy.
-Lisa Marie.- wypowiedziałem z dumą jej oba imiona, często właśnie tak się do niej zwracałem. Podbiegła do mnie rzucając mi się na szyję. Mimo, że stała na czubkach swoich lakierowanych szpilek i tak była niższa ode mnie. Wtuliłem twarz w jej aksamitne włosy, poczułem jak gładzi mnie po plecach. Tak dawno się nie widzieliśmy...ostatnim razem przed rozpoczęciem mojej trasy, czyli prawie rok temu. Nic nie zmieniła się przez ten czas.
-Strasznie tęskniłam za Tobą.- wyszeptała odsuwając się ode mnie. Co przyznam nie było mi na rękę.- I przepraszam, że zwaliłam Ci się tak na głowę z dziećmi.- spuściła wzrok.
-Nic się nie stało, bardzo cieszy mnie to, że postanowiliście mnie odwiedzić.- uśmiechnęła się i o to mi chodziło. Pomyśleć, że jeszcze godzinę temu miałem ochotę rzucić się pod najbliższy pociąg, a wystarczyła tylko wizyta Lisy i jej pociech bym właśnie tego nie robił. Poczułem się lepiej i tak naprawdę...wcale nie chciałem być sam.
-Nie będziemy tak tu stać, zapraszam.- powiedziałem w końcu zdając sobie sprawę, że nie zaprosiłem ich nawet do środka. Przepuściłem ich przodem.
-Wujku, a pobawisz się z nami?- spytała Riley podchodząc do mnie i wyciągając rączki dając tym znak bym wziął ją na ręce. Nie czułem się na siłach, ale nie mógłbym odmówić dziecku, a już zwłaszcza temu aniołkowi. Już otwierałem usta by odpowiedzieć, ale Lisa była szybsza.
-Skarbie wujek jest zmęczony i jest już późno. Włączę wam jakąś bajkę.
-Ale to naprawdę nie jest kłopot.
-Michael nalegam...widzę, że nie jesteś w dobrym stanie.- spojrzała mi głęboko w oczy. No tak, pewnie już o wszystkim wie i boi się ze mną zostawić dzieci. Spuściłem zasmucony wzrok.
-Wujku dlaczego jesteś smutny?- spytała dziewczynka bawiąc się moimi lokami.
-Nie jestem aniołku, wydaje Ci się.- cmoknąłem ją w różowiutki policzek i odstawiłem na podłogę.
-To jak, czego się napijecie?- wyrwałem chcąc przerwać ciszę, a zarazem ukryć jakoś mój stan.
-Ja chcę kakao!- krzyknął Ben- Giń marnie Ty łachudro!- warknął do manekina przedstawiającego Vader'a z gwiezdnych wojen stojącego w rogu pokoju. Chłopiec wymierzał w niego mieczem świetlnym. Chciało mi się śmiać.
-Ben odłóż to natychmiast! Zaraz coś popsujesz.- powiedziała karcąc chłopca, spojrzała na mnie przepraszająco.
-Lizzie nie denerwuj się, nic się nie stało.
-A Ty czego byś się napiła?- zwróciłem się do małej Riley, która była przyklejona do mojej nogi.
-Mleka.- wyszczerzyła ząbki w uśmiechu.
-Dla nas mam wino, więc może zaprowadź dzieciaki do mojej sypialni i włącz im bajkę, a ja przyniosę im coś do jedzenia i picia.- kobieta pokiwała głową i zaprowadziła pociechy na górę. A ja udałem się do kuchni i na tacy położyłem ciasteczka czekoladowe robione dzisiaj przez moją kucharkę i dwa parujące kubki. Zaniosłem wszystko do swojej sypialni. Dobrze, że Liz tutaj posprzątała. Co ja bym bez niej zrobił...Gdy wszedłem do pokoju dzieci grzecznie leżały na łóżku z zainteresowaniem oglądając bajkę. Tacę postawiłem na stoliczku nocnym.
-Tylko nie rozrabiajcie, bo to jest sypialnia wujka i bądźcie grzeczni. My będziemy w salonie, jakbyście coś chcieli.- ucałowała każde z nich w czoło i odwróciła się w moją stronę z uśmiechem.
-Mamusiu, a Ty będziesz spać z wujkiem?- wyrwała Riley. Cały dzień byłem blady, ale jestem, pewien, że teraz wyglądałem jak burak. Moja przyjaciółka zaśmiała się nerwowo i spojrzała na mnie nieśmiało.
-Nie kochanie, będę tylko rozmawiać z wujkiem, ale nie będziemy spać razem.
-A dlaczego nie?- ciągnęła dalej, kobieta westchnęła nie wiedząc co odpowiedzieć. Sam w duchu zadałem sobie to pytanie, ale po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że jestem idiotą i powinienem walnąć kilka razy głową w ścianę.
-Bo jesteśmy tylko przyjaciółmi.- skwitowała, a ja poczułem lekki zawód i sam tak naprawdę nie wiem czemu. Chyba ta odpowiedź jej wystarczyła, bo już o nic więcej nie pytała, a my w ciszy opuściliśmy sypialnię. Słysząc tylko śmiechy tych małych szkrabów. 
-Przepraszam za nią, ma niewyparzony język. Po ojcu...- spojrzałem na jej twarz, spuściła wzrok.
-Nic się nie stało, to było nawet urocze.- znaleźliśmy się w końcu w salonie, o dziwo w kominku dalej paliło się drewno. Lisa ściągnęła swoje szpilki i rozsiadła się na kanapie, a ja wyjąłem dla niej kieliszek z barku po czym napełniłem go winem i podałem kobiecie. Zapadła niezręczna cisza, miałem spuszczoną głowę. Nie wiedziałem za bardzo od czego zacząć naszą rozmowę.
-Wiesz o wszystkim prawda?- nie wytrzymałem w końcu, musiałem o to zapytać. W końcu podniosłem wzrok spotykając niebieskie, głębokie oczy wpatrujące się we mnie ze...współczuciem?
-Tak...postanowiłam Cię odwiedzić z dzieciakami, a o wszystkim dowiedziałam się dzisiaj z radia. Wiesz od miesiąca jesteśmy w Graceland i dlatego wcześniej nic nie wiedziałam.
-Z radia?- mruknąłem, pewnie dalej gadają o tym na każdej stacji.
-Tak, rozmawiałam z Janet i powiedziała, że jesteś w Neverlandzie. Masz przerwę od trasy, ale nie chciała powiedzieć co się tak naprawdę stało. Kiedy usłyszałam o tym...myślałam, że to tylko głupi żart, niestety kierowca taksówki mi to potwierdził, tak samo jak później Twój ochroniarz, byliśmy wtedy w drodze do Ciebie. Bez sensu było się wracać taki kawał, a...chciałam wiedzieć jak się czujesz.- złapała mnie za dłoń.
-Teraz kiedy mnie odwiedziliście o niebo lepiej.- zdobyłem się na skromny uśmiech. Czułem się trochę nieswojo.
-Michael wiedz, że ja Ci wierzę.- rzuciła nagle, kamień spadł mi z serca, bo trapiło mnie pytanie czy ona mi wierzy.- Nigdy byś tego nie zrobił, ja to wiem, Twoja rodzina, a przede wszystkim fani, nikt normalny nie uwierzy w te brednie.- prychnęła.
-Dziękuję Ci, ale...chyba jestem już skończony. To koniec mojej kariery.- powiedziałem załamany.
-Co? Dlaczego? To nijak ma się do Twojej kariery.
-Mylisz się Lisa. Ma i to dużo. Odwołałem resztę trasy chociaż zostały już tylko dwa
miesiące do końca. Pewnie nikt nie przychodziłby na te koncerty, a ja straciłbym kontrakt. To bez sensu. Od dzisiaj nie będę dla wszystkich Królem Popu tylko zwykłym pedofilem.- poczułem ogromną gule w gardle wymawiając to ohydne słowo.- Powiedz mi jak oni mogą być tak okrutni? Prędzej podciąłbym sobie żyły niż zrobił krzywdę dziecku. Przecież ja nie zmuszałem do niczego Jordana...sam zachowywał się dziwnie.
-To znaczy?- zainteresowała się, dla otuchy bardziej ścisnęła moją dłoń. Widziała, że jestem na skraju załamania nerwowego.
-Często chciał nocować w moim pokoju i to w dodatku łóżku ze mną...- spojrzała na mnie przerażona- Nie godziłem się na spanie razem, ja kładłem się wtedy na podłodze. Często chciał się do mnie przytulać, ale jak już to robił to tak nachalnie...nie wiedziałem co mam o tym myśleć. Mówiłem mu, że nie powinien tego robić i na trochę pomagało...
-Rzeczywiście dziwne, widziałam raz tego dzieciaka i odniosłam wrażenie, że coś jest z nim nie tak. A może to ten jego ojczulek go zmusił to gadania tych głupot?
-I posłuchałby go? Przecież się przyjaźniliśmy, Evan też zawsze był dla mnie miły...
-Był, bo dawałeś mu forsę.- prychnęła.
-Wiesz jaki jestem...nie potrafię odmówić nikomu, a on był w potrzebie.
-Mhmm tydzień później kupił sobie ferrari no rzeczywiście taka fura była mu potrzebna. Michael wszyscy na około doją Cię z kasy, dlaczego Ty im na to pozwalasz? Czasami jesteś naiwny niczym dziecko. Potem tylko nie potrzebie cierpisz, zapominasz, że nie zbawisz świata, bo to nie jest możliwe.
-A właśnie, że jest.- szepnąłem.
-Heal the world to piękna piosenka, ale to dalej tylko piosenka.- niestety miała rację, nie wiedziałem co mam powiedzieć- Jesteś za dobry na ten świat.
-Wcale nie jestem dobry.- pokręciłem głową.
-Jesteś, bo pomagasz biednym i chorym dzieciakom nie oczekując niczego w zamian.
-Po prostu...wiem jak to jest nie mieć dzieciństwa, rozumiem te dzieci. Zresztą to nic wielkiego, spędzam z nimi tylko trochę czasu...
-...i dajesz worki prezentów oraz miliony dolarów na leczenie.
-Dla mnie to są grosze, a jak widzę ich uśmiechnięte buzie i tą miłość w oczach...naprawdę niczego więcej mi nie potrzeba. Ale jak widać, to prawda że jak jesteś za dobry to potem dostajesz kopa w dupę. Powiedz Lisa co ja zrobiłem nie tak? Czy to naprawdę tak wygląda? Czy ja zachowuje się jak pedofil?
-Broń Boże!- zaprzeczyła od razu- Michael posłuchaj będę z Tobą cały czas, będziesz walczyć i wygrasz. Sprawiedliwość zwycięży.- poklepała mnie lekko po ramieniu i zatopiła usta w czerwonej cieczy. Zastanowiłem się na chwilę.
-A jeżeli pójdę do więzienia?- spytałem przerażony- Chyba się zabije...- rzuciłem żałośnie znów chowając twarz w dłoniach.
-Co Ty opowiadasz? Jakie więzienie? Jesteś nie winny tak?
-Oczywiście.- odpowiedziałem od razu, kobieta zabrała moje dłonie z twarzy i złapała za mój podbródek.
-Więc nikt Cię nie skarze, nie masz się czym zamartwiać. Udowodnimy, że nie skrzywdziłeś Jordana.
-Adwokaci radzą bym poszedł na ugodę pieniężną, może to dobry pomysł. Przecież im chodzi tylko o pieniądze więc dam im je i dadzą mi spokój.
-Michael nie możesz tego zrobić, to jest jak przyznanie się do winy. Skoro jesteś nie winny to pokaż to wszystkim. Ja, Twoja rodzina i fani Ci wierzymy, ale trzeba przekonać innych skoro chcesz mieć spokojnie życie.
-Ale ja nie wiem czy dam radę przejść przez te wszystkie procesy, jestem zbyt słaby...- spojrzałem w bok. Niestety taka była prawda, może nie widać tego po mnie, ale jestem kruchy i wiem, że nie poradzę sobie z tymi oskarżeniami.
-Dasz radę. Obiecuję, że Cię nie opuszczę.
-Aż do śmierci?- zażartowałem, a Lisa jak najbardziej załapała o co mi chodzi. To takie zadziwiające, wystarczyła tylko jej wizyta, a mi nawet na żarty się zabrało. Czuję, że jak
wróci do domu to ta pozytywna energia, którą tu wniosła odejdzie wraz z nią.
-Aż do śmierci.- zaśmiała się, uwielbiałem jej śmiech zawsze wprowadzał mnie w dobry nastrój.
-Dziękuję Ci za wszystko.- szepnąłem i po chwili znów znalazłem się w jej ramionach- Naprawdę miałem ochotę się dzisiaj zabić...- gdy to powiedziałem poczułem jak jeszcze mocniej mnie ściska, następnie odsunęła się delikatnie.
-Proszę nie mów tak nigdy więcej, bo to mnie rani. I nie masz za co dziękować, od czego ma się przyjaciół?- uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
-Myślałem nawet nad sprzedażą Neverlandu...- spojrzała na mnie wielkimi oczami.
-Co Ty gadasz? Jaka sprzedaż? Nibylandia bez Piotrusia Pana to już nie będzie to samo miejsce.
-Tyle, że ten Piotruś to już nie ten sam Piotruś co kiedyś i to miejsce umarło wraz z nim.- wyszeptałem.
-Michael nie możesz sprzedać tego domu. Posłuchaj...to Ty go stworzyłeś, dbałeś o wszystko i nie pozwolę zrobić Ci takiego głupstwa. Będziesz potem tego żałować.
-No nie wiem...- spojrzałem w bok.
-Ale ja wiem i koniec tematu, nie chcę więcej o tym słyszeć Piotrusiu.- cmoknęła mnie w policzek śmiejąc się pod nosem. Postanowiłem nie poruszać już tego tematu, przemyślę to później, ale w głębi serca...nie chciałem rozstawać się z tym miejscem.
-Mówiłaś, że spędziłaś miesiąc w Graceland. Bardzo chciałbym tam pojechać, Twój ojciec stworzył piękny dom.
-Tak to magiczne miejsce, przypomina mi o najlepszych latach dzieciństwa.- uśmiechnęła się delikatnie obracając w drobnych dłoniach kieliszek z winem- Możemy tam pojechać jeśli chcesz, choćby jutro.
-Naprawdę? To wspaniale. Ale to na pewno nie kłopot?- chciałem się upewnić, nie lubię się narzucać.
-Oczywiście, że nie. Odpoczniesz trochę od tego wszystkiego, odreagujesz. Już te dwa diabły zapewnią Ci taką rozrywkę, że wrócisz do tej oazy spokoju po dwóch dniach.- zaśmialiśmy się. W jej towarzystwie zawsze zapominałem o problemach, liczyło się tu i teraz.
-Ben i Riley są kochani naprawdę, sam chciałbym mieć takie grzeczne dzieci.
-Jesteś jeszcze młody, masz czas.- rzuciła, spojrzałem na nią jak na wariatkę.
-Lisa tydzień temu skończyłem 35 lat, zlituj się. Która kobieta zechce takiego starucha.- zaśmiała się.
-Oj uwierz nie jedna...- szepnęła jakby do siebie-I w ogóle nie wyglądasz na tyle.- puściła mi oczko.
-Tak? To na ile?- zmrużyła oczy.
-Spokojnie na 27.- teraz to ja się zaśmiałem.
-Wyobraźnię to Ty masz.- pokręciłem głową nie mogąc wyjść z podziwu.
-Mike mówię całkiem poważnie. Jesteś w kwiecie wieku i świetnej formie. Każda się za Tobą ogląda.- zarumieniłem się.
-I do twarzy Ci w tych rumieńcach.
-Lisa!
-No co?- zaśmiała się.
-To skoro tak każda się za mną ogląda to dlaczego wciąż jestem sam?
-Jak sam? Słyszałam że masz romans z Madonną.- zakrztusiłem się, Lisa zaśmiała się i zaczęła klepać mnie po plecach.
-Nie wiem skąd masz takie informacje, ale nic nas nigdy nie łączyło, byliśmy tylko na dwóch randkach. Ta kobieta mnie przeraża, jest zbyt wulgarna jak dla mnie.
-I mówi to facet, który na scenie łapie się za jaja!- zakryłem twarz dłońmi, jej szczerość była niesamowita.
-I nic dziwnego, że te Twoje rozwydrzone faneczki mdleją...- czułem jakby moje policzki się żarzyły.
-No co?- spytała kiedy zauważyła, że się nie odzywam.
-Jesteś zbyt dosłowna.- powiedziałem w końcu- Coś Ci wytłumaczę, Madonna dotykając się tam i...ówdzie ma na myśli „przeleć mnie tu przy wszystkich” a ja łapiąc się za krocze wyrażam emocje jakie mną kierują, uczucia, pragnienia...- zacząłem gestykulować nie wiedząc jak wytłumaczyć to co miałem na myśli, wybuchła śmiechem. No nie tak to miało zabrzmieć, przyznaję.
-Dobra Ty może lepiej już nic nie mów.- powiedziała śmiejąc się ze mnie- Tylko lepiej opowiadaj co się stało w domu Mad po gali oscarów.
-A co się miało stać?- udawałem, że nie wiem o co jej chodzi.
-Michael nie udawaj durnia.- spojrzała na mnie z politowaniem- Jestem pewna, że coś się wydarzyło.- poruszyła zabawnie brwiami, wywróciłem oczami.
-Pocałowała mnie tylko.- machnąłem ręką. Podniosła jedną brew do góry.
-No dobra...ja też ją pocałowałem.- westchnąłem- Dałem się ponieść, ale nie wydarzyło się nic więcej naprawdę. Zaczęła mi szeptać do ucha takie chore rzeczy, że uciekłem stamtąd natychmiast. Może nie zachowałem się jak prawdziwy facet, ale...nie chciałem pakować się w romans i to jeszcze z nią.
-Może ona chciała stworzyć z Tobą związek?
-Nie wydaje mi się. Chciała się zabawić i tyle ot cała historia tego naszego „romansu”.- zrobiłem cudzysłów w powietrzu. Napełniłem nasze puste kieliszki winem. Lisa nagle posmutniała, nie wiedziałem czy może powiedziałem coś nie tak czy...
-Coś się stało?- pogładziłem jej policzek, spojrzała mi w oczy.
-Tydzień temu...wzięłam rozwód z Dannym.- wyszeptała.
-Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?- rzuciłem z pretensją.
-Michael myślałam, że jesteś w trasie, a nawet jeśli bym Ci powiedziała nie przyjechałbyś więc to i tak bez sensu.
-Przyjechałbym i wspierałbym Cię.- nie kłamałem, naprawdę bym to zrobił. Była moją przyjaciółką, ona zawsze mnie wspierała więc ja zrobiłbym to samo.
-Przepraszam, że mnie nie było...- szepnąłem.
-To i tak nic by nie zmieniło. Było minęło.- powiedziała twardo, ale po chwili zauważyłem pojedynczą łzę spływającą po jej rumianym policzku. Natychmiast starłem ją kciukiem i przysunąłem się bliżej.
-Kochasz go?- to było raczej stwierdzenie niż pytanie, od razu potrząsnęła głową. -Kochałam...ale za bardzo mnie zranił. Mogę wybaczyć wszystko, ale nie zdradę i to jeszcze ze zwykłą dziwką. Rozumiesz? Znalazł ją pewnie na jakiejś ulicy, zawiózł do naszego domu i miał tupet żeby pieprzyć ją w naszym małżeńskim łóżku, gdzie dzień wcześniej ja tam spałam. Rzygać mi się chce jak o tym myślę.- teraz już płakała mi w ramię, a ja głaskałem ją po głowie.
-Nie płacz, on nie jest wart twych łez i nie jest wart Ciebie, nigdy nie był. Jak tylko go spotkam dostanie w mordę na przywitanie.
-To strasznie boli, nie potrafię tak z dnia na dzień o nim zapomnieć. Kochałam go, dawałam mu wszystko, byłam zawsze kiedy tylko mnie potrzebował. A co dostałam w zamian?- prychnęła.
-Lisa to zwykły skurwiel i wiem jak bardzo to przeżywasz, ale najlepiej jak odetniesz się od niego i zapomnisz. Pamiętaj, że nie jesteś sama.- zacząłem nucić pod nosem melodię, która wpadła mi nagle do głowy. Kobieta jeszcze bardziej wtuliła się w mój tors. W mojej głowie nie wiedząc nawet skąd i kiedy pojawiły się słowa. Zacząłem cicho śpiewać, wprost do jej ucha.
-That you are not alone
I am here with you
Though you're far away
I am here to stay
But you are not alone
I am here with you
Though we're far apart
You're always in my heart
But you are not alone
Kiedy skończyłem śpiewać, Lisa oderwała się ode mnie i spojrzała na mnie zaszklonymi oczami.
-To było...piękne.- powiedziała oniemiała- Kiedy to wymyśliłeś?
-Przed chwilą.- wzruszyłem ramionami, zaśmiała się przez łzy.
-Jesteś niesamowity Michael- cmoknęła mnie w policzek.
-Nie to Ty jesteś niesamowita dzięki Tobie mam natchnienie...i nową piosenkę.- uśmiechnęła się. Podałem jej kieliszek.
-Za nas...
-...i za naszą przyjaźń.- dokończyła, stuknęliśmy się szkłem. Wzięła łyk wina i spojrzała na zegar wiszący nad kominkiem.
-Już późno, pójdę zobaczyć czy dzieci śpią.- powiedziała po chwili, pokiwałem głową. Zostałem sam, odłożyłem pusty kieliszek na szklany stolik i oparłem głowę i zagłówek kanapy. Przymknąłem oczy, bo zrobiłem się trochę senny co naprawdę mnie zdziwiło, bo od dwóch tygodni prawie w ogóle nie sypiam, a jeżeli zasnę to tylko po wzięciu silnych tabletek nasennych. To wszystko dzięki Lisie, gdyby dzisiaj mnie nie odwiedziła...nie wiem co by się ze mną stało. Chciałem jakoś się odwdzięczyć i w mojej głowie już rodził się pomysł jak mogę to zrobić, byłem pewny że się ucieszy. Co chwilę otwierałem ociężałe powieki, żeby nie zasnąć, ale zmęczenie w końcu wzięło nade mną górę. Odleciałem do krainy snów.
***********
I jak podobało Wam się to "coś"? XD Od razu mówię, że to nie jest nowe opowiadanie i nie będzie żadnej kontynuacji. W tej historii miałam połączyć: oskarżenia o molestowanie i do tego wpleść Lisę Marie. Pisało mi się to zajebiście, uwielbiam Lisę więc nie było z tym problemu. To coś w rodzaju rozdziału przeprosinowego xD Mam nadzieję, że mi się udało :D Z tego względu iż usłyszałam pozytywne opinie na temat tej krótkiej historii, postanowiłam ją opublikować :) Nie wiem czy kiedyś jeszcze napiszę coś podobnego, to się okażę. Chcę zaznaczyć, że nie wiem kiedy i w jakich okolicznościach Michael dowiedział się o tych oskarżeniach, nie wiem czy wtedy już spotykał się z Lisą, nie wiem co tak naprawdę ich łączyło (mam nadzieję, że to była jednak miłość, a nie pic na wodę fotomontaż) wszystko pisałam tak jak czuję :) Nie jestem dobra w opisywaniu scen z dziećmi więc ten...ale dzieciaki musiały się tam na chwilę pojawić. I nie mogłam się powstrzymać przed dodaniem rozmowy o Madonnie, sorry no xD Po prostu ja ją tak "kocham" XD Lubię  z nią wątki, bo zawsze jest śmiesznie, ogólnie rozdział smutny, ale jak coś piszę, muszę wpleść coś wesołego, nie lubię smutasów xD A i żeby nie było nie zostawiam Vicki i Michasia xD Mam już połowę rozdziału i chcę go wstawić w poniedziałek, bo jutro nie będę mieć czasu. Kochani postaram się nie robić takich przerw, ale wiecie jak to jest...ja teraz w wakacje złapałam takiego lenia, że...Wiecie co ja robię ostatnio całymi dniami? Mnie już dupa od siedzenie boli XDD Przez jakieś...dwa tygodnie namiętnie oglądam Jacksona xD Wszystko co tylko możliwe, od dokumentów po teledyski i występy z tras, epickie przemowy na rozdaniach Grammy xD Nie ja wcale się z niego nie śmieje xD Myślę, że jak zacznie się szkoła znów wpadnę w tą monotonną rutynę dnia, wszystko wróci do normy, bo coś czuję że  w tym roku nie będzie miejsca na opierdalanie się xD
Myślę, że wszystko Wam wytłumaczyłam :) Jeśli macie jakieś pytania zadawajcie je  w komentarzach, na które bardzo liczę :D
Tak więc spodziewajcie się mnie tutaj znów w poniedziałek, a teraz oceńcie to moje "dzieło" xD Tylko szczerze. 
PS: Chciałabym jeszcze serdecznie polecić zajebistego bloga, zajebistej osóbki ♥ który na razie się rozkręca.
http://wayforhappines.blogspot.com/
Pozdrawiam ♥

30 czerwca 2016

Rozdział 28. Macie wspólną sypialnię?

Witajcie kochani! ♥
Jak dobrze w końcu pójść spać z myślą, że jutro nie idzie się do szkoły, nie ma żadnego sprawdzianu, stresu, bo czegoś się nie zrobiło, albo nie nauczyło, nie ma chodzenia na pole -.- , plewienia i sadzenia jakiś badyli xD Tylko takie „Mam wolne...mam wolne całe dwa miesiące i mogę się opierdzielać w końcu ile tylko chcę i nikt nie będzie się o to czepiać” XD Czy tylko ja tak mam? :D Jak mijają Wam wakacje? :D Rozdział miał być o wiele wcześniej, ale coś mi nie szło to pisanie. Ale! To nie moja wina akurat, wiecie kogo to sprawka? Michaela Jacksona we własnej osobie. Nigdy jakoś nie zagłębiałam się bardzo w piosenki z albumu Off the Wall, fakt słyszałam kilka, ale stwierdziłam, że dupy nie urywają (sorry Michael xD) Dopóki nie kupiłam płyty i to w Biedrze XDD Zaczęłam pisać rozdział i włączyłam ją sobie. Nie wiem czy można tańczyć jednocześnie siedząc, ale ja tak właśnie robiłam XD Przez te piosenki nie mogę wysiedzieć w miejscu, macham tymi łapami, śpiewam, płyta leci piąty raz już, a w Open Office tylko jedna strona XD I tak stwierdziłam, że album jest świetny :D Ale moje serce i tak należy do Bad ♥
Dobra koniec mojego biadolenia już xD
Zapraszam do czytania i komentowania! ;)
******
Nadszedł dzień obiadu rodzinnego, na którym mieliśmy powiedzieć z Michaelem o naszych zaręczynach. Czy się stresowałam? Ja? Nie w ogóle, gdzieżby tam...Z nerwów już pociły mi się ręce. Dlaczego się tak bałam? To bardzo proste. Obawiałam się najbardziej reakcji Joseph'a, już go poznałam i mimo, że wydawał się być miły co było raczej wymuszone, dawał wrażenie nieprzyjemnego człowieka, z którym lepiej nie zadzierać. Patrząc na to jaki był kiedyś dla Michaela spodziewałam się wybuchu z jego strony gdy dowie się o naszych planach. Po prostu miałam złe przeczucia. Wiem, to nasza sprawa czy weźmiemy ślub i nikomu nic do tego, ale wiem też jaki wpływ miał na Michaela. Zrobiłam ostatnie poprawki w makijażu i biorąc kilka głębokich wdechów spojrzałam w lustro.
-Uspokój się tylko się uspokój...- szeptałam do swojego odbicia lustrzanego. Postanowiłam w końcu opuścić łazienkę, w której spędziłam chyba trzy godziny chcąc wyglądać perfekcyjnie, nie wiem nawet po co. Żeby sprawić dobre wrażenie? Wygląd powinien liczyć się najmniej, ale nie zaszkodzi przecież poprawić to i owo. Gdy wychodziłam wpadłam na Michaela, a raczej prosto w jego ramiona, bo byłam tak zamyślona, że prawie wywróciłabym się na wysokich szpilkach gdyby mnie nie przytrzymał.
-Co Ty taka zamyślona? Zakochałaś się?- poruszył zabawnie brwiami.
-Tak w takim jednym Jacksonie, znasz może?- zaśmiał się i objął mnie w talii.
-Chyba kojarzę gościa.- dałam mu buziaka.
-Szybko wróciłeś.- zauważyłam.
-Mówiłem, że nie będzie mnie tylko kilka godzinek. Wiesz co?- zaczął mnie cmokać w usta.
-Mhmm?
-Wyglądasz strasznie pociągająco w tej sukience.- wymruczał mi do ucha przesuwając rękę z pleców na mój tyłek, złapałam ją i ułożyłam znów na plecach, co nie pomogło, bo chwilę później wylądowała na poprzednim miejscu.
-Może przełożymy ten obiad co?- wyszeptał dobierając się do mojej szyi. Westchnęłam cicho przymykając oczy. Jego pocałunki odbierały mi racjonalne myślenie. Byłam całkowicie poddana jego ruchom, rozpływałam się pod wpływem jego dotyku.
-Michael...ni...nie możemy go przełożyć...słyszysz...- jąkałam się, potrafił mnie doprowadzić do takiego stanu, że ledwo wydusiłam z siebie kilka słów. Postanowiłam to przerwać kiedy poczułam jak jego dłoń rozpina suwak sukienki.
-Przestań, zaraz przyjadą nasi...- niechętnie oderwałam się od niego, ale nie pozwolił mi do kończyć, bo przyłożył mi palec do ust.
-Ależ kochanie zdążymy już ja się o to postaram.- uśmiechnął się chytrze i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć poczułam jego ciepłe wargi na swoich. Pokierował nas w stronę komody, ręką strącił z niej książki na co cicho się zaśmiałam i posadził mnie na niej. Dokładnie tej samej, na której rok temu gdy byliśmy pijani prawie nie doszło między nami do czegoś więcej. Nie odrywając się od moich ust znów zajął się na spokojnie pozbawianiem mnie ubrania.
-Lubisz tą komodę co?- przygryzłam wargę.
-A żebyś wiedziała, jest bardzo wygodna i wielofunkcyjna.- zaśmiałam się. W końcu zostałam w samej bieliźnie, a koszula Michaela leżała już na podłodze. Docisnął mnie jeszcze bardziej do siebie przez co poczułam podniecenie rosnące w jego obcisłych spodniach. Uśmiechnęłam się do siebie.
-No czuję, że ktoś tu się za mną stęsknił.- zaśmiałam się w prost do jego ucha.
-Mhmm bardzo stęsknił.- już mieliśmy posunąć się dalej gdy usłyszeliśmy pukanie do drzwi, oderwaliśmy się od siebie natychmiast.
-Victoria, Michael jesteście tam?!- Jessica...no pięknie.
-Co się stało?!- próbowałam mówić w miarę normalnym głosem.
-Wasi rodzice już przyjechali, są w salonie. Powiedziałam, że zaraz przyjdziecie!
-Dobrze, dzięki. Yyy już schodzimy...- zeskoczyłam szybko z komody i niechlujnie zaczęłam nakładać na siebie sukienkę.
-Wiedziałam, że tak będzie.- powiedziałam pod nosem, Michael skomentował to śmiechem i spokojnie bez pośpiechu ubierał się rzucając mi co chwile dziwne spojrzenia.
-Co się tak lampisz? Rusz ten seksowny tyłek, bo zaraz sobie coś pomyślą i zapnij mi tą sukienkę.- powiedziałam szarpiąc się z tym cholernym zamkiem, który nie chciał współpracować.
-Spokojnie nie denerwuj się tak.- znowu się zaśmiał, no tak dla niego wszystko jest śmieszne nawet jeżeli naprawdę takie nie jest. Zapiął mi sukienkę, chciałam już ruszyć w stronę drzwi kiedy złapał mnie za nadgarstek i odwrócił w swoją stronę.
-Jeszcze do tego wrócimy.- wyszeptał trącąc nosem mój policzek.
-Chodź już kochasiu.- pokręciłam głową i chwyciłam jego dłoń. Wyszliśmy w końcu z sypialni, ale po chwili zatrzymałam się słysząc chichot tego pajaca.
-O co Ci chodzi tym razem?- odwróciłam się w jego stronę. Zaczął pokazywać ręką jakieś dziwne znaki powstrzymując śmiech.
-Twoje...wło...włosy.- wydusił w końcu. Obróciłam się w stronę lustra zawieszonego na ścianie.
-No nieźle mnie urządziłeś.- powiedziałam próbując doprowadzić „to coś” na głowie do porządku. Miałam do dyspozycji tylko ręce. Michael dalej chichotał przez co dostał kuksańca w bok.
-Dzieciak...-mruknęłam- Sam nie wyglądasz lepiej!- wystawiłam mu język. Natychmiast się uspokoił i przerażony spojrzał w lustro. No tak, miał świra na punkcie włosów.
-Jak mogłaś mi to zrobić?- rzucił z udawanym oburzeniem.
-Ty wcale nie byłeś lepszy! Jak jakiś dzikus normalnie.
-No takiego komplementu w życiu nie słyszałem.
-To nie był komplement, ale...
-Ej!- szturchnął mnie.
-Uspokój się dzikusie, bo zaraz coś Ci zrobię.- popchnęłam go lekko w bok, bo zajmował całe lustro.
-Taaak, a co mi zrobisz?- objął mnie od tyłu.
-Na pewno nie to co Ci teraz chodzi po tym kudłatym łbie. Chodź napaleńcu.- resztę drogi do salonu pokonaliśmy w spokoju bez większych niespodzianek bądź wybryków mojego ukochanego. Nasze rodzinki zdążyły już się poznać co bardzo mnie ucieszyło. Przywitaliśmy się z każdym i przeprosiliśmy za to, że musieli tak długo na nas czekać. Max tradycyjnie rzucił się na swojego idola mało nie przewracając go na ziemię, ucieszył mnie ten widok, za to Ash powiedziała oschłe „cześć”, dobre i tyle...Nasze matki tak samo jak i ojcowie znaleźli wspólny język, co nie powiem pozytywnie mnie zaskoczyło, widać było, że się polubili. Janet z Jess donosiły jeszcze na stół co chwilę nowe potrawy. Michael zaniósł na górę małe bagaże mojego rodzeństwa, a ja zaprosiłam w tym czasie wszystkich do stołu, który był już zastawiony. Poszłam jeszcze do kuchni zawołać Jess, żeby do nas dołączyła.
-Dziękuję, że wszystko przygotowałaś.- ucałowałam ją w policzek.
-Przestań nie ma za co, to moje obowiązki przecież.- uśmiechnęła się.
-Chodź do nas.
-Nie będę wam przeszkadzać.
-Jess daj spokój, jesteś dla nas jak rodzina.
-Naprawdę nie chcę wam przeszkadzać i...dziękuję, że tak myślisz.- przytuliła mnie.
-Ale na pewno?
-Na pewno, poza tym umówiłam się już z Robertem na zakupy.
-Ej z moim ochroniarzem?!- dałam jej sójkę w bok.
-Miałam poprosić Nick'a w końcu jest szoferem, ale Robert był tak miły, że sam zadeklarował się mnie zawieźć mówiąc, że to dla niego nie problem, a ochrona mi się przyda, bo jestem w końcu najlepszą kucharką Michaela Jacksona, a ponoć na takie też czyhają.- wybuchnęłyśmy śmiechem.
-I ma rację! Bezpieczeństwo przede wszystkim. Nie spieszcie się my tu sobie poradzimy. Aaa i miłej zabawy.- puściłam jej oczko.
-Przestań to tylko zwykłe zakupy.- skarciła mnie śmiejąc się.
-Od tego się zaczyna.- wróciłam w końcu do salonu gdzie wszyscy czekali tylko na mnie. Obiad przebiegł w miłej atmosferze, oprócz mojej siostry która siedziała cała naburmuszona bawiąc się telefonem to nie miałam żadnych zastrzeżeń. Janet próbowała ją trochę rozruszać co po czasie nawet jej się udało, no tak ma dobry kontakt z dzieciakami, bo mojej siostry dorosłą nazwać nie można mimo że ma już skończone 17 lat, zachowuje się jak rozkapryszony bachor. Czasami zastanawiam się czy my na pewno jesteśmy spokrewnione, bo naprawdę nie wiem po kim ona jest taka wredna. Kiedyś taka nie była, ale wtedy obie byłyśmy o wiele młodsze, a ja mieszkałam jeszcze w naszym rodzinnym domie. W powietrzu czułam już burzę, czułam że nowina o naszych zaręczynach nie będzie dobrze przyjęta. Nie wiedziałam kiedy nadejdzie najlepszy moment, ciągle dłubałam widelcem w talerzu nerwowo zerkając na zabytkowy zegar na ścianie. Odliczałam każdą sekundę, minutę, a potem godziny, które mijały bardzo szybko. Aż w końcu nadszedł wieczór. Nie wiem na co czekałam, może na to, że coś się wydarzy, wszyscy sobie pójdą, a ja zostanę tylko z Michaelem, to w jego towarzystwie czułam się w końcu najlepiej. A pro po niego to zauważył, że coś się ze mną dzieje, no tak w końcu przez prawie cały obiad się nie odzywałam.
-Co jest kochanie?- położył dłoń na moim kolanie. Oderwałam wzrok od jakże interesującego zegara i spojrzałam w jego ciemne oczy.
-Nic...
-Denerwujesz się?- szeptaliśmy.
-Nie, wcale.- próbowałam brzmieć prawdziwie.
-Widzę przecież.
-Eh no...trochę się boję.
-To co teraz?
-Ale co teraz?- spojrzałam na niego z przerażeniem.
-No ogłaszamy naszą wspaniałą nowinę.- rzucił z uśmiechem.
-Ale może jeszcze trochę poczekamy...
-Och Victoria.- wstał i pociągnął mnie za rękę żebym zrobiła to samo. Ścisnęłam mocno jego dłoń i przykleiłam się do jego boku, zaśmiał się. Wszyscy spojrzeli na nas ze zdziwieniem, przerywając rozmowy. Michael wyczuwając, że ja raczej nie wyduszę z siebie ani słowa postanowił przejąć inicjatywę.
-Chcielibyśmy wam o czymś powiedzieć...- zaczął, ale nie dane było mu skończyć.
-Victoria jest w ciąży?- palnęła Janet, wytrzeszczyłam oczy.
-Nie!- zawołałam od razu- Nie, oczywiście, że nie.- powiedziałam już nieco spokojniej.
-Jeszcze nie...- szepnął do siebie Michael, ale i tak usłyszałam. Szturchnęłam go lekko.
-To powiecie nam w końcu?
-Oświadczyłem się Victorii, bierzemy ślub.- powiedział na jednym tchu. Reakcje były podzielone. Nasze mamy pisnęły szczęśliwe i od razu do nas podleciały.
-I dopiero nam o tym mówicie?!- wyściskały nas tradycyjnie. Nasi ojcowie...no cóż przeżyli niemały szok, ale postanowili chociaż udawać, ze się cieszą. Skąd to wiedziałam? Ich miny mówiły wszystko. Oczywiście również nam pogratulowali, ale z wyraźną niechęcią i opóźnieniem. Max zaczął biegać po całym pokoju i krzyczeć, że Michael będzie jego szwagrem, parsknęliśmy na to śmiechem. Ashley skomentowała to cichym „zajebiście” i dalej siedziała niewzruszona.
-Mimo, że o wszystkim wiem to w końcu mam okazje osobiście wam pogratulować. Miśki wy moje.- rzuciła uśmiechnięta Janet dusząc nas prawie.
-Więc kiedy ślub?- spytała niecierpliwie moja mama.
-Jeszcze nie ustaliliśmy konkretnej daty.- wyjaśniłam.
-Dzieci bardzo cieszy nas ta wiadomość, jeżeli chodzi o przygotowania możecie na nas liczyć.- uwielbiałam Katherine, zawsze miła, uśmiechnięta i emanowała od niej taka dobroć. Michael był bardzo podobny pod tym względem. Chciałam coś powiedzieć, ale poczułam dotyk na ramieniu, odwróciłam się.
-Mogę Cię prosić na słówko?- mój ojciec nie miał za wesołej miny, a ja czułam, że ta rozmowa nie będzie przyjemna. 
-Zaraz wracam.- cmoknęłam Michaela w policzek i odeszłam na bok wraz z tatą.
-Więc...o czym chciałeś rozmawiać?
-Czy jesteś świadoma tego na co się piszesz wychodząc za Michaela?- przewróciłam oczami, już się zaczyna. Z tatą miałam o wiele lepsze relacje niż z mamą dlatego dziwiło mnie, że ciągle czepia się Mike'a, choć nic mu nie zrobił, a ja nie mam już pięciu lat. Z każdym moim chłopakiem jest tak samo, tylko różnica jest taka, że Michaela może być pewny, bo ja wiem, że to miłość na całe życie, po prostu to czuję. Widząc mnie szczęśliwą powinien w końcu to sobie uświadomić.
-Kocham go.- powiedziałam szczerze.
-Samą miłością człowiek nie żyje.- znowu przewróciłam oczami.
-Spokojnie na chleb nam jeszcze starcza.- powiedziałam z ironią.
-Kochanie nie denerwuj się, ja próbuję Cię chronić.- podszedł do mnie kładąc dłonie na moich ramionach.
-Chronić?- prychnęłam- Przed kim? Przed własnym narzeczonym?
-Wiesz jaki on jest sławny, jeśli za niego wyjdziesz Twoje życie diametralnie się zmieni.
-Wiem o tym, jestem tego w pełni świadoma. Poradzimy sobie, będę przy Michaelu i będę go wspierać. Miłość przetrwa wszystko. Nie wiem czemu tak go nie lubisz.
-Mówisz jak zakochana nastolatka, jakoś się ułoży i już. To nie kwestia lubienia, gdybyś poczytała trochę co piszą na jego temat...Wiesz jak potraktował swoją ostatnią dziewczynę, która też była jego narzeczoną i którą równie mocno kochał? Tak ją kochał, że ją zdradził i to w dodatku z pokojówką.- prychnął.
-...o nie! Tego już za wiele.- podniosłam głos- Chyba ja wiem lepiej jaki jest Michael niż jakieś głupie brukowce. Wierzysz własnej córce czy jakimś pseudo dziennikarzom?Wiem o nim wszystko, tato śpimy pod jednym dachem! Madonna sama wskoczyła do łóżka bratu Michaela i pewnie nie tylko z nim go zdradziła, połowa LA ją miała! Spróbuj go najpierw poznać, a dopiero potem oceniać.- tak zdenerwowałam się i to bardzo. Nie rozumiałam dlaczego ciągle się go czepia i ocenia na podstawie plotek. Kto będzie jeszcze przeciwko nam? Mało mamy swoich problemów? Nasza rodzina powinna nas wspierać.
-Wiesz, że chcę dla Ciebie dobrze.
-Pieprzenie.- zepchnęłam jego rękę- Pamiętaj, że nie potrzebuję Twojej zgody, jestem dorosła i sama o sobie decyduje.
-Nie tym tonem.
-Daj mi spokój.- nie mogłam już dłużej tego znieść więc zostawiłam go samego, może zmądrzeje jak przemyśli sobie pewne rzeczy. Wzrokiem zaczęłam szukać Michaela, dostrzegłam go w końcu, był na tarasie. Z kimś rozmawiał...no tak z Joseph'em. Po jego minie można było zauważyć, że raczej nie rozmawiają o pogodzie. Naprawdę miałam już tego dosyć. Wiedziałam, ze tak będzie, wręcz byłam pewna ich reakcji. Jakoś mama od razu polubiła Michaela...może dlatego, że jest bogaty i będę miała zapewnioną przyszłość u jego boku. W sumie nie zdziwiłabym się. Tyle, że dla mnie nie liczyły się miliony na koncie i sława, dlaczego nikt tego nie rozumiał?

********
-Nie sądzę aby ślub pomógł Ci teraz w Twojej karierze.- powiedział Joseph zapalając papierosa. Ręką odgoniłem od siebie dym. Brzydziłem się tym smrodem.
-A co ma ślub i moje szczęście do kariery? To, że ożenię się z Vicki nie oznacza, że przestanę koncertować. Jedno nie wyklucza drugiego.
-Masz lepsze rzeczy do roboty, a nie jakieś miłostki. Brakuje Ci baby? Załatwię Ci na jedną noc i po sprawie. Powiedz tylko jedno słowo.- nie wierzyłem własnym uszom.
-Jesteś obrzydliwy.- powiedziałem ze wstrętem.
-Co to też Ci nie pasuje? Chcesz zaprzepaścić tyle lat pracy dla jakiejś Victorii?
-Nie jakiejś tylko dla mojej narzeczonej jak już i nie zmienię decyzji. Nadal będę nagrywać, ale zrozum, że muzyka to nie jest cały mój świat.
-Nie wiesz co mówisz, omotała Cię i namieszała w głowie.
-Tak Twoim zdaniem każda kobieta namieszała mi w głowie. Postawiłem sprawę jasno i nie będę się więcej powtarzać. Weźmiemy ten ślub czy to Ci się podoba czy nie. Nie obchodzi mnie Twoje zdanie na ten temat.- chciałem wejść do środka, ale mnie zatrzymał.
-Jeszcze z Tobą nie skończyłem.- podniósł głos.
-A ja i owszem.- wyrwałem mu się i wróciłem do salonu. Chciałem odnaleźć Vicki, ale w pokoju jej nie było. Postanowiłem sprawdzić kuchnię. Stała odwrócona i wpatrzona w widok za oknem. Przystanąłem w progu i zacząłem się jej przyglądać. Widać było, że intensywnie nad czymś myśli. Przybliżyła kieliszek z szampanem do ust i upiła trochę trunku pozostawiając na szkle tylko ślad krwisto czerwonej szminki. Nawet picie z głupiego kieliszka wychodziło jej niesamowicie perfekcyjnie i z klasą. Światło w kuchni było zgaszone, padał na nią jedynie blask księżyca, który świecił dzisiaj niesamowicie mocno. Wyglądała po prostu pięknie. Nie mogłem oderwać wręcz wzroku, od zawsze lubiłem obserwować ludzi, ich zachowania, nawyki, gesty. Zastanawiałem się o czym myślą w danej chwili. Zostało mi to do dzisiaj. Chyba była naprawdę zamyślona, bo nie odwróciła się w moją stronę nawet na chwilę. A zwykle dawno poczułaby na sobie mój intensywny wzrok, który przewiercał ją na wylot. Chyba domyślałem się co tak ją trapi. Było jej przykro z powodu reakcji naszych ojców, do tego bała się Joseph'a widziałem to w jej oczach. Wydaję mi się, że do niej nic nie ma, inaczej dawno by to wyraził w słowach. Nie powiedział o niej nigdy złego słowa, chociaż nie! Nazwał ją raz...nie chcę nawet sobie tego przypominać, ale wtedy nie znał jej osobiście. Jego najbardziej boli to, że muzyka nie jest już najważniejsza w moim życiu, boi się, że straci swoją pozycję i nie będzie miał na mnie wpływu. Narzekał na każdą moją dziewczynę. Na Madonnę najbardziej, a to, że wygląda jak tania dziwka, że psuje mi reputacje i jest ze mną tylko dla pieniędzy i sławy, za mało jej machania gołym tyłkiem przed kamerami więc wzięła się za mnie. I w sumie teraz z perspektywy czasu mogę przyznać mu rację, ale Vicki jest zupełnie inna. Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumie i zaakceptuję ją, zaakceptuje to, że się kochamy. Postanowiłem przerwać w końcu te bezsensowne przemyślenia i podszedłem do ukochanej, przytulając się do jej pleców, a głowę ułożyłem na jej ramieniu. Kątem oka dostrzegłem, że się uśmiecha. Odwróciła się po chwili i mocno wtuliła w mój tors, nic nie mówiła, więc ja też się nie odzywałem. Nie chciałem psuć tej cudownej chwili. Staliśmy tak dosyć długo, nieruchomo w świetle księżyca, w zupełnej ciszy.
-Kotku co jest?- szepnąłem.
-Joseph nie jest zadowolony?- mruknęła.
-O to Ci chodzi...Twój ojciec też nie jest zadowolony, ale wiesz gdzie my to mamy?
-Tak w nosie.
-No może być i w nosie.- zaśmiała się i o to mi chodziło. Spojrzała na mnie.
-Nie smuć się już, bo wolę jak jesteś uśmiechnięta.- pstryknąłem ją w nosek- Wszystko się ułoży, obiecuję Ci to. Najważniejsze, że mamy siebie.- pocałowałem ją we włosy.
*******
Rodzice Michaela pojechali o 23, bo Joseph miał ponoć jakieś ważne spotkanie następnego dnia i musiał się wyspać. Taa każda wymówka jest dobra. Ash i Max byli już w pokojach na górze. Moi rodzice zostali do późna, dobrze nam się rozmawiało. A raczej im, bo ja siedziałam przygaszona i nie miałam ochoty na pogawędki, a już zwłaszcza z moim ojcem, na którego dalej byłam zła. Kiedy mama zakomunikowała, że czas na nich ożywiłam się od razu podniosłam się z kanapy żeby odprowadzić ich do drzwi. Cieszyłam się, że w końcu sobie pojadą, a ja będę mogła spędzić czas ze swoim narzeczonym, sam na sam. Moja radość nie trwała jednak długo, kiedy usłyszałam co powiedział, a raczej zaproponował Michael prawie wpadłam na ścianę.
-A może zostaną państwo na noc? Jest już późno i nie ma sensu wracać po ciemku taki kawał drogi.- spojrzałam na niego przerażona i kopnęłam go lekko w nogę.
-Spokojnie wiem co robię.- szepnął mi dyskretnie na ucho. Oj Jackson...nie wiesz w co się pakujesz. Myślałam, że go tam chyba zabije. Czy on w ogóle myśli? A może myśli tylko tym co nie trzeba...
-No nie wiem, to nie będzie dla was kłopot? Wystarczy, że zostawiliśmy wam na głowie Ashley i Max'a.
-Mama ma rację. Najlepiej jak wrócicie już do domu.- powiedziałam zniecierpliwiona.
-Dlaczego? Skoro Michael sam zaproponował.- tak mojemu tacie od razu spodobał się ten pomysł, ja już wiedziałam, że to się źle skończy.
-To żaden kłopot naprawdę.- Michael objął mnie jeszcze bardziej, gdyby nie rodzice to przysięgam, że zarobiłby ode mnie w łeb.
-Skoro tak mówisz, będzie nam bardzo miło.- nie no po prostu super, myślałam że chociaż mama jest mądra.
-W takim razie zapraszam na górę, pokażę państwu sypialnię.- nie wiem, co on chciał zabłysnąć przepychem w domu czy co? Na mojego ojca to nie podziała. Michael był tak mądry, że wybrał pokój na tym samym piętrze, na którym znajdowała się nasza sypialnia. Nie wierzyłam w to co on wyprawia.
-Jak będą jeszcze czegoś państwo potrzebować to proszę śmiało mówić my pójdziemy się już położyć.- złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę pokoju. Nie daruje mu tego.
-Macie wspólną sypialnię?- zatrzymaliśmy się oboje na dźwięk głosu mojego ojca.
-Tak.
-Nie.- powiedzieliśmy w tym samym czasie odwracając się w ich stronę.
-Harry daj spokój są dorośli, my też byliśmy młodzi. Nie rób cyrków i chodź spać.- mama próbowała go wciągnąć siłą do sypialni, na próżno.
-To macie czy nie?- spojrzał na nas podejrzliwie. Już chciałam otworzyć usta, żeby dobitnie to potwierdzić, ale Michael zatkał mi je ręką. No on chyba sobie ze mnie kpi!
-Oczywiście, że nie. Mamy osobne sypialnie, musimy tylko porozmawiać. Dobranoc.- mój ojciec chyba uwierzył, bo nic już nie powiedział, a my szybko znaleźliśmy się sami.
-Czy Ty oszalałeś?!- krzyknęłam gdy tylko zamknął drzwi.
-Błagam nie krzycz. Skąd miałem wiedzieć, że Twój ojciec jest tak bardzo wierzący?
-To teraz już wiesz. Nie wiem co Ty odwalasz, ale nie podoba mi się to.
-Chce żeby zaczął mi ufać.
-Dlatego powiedziałeś, że nie śpimy ze sobą?
-Między innymi...no wyszło mi to trochę spod kontroli.
-Trochę? Idę zaraz do niego i powiem mu, że wcale nie mamy osobnych sypialni i od dawna nie jestem dziewicą!
-Ciszej proszę, nie musi wiedzieć o tym cały Neverland.- ruszyłam w stronę drzwi, ale Michael zatarasował mi przejście.
-Poczekaj i nie denerwuj się już.- złapał mnie za ręce.
-Nie będę ukrywać się we własnym domu.- powiedziałam już nieco spokojniej.
-Chcę tylko przekonać Twoich rodziców do siebie.- westchnął.
-Ale mnie nie obchodzi co oni o Tobie myślą, nie musisz robić wszystkiego żeby im się przypodobać, tata sam przejrzy na oczy gdy Cię trochę lepiej pozna.
-Po prostu mi zaufaj.
-Dobra nie wiem po co te cyrki, ale rób już sobie co chcesz nie będę Ci przeszkadzać.- chciałam już wyjść, ale znowu mnie zatrzymał wciskając do ręki mój telefon. Spojrzałam na niego zdezorientowana.
-Przyda Ci się. Idź do swojego starego pokoju, coś wymyślimy.- bez słowa opuściłam naszą sypialnię. Tak byłam zła, na to że nie zapytał mnie o zdanie proponując moim rodzicom nocleg. Mój kochany tatuś na pewno wymyśli coś głupiego mogę się założyć, a ja chciałam tylko swobodnie czuć się w swoim domu. Wzięłam szybki prysznic żeby jak najszybciej położyć się do łóżka. Całe szczęście miałam tu jeszcze trochę swoich rzeczy więc nie musiałam chodzić co chwile do naszej sypialni po coś.
Zgasiłam światła, ale nawet to nie pomogło mi w zaśnięciu. Wzięłam telefon i szybko wystukałam na klawiaturze wiadomość.
Ja: Nie mogę zasnąć.
Mike <3: Ja też, ale mam pomysł.
Ja: Ty lepiej już nic nie kombinuj.
Mike <3: Nie moja wina, że bez Ciebie nie zasnę. Zaraz przyjdę.
Zaśmiałam się. Nie minęło nawet pięć minut, a usłyszałam jak drzwi do pokoju się otwierają. Byłam pewna, że to Michael. Bardzo cicho zamknął je za sobą i wskoczył do łóżka zrobił to z rozbiegu więc wylądował oczywiście na mnie.
-Co Ty wyprawiasz durniu!- zaczęliśmy się śmiać, ale po chwili przestaliśmy.
-Musimy być cicho.- szepnął kładąc mi palec na ustach.
-Jakie cicho? Idziemy spać.
-Nie, nie idziemy spać.- było ciemno, ale wiedziałam, że w tej chwili na pewno się uśmiecha. Taaa spać nie mógł, ja już wiem co chodziło mu po tej kudłatej głowie.
Wlazł pod kołdrę i położył się delikatnie na mnie obsypując moje ciało milionem pocałunków.
-Ty brałeś dzisiaj jakieś tabletki?- spytałam odsuwając go trochę, zaśmiał się.
-Ja nie potrzebuję takich wspomagaczy. A czemu pytasz?
-Bo jesteś bardzo pobudzony seksualnie.
-To chyba dobrze.- zamruczał- Poza tym musimy coś dokończyć. Chodziłaś cały dzień spięta więc trzeba Cię trochę rozluźnić.- zaśmiałam się. Złość na niego przeszła mi od razu, nie potrafiłam się na niego długo gniewać, Michael znał moje słaby punkty i wiedział jak mnie udobruchać.
-Ale w pokoju obok...są moi rodzice.- zsunął ramiączko mojej koszuli.
-No i co z tego? Będziemy cichutko.- przygryzł moją wargę.
-Nie wiem czy ja będę umiała być cichutko.
-A od czego masz mnie? Spokojnie skarbie już ja Ci pomogę.- nie podobało mi się to w jakich pozycjach jesteśmy więc postanowiłam to zmienić. Powaliłam Michaela na plecy i usiadłam na jego brzuchu.
-Co robisz?
-Jak to co? Zawsze Ty jesteś na górze.- położył dłonie na moich biodrach ściskając je lekko.
-Bo jestem facetem.- pochyliłam się nad nim.
-A...ja...kobietą...i nie...marudź już...bo...szkoda..na to...czasu.- mówiłam po między pocałunkami. Nagle usłyszałam trzaśnięcie drzwiami, a promienie zapalonego
światła tak mnie oślepiły, że musiałam zamknąć oczy. Leżeliśmy na brzegu łóżka więc odwracając się za mocno się wychyliłam i spadłam z niego.
-Szlak...- powiedziałam pod nosem, wstałam szybko na równe nogi i mrużąc oczy spojrzałam w stronę drzwi.
-Mówiliście, że macie osobne sypialnie.
-Tato co Ty tu do jasnej cholery robisz?!- no co to miało być?! Michael momentalnie pobladł, a potem zaczerwienił się co było dziwne, bo on nigdy się nie zawstydza. No tak był w samych bokserkach...
-Ja...ja chciałem...
-No co chciałeś?- spytałam zniecierpliwiona kładąc ręce na biodrach.
-Chciałem...sprawdzić czy masz wygodne łóżko.- spojrzał w bok jakby chciał pooglądać ściany, na których nie było nic szczególnie wyjątkowego. Nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać. Czułam się jak nastolatka przyłapana na pierwszym pocałunku z chłopakiem.
-A wy co robiliście?
-A co przesłuchanie nam teraz zrobisz?
-Vicki spokojnie.- Michael wstał z łóżka i podszedł do mnie- Ja wszystko wytłumaczę. Przyszedłem tu, bo...chciałem tylko powiedzieć dobranoc i...
-Dobranoc pół nagi?
-Tato!
-Co? Tylko pytam.
-Jesteśmy dorośli i mógłbyś się opanować z tym pilnowaniem mnie, bo naprawdę robi się to męczące.
-Ja wszystko rozumiem, robię to dla waszego dobra przecież.
-Dla naszego dobra nas nachodzisz?
-Moim zdaniem powinniście poczekać z seksem do ślubu.- wytrzeszczyłam oczy. Teraz będzie mnie pouczać? Dość tego.
-Nie no tego już za wiele...- podeszłam do drzwi i otworzyłam je na oścież.
-Proszę Cię abyś natychmiast opuścił ten pokój.
-Ale Victoria...
-...teraz. Nie będę wysłuchiwać pierdół o tym, że grzeszę i pójdę za to do piekła. To dobre dla dzieci. Idź tym postraszyć lepiej Ashley. To NASZA sprawa co robimy i nikomu nic do tego.- Michael nawet nie odezwał się słowem i bardzo dobrze, bo zamiast mi pomóc trzymałby stronę mojego ojca, a raczej kłamałby. Stał tylko ze spuszczoną głową jakby coś przeskrobał, wyglądał trochę śmiesznie, ale nie będę się z niego nabijać. Na pewno czuł się niezręcznie.
-Nie chcę się przecież kłócić.
-Właśnie, że chyba chcesz dlatego lepiej wyjdź.- westchnął tylko i już miał wyjść kiedy zatrzymał się w progu i spojrzał na mojego narzeczonego.
-Michael, a Ty nie idziesz?- spytał podejrzliwie.
-Ja...tak oczywiście już idę.- uśmiechnął się do mnie przepraszająco i szepnął ciche „dobranoc skarbie” to ma być pożegnanie? Przyciągnęłam go do siebie za rękę i pocałowałam gwałtownie w usta, ale to nie było zwykłe cmoknięcie. Zarzuciłam mu ręce na szyję, przyklejając się do jego ciała maksymalnie jak tylko było to możliwe i dalej namiętnie całowałam. Nawet chrząknięcie mojego ojca nam nie przeszkodziło, bo ja nie miałam zamiaru szybko tego przerwać. Niech stoi i się patrzy, nie mam zamiaru się hamować.
-Teraz możesz iść.- powiedziałam gdy tylko oderwałam się od jego ust. Ich miny były bezcenne. Michael przetarł wilgotne wargi opuszkami palców i zaśmiał się cicho. Każdy poszedł w swoją stronę. Przymknęłam drzwi i obserwowałam tatę, który zaczekał aż Michael wejdzie do sypialni i dopiero wtedy sam się do niej udał. Pokręciłam głową wzdychając i położyłam się do łóżka. Jutro z samego rana wrócą do domu i będę miała święty spokój. To co wyczyniał mój ojciec było ogromną przesadą. Strach pomyśleć co by zrobił gdybym dalej z nimi mieszkała, trzymałby mnie pewnie pod kluczem, a w moim pokoju zainstalowałby kamery. Tyle, że o mnie nie musi się martwić, bo z Michaelem nic mi nie grozi. Nie ma wyjścia musi zaakceptować nasz związek. Nie zrezygnuje z miłości, bo mój ociec ma jakieś widzi mi się. Miałam nadzieję jednak, że szybko zmądrzeje, jeżeli naprawdę zależy mu na moim szczęściu to w końcu zrozumie i w pełni zaakceptuje moją decyzję, której nie zmienię. 
******
I jak? :) Nie wiem, ale jakoś... ten rozdział szedł mi opornie na początku, mimo tego efekt końcowy nawet mi się podoba. Jeżeli chodzi o niektóre zachowania Vicki...w tym rozdziale to byłam cała ja xD jeżeli jest czasami za bardzo wybuchowa i zachowuje się jakby miała okres przez cały rok to wybaczcie jej, to moja wina XD Tak samo jeżeli przesadnie się stresuje, ja pod tym względem jestem taka sama. Proszę tylko jeszcze anonimków o ujawnienie się i zrobienie tej przyjemności autorce, która często zarywała noce, śpiąc tylko po 4 godziny, a na następny dzień musiała iść do szkoły xD Dla Was to tylko pięć minut, a dla mnie o wiele więcej. Każda opinia jest ważna. Mam nadzieję, że się nie boicie czy coś xD Wiem, że jestem bardzo nerwowa i w ogóle, ale spokojnie krzyczeć nie będę jak napiszecie co myślicie ;) Pamiętajcie, że to czytelnicy tworzą bloga, bez Was nie ma tego opowiadania. Jak widzę każdy komentarz i nie ważne czy jest on pozytywny czy nie od razu mam ogromny uśmiech na twarzy, bo wiem że ktoś to czyta. A tak poza tą wysoką liczbą wyświetleń (za którą niezmiernie dziękuję ♥ ) i dwoma komami pod każdym prawie rozdziałem ani śladu po reszcie czytelników. Każdy komentarz jest ogromną motywacją do dalszego pisania :)
Pozdrawiam ♥