20 marca 2016

Rozdział 18. Pocałunek, rozczarowanie, intryga i kłamstwa...

Witajcie kochani!
Mam nadzieję, że rozdział przypadnie Wam do gustu. Chociaż jak zwykle Victoria będzie Was denerwować i jeszcze jedna osoba, której chyba nie spodziewacie się w tym rozdziale i wtedy to się dopiero wkurzycie, ale ja się cieszę, bo pośmieje się chociaż z komentarzy :D
Chciałabym jeszcze bardzo podziękować za ponad 5000 wyświetleń to dla mnie wiele znaczy, że jesteście tu ze mną i czytacie moje wypociny, które nie raz podniosą Wam jeszcze ciśnienie :)
Serdecznie zapraszam do czytania i komentowania!
Pozdrawiam Basia <333
******
Kolejne 3 miesiące później...
Perspektywa Michaela:
Spałem sobie smacznie, gdy nagle usłyszałem trzaśnięcie drzwiami i:
-JACKSON!
-Jeszcze5 minut...- wymruczałem i schowałem twarz w poduszkę. Karen skoczyła mi na plecy, skrzywiłem się.
-Wstawaj!
-Karen złaź, jesteś ciężka jak cholera.
-Odezwał się ten co waży 10 kg.- zlazła ze mnie w końcu, a ja odetchnąłem.
-Po co obudziłaś mnie o tej godzinie?- spytałem ledwo przytomny.
-Masz próbę, na którą zaraz się spóźnisz. Wszyscy już są na miejscu tylko Ty gnijesz do południa.
-Król może wszystko.- powiedziałem w żartach podnosząc się do pozycji siedzącej. Przetarłem zaspaną twarz dłońmi.
-Ty mi tutaj nie króluj, bo jak Cię zaraz kopnę w tą królewską dupę to zakrętu nie wyrobisz.
-Zrzędzisz jak stara baba. Faceta Ci brak czy co?- zaśmiałem się na co spiorunowała mnie wzrokiem, czyli miałem rację, wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
-A Ty marudzisz jak stary dziadek. Za 10 minut widzę Cię na dole i ostatni raz robię za Twój budzik. Jestem Twoją makijażystką, anie kalendarzem, zegarkiem i notesem.- rzuciła oburzona i wyszła. Uwielbiałem ją denerwować. Na przeprosiny dostanie później ode mnie ulubione perfumy jak je zobaczy to od razu jej przejdzie.
Wstałem szybko z łóżka i równie szybko się ubrałem. Chwyciłem tylko moją kochaną Fedorę i okulary przeciwsłoneczne. Zjechałem windą na dół, a przy wyjściu czekała na mnie Karen i dwóch ochroniarzy. W obstawie wyszliśmy z hotelu. Rozległy się piski i wrzaski. Drogę do samochodu pokonaliśmy biegiem.
2godziny później Stadion Wembley...
Już piąty raz powtarzaliśmy układ do Smooth Criminal i co chwile ktoś się mylił, przez co trzeba było zaczynać od nowa.
-Stop!-krzyknąłem, muzyka ucichła, a tancerze spojrzeli na mnie.
-Co Wy wyprawiacie do jasnej cholery?!- spojrzeli na mnie wystraszeni.
-W połowie trasy mylicie kroki?! Jak chcecie zatańczyć na koncercie? Samantha o Tobie nie wspomnę. Cały czas Ci powtarzam najpierw jest krok w przód, potem w tył i obrót, a poza tym ja Cię prowadzę masz mi się poddać, a nie tańczysz jak Ci się podoba.
-Staram się.- wyszeptała.
-Za mało się starasz! Jesteś zawodową tancerką, a zachowujesz się jak byś nie znała podstawowych kroków. Czego kompletnie nie rozumiem skoro tańczymy ciągle to samo. Czy układ się zmienił?!
-Nie...
-To dlaczego się mylisz?! Czy to takie trudne zapamiętać kilka układów?!- całkowicie straciłem kontrolę nad sobą. Sam wybuchła płaczem i zbiegła ze sceny.
-Zejdźcie mi z oczu. Daje Wam piętnaście minut przerwy, żebyście się w końcu ogarnęli.- wszyscy posłusznie wyszli, usiadłem na podłodze i chwyciłem butelkę z wodą.
-Michael jak Ty się zachowujesz?- Thomas mój menadżer podszedł do mnie. Był dla mnie zawsze jak ojciec, którego nigdy nie miałem.
-Normalnie!
-Nie wydzieraj się tak, bo wszyscy się Ciebie boją.- schowałem twarz w dłoniach.
-Ej młody wszystko w porządku?- dotknął mojego ramienia.
-Nie, nic nie jest w porządku.
-Rozumiem, że jesteś zmęczony. Ósmy miesiąc w rozjazdach, strefy czasowe, ciągłe próby, ale nie możesz się wyżywać na innych, bo wtedy nic z tego nie wyjdzie. Krzykiem pogarszasz tylko sytuacje, wszyscy się stresują. W tej chwili przeproś Sam i innych tancerzy.
-Przepraszam...
-Nie mnie przepraszaj, bo mi nic nie zrobiłeś. Jeszcze...- zaśmialiśmy się. Udałem się do szatni w nadziei, że wszystkich tam zastanę.
-My już idziemy.- odpowiedzieli chórem, gdy tylko mnie zobaczyli.
-Nie poczekajcie, przyszedłem Was przeprosić.- spojrzeli na mnie zdziwieni- Nie powinienem tak krzyczeć i przyrzekam, że więcej się tak nie zachowam. Idźcie na scenę. Zagramy jeszcze Bad i The way you make me feel i jesteście wolni do wieczora. Sam Ty zostań.- powiedziałem, gdy zobaczyłem, że dziewczyna również chce wyjść. Zostaliśmy sami. Usiedliśmy, spojrzałem na jej zapłakaną twarz. Zaczęła nerwowo bawić się zamkiem od bluzy, a jej ręce drżały. Naprawdę musiała się mnie wystraszyć i nie dziwię się jej.
-Spójrz na mnie.- nie pewnie podniosła na mnie wzrok.
-Zachowałem się jak kompletny dupek i chciałem przeprosić Cię osobiście. Nerwy wzięły górę i przestałem nad sobą panować. Ostatnio przechodzę trudny okres...i nie powinienem się wyżywać na Tobie. Wcale nie myślę, że jesteś złą tancerką, zrobimy teraz próbę i na pewno pójdzie lepiej. Widzę jak się starasz, ale jak tańczysz ze mną nie stresuj się tak, bo nic z tego nie wyjdzie.
-Ja przepraszam pana, że tak ciągle się mylę. Po prostu jakoś nie potrafię się skupić jak tańczymy razem.- zarumieniła się lekko. Uśmiechnąłem się delikatnie.
-Poćwiczymy i będzie lepiej, trening czyni mistrza. Tyle razy mówiłem, żebyś mówiła mi Michael.
-Dobrze...Michael?
-Tak?
-Mogę Cię przytulić?
-Jasne, chodź tu.- rozłożyłem ramiona. Dziewczyna bez wahania przysunęła się i przytuliła mnie kładąc głowę na moim ramieniu.
*****
Śpiewałem piosenkę Bad. Zrobiłem wykop, a następnie obrót. Zakręciło mi się w głowie, straciłem równowagę i upadłem na ziemię. Przed oczami zobaczyłem tylko ciemność, dalej nic nie pamiętałem. Po jakimś czasie usłyszałem niewyraźne:
-Michael, Michael obudź się.- ktoś zaczął klepać mnie po twarzy. Poczułem ogromny ból głowy. Otworzyłem powoli oczy.
-Co...co się stało?- zapytałem zachrypniętym głosem. Leżałem na kanapie w mojej garderobie, a nade mną pochylał się John - mój lekarz, Karen i Tatiana.
-Zemdlałeś.
-Trzeba dokończyć próbę.- podniosłem się z zamiarem wstania, ale ból głowy był tak silny, że położyłem się z powrotem.
-Jaką próbę, oszalałeś? Dostałeś zastrzyk i musisz teraz odpocząć, zaraz jedziesz do hotelu.
-Ale nic się takiego nie stało.
-Jackson nie wkurzaj mnie, kiedy ostatnio coś jadłeś?- Karen była wyraźnie zła.
-Nie wiem, co to ma do rzeczy?
-Ma do rzeczy to, że Twój organizm jest wycieńczony i dzisiejszy koncert musi być odwołany.
-Co?!
-Odwołasz go Michael. Chyba nie chcesz zemdleć znowu na środku sceny przed milionem ludzi.- jeszcze Tatiana przeciwko mnie.
-Nie, nie zgadzam się. Koncert się odbędzie, dam radę. Przestańcie nade mną skakać to było zwykłe zasłabnięcie nic wielkiego. Teraz pojadę do hotelu się przespać i wrócę na wieczór.
-Ale Michael...
-...nie, powiedziałem coś. Nie mogę zwieść fanów, mam zamiar dzisiaj wystąpić i dać z siebie wszystko.- wstałem powoli z kanapy.
-Tatiana przypilnuj żeby reszta jeszcze poćwiczyła. A na The way you make me feel zatańcz z jakimś chłopakiem.
-Może pojechać z Tobą do hotelu?
-Nie trzeba, poradzę sobie.
-Na pewno?
-Tak.- zarzuciłem na siebie bluzę. Już miałem wychodzić kiedy zatrzymała mnie Karen łapiąc za ręce, jej twarz nie wyrażała już złości, a jedynie troskę.
-Michael martwię się o Ciebie.
-Nie masz powodu. Spokojnie dam radę zagrać ten koncert, będzie dobrze.- przytuliłem ją i wyszedłem. Razem z Georgiem udałem się do hotelu.
******
Perspektywa Victorii:
Gdy Michael wyjechał dużo się zmieniło. Myślałam, że to tylko kwestia czasu aż zapomnę, odkocham się? Ale to chyba niemożliwe...Przez pierwsze pół roku funkcjonowałam normalnie, przynajmniej starałam się. Całą swoją uwagę skupiłam na pracy, żeby nawet przez chwilę nie myśleć o Michaelu. Zostawałam po godzinach, brałam na siebie największe projekty, ale to nic nie dało. Widziałam go wszędzie...na plakatach, reklamach, w telewizji. To nie tak, że chciałam o nim zapomnieć raz na zawsze. To strasznie bolało i myślałam, że jak się odseparuję od niego będzie lepiej, nie będę tak cierpieć, a przy okazji i on. Po prostu chciałam myśleć o nim jak o przyjacielu, a nie mężczyźnie którego kocham. Cały czas czułam słodycz jego ust, dotyk, który przyprawiał mnie o dreszcze, zapach, głos...A najgorsze, że chciałam to poczuć jeszcze raz, bardziej, pragnęłam go.
Michael dzwonił rzadko tak samo jak ja, ale nie byłam na niego zła. Miał ważniejsze rzeczy na głowie niż rozmowa ze mną. Kolejne miesiące bez niego były o wiele gorsze. Zamykałam się w domu, mało jadłam przez co schudłam 10 kg, rzadziej chodziłam do pracy. Dobrze, że mam tak wyrozumiałego szefa. Najczęściej leżałam całymi dniami w łóżku, ryczałam do poduszki lub wpieprzałam lody oglądając wszystkie koncerty Michaela na żywo. Kontaktowałam się tylko z Alex. Co z Niną? Nie odzywam się do niej mimo że ona do mnie tak. Wydzwania, przychodzi i przeprasza, ale mam to gdzieś. Jestem pamiętliwa i nie zapominam słów, które mnie zraniły. Pogadam z nią jak się naprawdę zmieni.
Dzisiaj jest 19 luty 1988 r. Za trzy miesiące wraca Michael, a ja odliczam każdy dzień do jego powrotu. Rozsiadłam się przed telewizorem, bo za pół godziny zaczynał się jego koncert. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Niechętnie poszłam otworzyć. Ujrzałam Alex i Ninę. Westchnęłam i wpuściłam je do środka. Zobaczymy co tym razem powie najmądrzejsza Nina. A może jej już odpuszczę? Widzę, że żałuje naszej kłótni, którą zresztą sama zaczęła. Poszłam do salonu, a one za mną. Nina podbiegła do mnie i tak się rozpędziła, że prawie by mnie przewróciła. Przytuliła mnie mocno i zaczęła płakać, a to rzadki widok...
-Vicki!Tak bardzo Cię przepraszam. Wcale nie jesteś idiotką. Ja nie chciałam tego wszystkiego...powiedzieć. Proszę wybacz mi. Wiesz, że ja najpierw mówię dopiero potem myślę. Rozumiem, że jesteś inna i nie potrafisz od tak mówić o swoich uczuciach. I przyrzekam, że już tak się nie zachowam, nie będę Cię krytykować, tylko wspierać. Zmieniłam się naprawdę, zapytaj Alex jak...
-...Nina.- oderwała się ode mnie.
-Kocham Cię mendo cholerna, ale błagam tylko nie zostawiaj mnie i bądź przy mnie to wystarczy.- uśmiechnęła się szeroko i jeszcze raz przytuliła.
-O Boże ile ja czekałam na ten dzień!- spojrzałam roześmiana na Alex, która przyglądała się nam z uśmiecham na ustach.
-Od kiedy Ty w Boga wierzysz?
-Od dzisiaj.- rzuciła na co się zaśmiałyśmy.
-Dobra wystarczy tych czułości, bo zaraz się zacznie.- oderwałam się od Niny i usiadłam na kanapie.
-Ale co?- spytała zdezorientowana.
-Jak to co? Koncert Michaela.
-Ach no tak! Zapomniałam.- walnęła ręką w czoło. Koncert był jak zwykle świetny. Michael dawał z siebie 100% jak zawsze, widać było, że śpiewanie i taniec daje mu dużo radości.
Wykonywał właśnie The way you make me feel. Wszystko było by dobrze, gdyby nie to co przed chwilą zobaczyłam. Na mojej twarzy nie gościł już uśmiech spowodowany jego widokiem, a jedynie szok i rozpacz. Oczy momentalnie zaszły mi mgłą. Co się stało? Tatiana go pocałowała, a on?!
Nawet nie zaprotestował i jeszcze się uśmiechnął, jakby wręcz na to czekał! Byłam w totalnym szoku, poczułam ogromny ból w sercu.
-Victoria?
-Nic..nie...nic...do mnie nie mów.- poczułam jak w oczach zbierają mi się łzy-Jaka ja byłam głupia myśląc, że on przez tyle czasu nie znajdzie sobie kogoś. Przecież ja go tak kocham...- dałam upust emocjom i nie kontrolowałam już łez, które swobodnie niczym wodospad spływały po mojej twarzy. Dziewczyny mnie przytuliły.
-Kochanie nie płacz...To Tatiana go przecież pocałowała.
-No i co z tego?!- wstałam wyrywając się im- To czemu nic nie zrobił? Tylko na to pozwolił?- pobiegłam do sypialni i zamknęłam się na klucz. Czułam się jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi, to było okropne. Jeżeli on z nią będzie to ja się chyba zabije...Bez Michaela moje życie nie ma sensu. Rzuciłam się na łóżko.
-Victoria! Otwórz te drzwi!- dziewczyny waliły w nie pięściami.
-Zostawcie mnie w spokoju!- płakałam w poduszkę dusząc się łzami, a one dalej waliły w te drzwi. Wstałam i otworzyłam je gwałtownie.
-Proszę...chcę być sama.- wyszeptałam zaciskając usta.
-Ale przyrzeknij, że nie zrobisz nic głupiego.- Alex złapała mnie za rękę patrząc prosto w oczy.
-Obiecuję, idźcie już. Odezwę się jutro.- Pokiwały głowami na znak, że rozumieją i przytuliły mnie mocno po czym wyszły. Zamknęłam za nimi i zsunęłam się po drzwiach. Musiałam teraz pobyć sama. Tu już nie pomoże żadne pocieszanie i mówienie, że jakoś się ułoży. Sytuacja była jasna. Miałam teraz ogromną ochotę nałykać się jakiś prochów, albo rzucić się pod pociąg, ale przecież obiecałam, że nic nie zrobię. Świadomość, że Michael całował się z inną...Być może są teraz w hotelu i Bóg wie co tam robią. Czułam złość, rozpacz, rozczarowanie i bezsilność. Oni są setki kilometry stąd, a ja nie mogę nic zrobić. Oprócz użalania się nad sobą co wychodzi mi najlepiej. Jestem głupia i żałosna. Cholernie żałuję, że nie wyznałam wszystkiego Michaelowi przed jego wyjazdem. Może teraz to ja bym go całowała, a nie Tatiana. Czemu mu tego nie powiedziałam? Na co ja czekałam? Teraz zostaje mi patrzenie na ich szczęśliwy związek, a ja gdy za każdym razem będą się całować czy przytulać będę cierpieć. Dlaczego nie mogę cofnąć tego cholernego czasu? Dlaczego nie mogę nic zrobić...Uroniłam ostatnią łzę i postanowiłam się w końcu ogarnąć. Płacz mi nic nie da. Spróbuję chociaż udawać, że wszystko jest w porządku. Przecież w końcu się odkocham. Miłość nie może trwać wiecznie. Wstałam powoli i poszłam do łazienki. Zmyłam rozmazany makijaż. Usłyszałam jak ktoś dobija się do drzwi.
-Boże czy ja nie mogę mieć chwili spokoju?!- pukanie było coraz bardziej natarczywe więc szybko poszłam otworzyć. Pewnie Alex i Nina czegoś zapomniały. Kiedy otworzyłam na moment zaniemówiłam. Nie spodziewałam się tej osoby...
-Co Ty tutaj robisz?!- krzyknęłam oburzona.
-Miło mnie witasz.- Madonna wepchnęła się do środka. Jeszcze jej mi tutaj do szczęścia brakowało. Zmierzyła mnie wzrokiem. 
-Widzę, że widziałaś w telewizji koncert Michaela.- zaśmiała się kpiąco.
-Wyjdź w tej chwili z mojego domu! I w ogóle skąd wiedziałaś gdzie mieszkam?!
-Nie martw się, mnie też zdradzał i to nie tylko z Tatianą. A Twój adres nietrudno było zdobyć.- ściągnęła płaszcz i rzuciła na komodę po czym poszła do salonu i usiadła na fotelu. Widać szybko poczuła się jak u siebie...
-Kawę poproszę.- już zaczęła się rządzić.
-Nie jesteś w kawiarni.- syknęłam.
-Już się tak nie denerwuj. Przyszłam Cię wspierać, bo wiem co czujesz.- podeszła do mnie i położyła dłoń na moim ramieniu.
-Gówno wiesz! Michael nigdy by mnie nie zdradził.- postanowiłam dalej "grać" jego dziewczynę, nie mogłam dać jej tej satysfakcji.
-Jesteś tak samo ładna jak i naiwna - zaśmiała się - Spójrz prawdzie w oczy. Michael jest kobieciarzem, a ta jego przyjaźń z Karen opiera się na relacjach łóżkowych. Jennifer, Tatiana, Sheryl i Brooke - zaczęła wymieniać na palcach - z nimi mnie zdradzał, a ja byłam tak samo głupia jak Ty i wierzyłam w jego każde kłamstwo. Byłam tak bardzo zaślepiona miłością do niego, że nic nie zauważałam, ale w pewnym momencie, gdy prawda wyszła na jaw nie wytrzymałam i szukałam pocieszenia w ramionach Jermaine'a...niestety dałam się ponieść chwili i przespałam się z nim, a Michael...wybaczyłam mu tyle zdrad, a on? Potraktował mnie jak ostatnią dziwkę.- zaczęła udawać, że płacze - Przyszłam tu, żeby Cię ostrzec. Za dużo zranił już kobiet i powinien dostać nauczkę.- przyglądałam się jej z uwagą i analizowałam każde słowo. Tyle znałam Michaela, że byłabym ostatnią kretynką gdybym uwierzyła w te kłamstwa. Jaki ona musiała mieć tupet, żeby tu przyjść po tym jak zraniła Michaela i dalej opowiadać bzdury na jego temat.
-Nie wierzę Ci w żadne słowo. Kochamy się z Michaelem, jesteśmy szczęśliwi i Ty tego nie zepsujesz! Zostaw go w końcu w spokoju i zajmij się lepiej swoją karierą czyli tym co zawsze było ważniejsze od Michaela. Nie chcę Cię tu więcej widzieć i wynoś się stąd!- spojrzała na mnie zdziwiona, niestety jej plan się nie powiódł.
-Popełniasz ogromny błąd.- wstała.
-Przestań pieprzyć, pogódź się w końcu z tym, że Michael nigdy nie wybaczy Ci zdrady, a takimi intrygami więcej tracisz niż zyskasz.
-Jesteś jednak idiotką, czyli tak jak myślałam. Pamiętaj ja Cię ostrzegałam, a Ty już zrób z tym co chcesz.
-Marna z Ciebie aktorka, nie życzę sobie, żebyś tu przychodziła i wymyślała jakieś głupie
bajeczki, żeby skłócić mnie z Michaelem, nie uda Ci się to.
-Pożałujecie jeszcze, Ty i Jackson!
-Zamknij tą swoją wytapetowaną mordę i w tej chwili wyjdź!- wyszła w końcu trzaskając drzwiami. Opadłam na kanapę ciężko oddychając. Jeszcze sobie nie odpuściła, naprawdę zależy jej na zniszczeniu Michaela, ale nie uda jej się to. Nie pozwolę na to. Czy zostaniemy przyjaciółmi do końca życia czy nie zawsze będę go wspierać i bronić, nigdy go nie zostawię.
******

15 marca 2016

Rozdział 17. Miłość to nie choroba, która przejdzie Ci po tygodniu.

Witajcie kochani!
Dzisiaj trochę pogadam, bo trzeba wyjaśnić kilka rzeczy, a poza tym rozdział krótki to nadrobię moim gadaniem XDD Dla wielu osób Victoria jest głupia przez to, że jest „niezdecydowana” otóż ona jest zdecydowana tylko zwyczajnie się boi. Tak wiem, że to dla niektórych również głupie. Ale ja większość swoich cech charakteru przekazuję głównym bohaterom. Osoby, które mnie dobrze znają powinni zrozumieć i Vicki i jej zachowanie w stosunku do Michaela. Ja się boję spojrzeć na chłopaka, który podoba mi się od początku roku szkolnego, a co dopiero się do niego odezwać XDD Każdy jest inny, a Vickusia jest podobna do mnie no :D nie potrafi od tak powiedzieć, że go kocha. To też nie tak, że ja jej ciągle bronię tylko pokazuje Wam jak to wygląda z mojej perspektywy i wiem, że ona rani MJ, ale nie robi tego świadomie. A Michaelowi to chyba nikt się nie dziwi, że nie chce wyznać w końcu co czuje. Po takich tekstach „zapomnijmy o tym”, „to był błąd” ja bym się załamała, ale jak wiadomo nic nie dzieje się bez powodu :) Vicki mówiąc tak nie chce dla nikogo źle. Co do przeskoku w czasie to nie chciałam ciągle odkładać tej trasy MJ, musiała ona się odbyć w końcu xD teraz będą małe przeskoki co kilka miesięcy, no bo bez sensu jest opisywanie dzień po dniu jak Michael lata po scenie i sobie śpiewa, a Vick siedzi w pracy i stara się normalnie funkcjonować. Nie chcę już dłużej przedłużać więc zapraszam na rozdział 17 :)
PS: Ostrzegam teraz kilka rozdziałów będzie krótkich, ale muszą takie być bo chcę w nich zawrzeć najważniejsze rzeczy, a nie dopisywać coś na siłę tylko dlatego, żeby rozdział był dłuższy.
Pozdrawiam Basia <3333
*****
3 miesiące później...
Perspektywa Michaela:
Siedziałem w pokoju hotelowym, nudząc się. Próbowałem znaleźć sobie jakieś zajęcie, ale oprócz oglądania telewizji po francusku nie było nic ciekawego. Kolejny koncert miałem za tydzień, a próbę dopiero za kilka dni. Na zwiedzanie Paryża też nie miałem jakoś ochoty, poza tym takie miasto powinno się zwiedzać z ukochaną osobą...Ewidentnie humor mi dzisiaj nie dopisywał, gdybym chociaż miał koncert na pewno na te kilka godzin zapomniałbym o problemach, zajął czymś głowę. Najlepiej żebym nie wychodził teraz do ludzi, bo mogę być niemiły. Mógłbym zadzwonić do kogoś, na przykład do Victorii. Ale co mam jej powiedzieć? Cześć, stęskniłem się za Tobą jak cholera, a tak przy okazji to się w Tobie zakochałem? Wziąłem telefon do ręki i zacząłem mu się przyglądać zastanawiając się czy jednak zadzwonić. Kiedy po raz kolejny stchórzyłem odkładając słuchawkę, usłyszałem dzwonek. Z prędkością światła podleciałem do telefonu i szybko odebrałem.
-Halo?
-Panie Jackson dzwoni Victoria Lancaster czy połączyć?
-Tak oczywiście.- odpowiedziałem szybko.
-Michael?- na dźwięk jej pięknego głosu poczułem dreszcze.
-Victoria?- zaśmialiśmy się.

-Długo nie rozmawialiśmy i pomyślałam, że zadzwonię, ale mogę później jak jesteś zajęty na pewno masz dużo pracy.
-Dużo pracy jest zawsze, ale dzisiaj mam wolne więc mi nie przeszkadzasz. Cieszę się, że zadzwoniłaś w sumie miałem to przed chwilą zrobić.
-Wolne masz? Przecież Ty jesteś największym pracoholikiem jakiego znam.
-Odezwała się ta co ciągle coś rysuje. Jak nie krzaki to kwiatki to...mnie.
-Widziałeś mój rysunek?!- zaśmiałem się.
-Tak, na Twoich urodzinach.
-Ja Ci kiedyś coś zrobię...
-To na drugiej randce.- przygryzłem wargę.
-My nie byliśmy nawet na pierwszej.- prychnęła.
-Jak to nie? Zaprosiłem Cię na samym początku naszej znajomości do restauracji.
-To była randka?
-No, a nie?
-E tam, mógłbyś się bardziej postarać.
-Oj pani Lancaster jest niezadowolona. Spokojnie wynagrodzę Ci to jak wrócę.
-Mam nadzieję.
-A co teraz robisz?
-A co książkę piszesz?
-O Tobie oczywiście.
-Biorę kąpiel.- próbowałem powstrzymać nieprzyzwoite myśli jakie teraz pojawiły się w mojej głowie.
-A co chcesz się przyłączyć?
-Wiesz, że ja zawsze jestem chętny.- wyszczerzyłem się.
-Zboczuch!- rzuciła śmiejąc się.
-Ty tak na mnie działasz.- palnąłem, a potem ugryzłem się w język. Czekałem na jej reakcję.
-Odebrałam to jako żart.
-W sumie to...
-...Michael!
-Hahahahano co?
-Głupek z Ciebie.- zakochany głupek.
-Jak tam w pracy?
-Bardzo dobrze, oprócz docinek Kimberly to jest super.
-Chyba będę musiał się wybrać do Twojej firmy.
-Ona pewno nie! Lepiej tam nawet nie wchodź.
-Czemu?
-Bo będzie jeszcze gorzej, a zresztą Kim trochę pogada i przestanie. W końcu jej się znudzi.
-Ale chcę Ci pomóc, mogę załatwić wiele spraw tym bardziej, że to przeze mnie masz problemy.- powiedziałem smutno.
-Michael to nie Twoja wina, rozmawialiśmy już o tym.
-Właśnie, że moja, bo gdybyśmy się nie przyjaźnili Kim by Ci nie dokuczała.
-Dobrze wiesz gdzie ja mam jej dokuczanie. Nie mam już piętnastu lat, żeby jej docinki mnie ruszały. A co do naszej znajomości to nie żałuję, że Cię poznałam i skoczyłabym za Tobą w ogień.- poczułem przyjemne ciepło w sercu. Rozmawialiśmy ze sobą do samego wieczora, w końcu musieliśmy nadrobić ten stracony czas. Cieszyłem się, że to Vicki do mnie zadzwoniła, że nie olała mnie. Bardzo za nią tęskniłem i chociaż dźwięk jej głosu trochę poprawił mi humor. Kiedy wieczorem oglądałem telewizję znowu dopadł mnie smutek. Tylko na trasach czuję się samotny, siedzę ciągle w czterech ścianach i nie mam nawet z kim porozmawiać, bo nikt nie ma czasu i wszyscy są zabiegani. Wyłączyłem tv i położyłem się na łóżku, gapiąc się tempo w sufit przeleżałem tak nie wiedząc nawet ile czasu. Nagle drzwi do mojej sypialni się otworzyły. Nawet nie spojrzałem kto to.
-Siema Jackson.- rzuciła radośnie moja gitarzystka Jennifer.
-Siema.-wymruczałem.
-Eee co Ty taki przybity? Dupy Ci nie dała?- zaśmiała się siadając obok mnie- Nie martw się inne są chętne.- puściła mi oczko. Spojrzałem na nią.
-O czym Ty mówisz?
-O Twojej lasce?
-Nie mam laski.
-To idź do burdelu, jaki problem?- szczerość Jennifer Batten...
-Jenn daj spokój nie jestem w nastroju do głupich żartów.
-Zaraz się nastroisz jak Karen winko przyniesie. A w ogóle czemu nie przyszedłeś na imprezkę?
-Nie gustuję w takich imprezach.
-Przepraszam kurwa bardzo Król przecież nie chodzi na TAKIE imprezy. Szlachta chodzi na bankiety.- spojrzałem na nią z politowaniem.
-Dobrze wiesz, że wcale nie lubię bankietów. I nie rób ze mnie zadufanego w sobie piosenkarza, który myśli, że jest pępkiem świata.
-Och no żartowałam przecież, co Ty taki sztywny dzisiaj? Serio trzeba Cię rozruszać.- wyjęła paczkę papierosów- Zapalisz?- spytała wyciągając jednego papierosa po czym włożyła go do ust.
-Na pewno nie będziesz tu palić.
-No tak zapomniałam przecież, że Ty jesteś abstynent jeżeli chodzi o takie rzeczy. Może chociaż blanta?
-Nie chcę?
-To działkę?
-Jennifer opanuj się. Mogłabyś trochę przystopować z tymi używkami, a już zwłaszcza narkotykami.- pomimo mojego zakazu zapaliła papierosa i żeby mnie wkurzyć specjalnie wydmuchiwała dym prosto w moją twarz, przez co zacząłem kaszleć.
-Hahahaha oj Jackson.- pokręciła głową. Zaczęła mi się przyglądać.
-Serio jakiś przymulony jesteś, co tam się stało?- szturchnęła mnie.
-Problemy miłosne.- skwitowałem nie chcąc wchodzić w szczegóły. Jennifer nie jest dobrą osobą do takich rozmów.
-Uuuuu...
-I tak nie zrozumiesz Ty wyznajesz zasadę jednej nocy.
-No pewnie, po co mam się wpierdalać w związek od razu? Młoda jestem, trzeba się wyszaleć,  mieć jakieś wspomnienia na starość.
-Taaa z upojnych nocy.
-A jak!
-Zachowujesz się jak Slash.
-Co Ty chcesz od Hudsona? Zajebisty jest.- w tym momencie usłyszeliśmy pukanie.
-Witam czy ktoś mnie wzywał aby udzielić terapii jakiemuś zbłąkanemu piosenkarzowi?- Jenn podniosła rękę. Karen uśmiechnęła się i podeszła do mnie dając buziaka w policzek.
-Oto nasza terapia.- zza pleców wyciągnęła dwie butelki czerwonego wina.
-O coś dla mnie!- blondynka wyciągnęła ręce.
-Zostaw to zołzo! Wino jest dla Miśka.- otworzyła jedną butelkę.
-Pijaczki.- wyszczerzyłem się.
-Ej Ty mnie tu nie obrażaj dobra? Tylko doceń dobroć mego serca.
-I w dodatku poetka!- zaśmialiśmy się.
-O czym tak debatowaliście jak mnie nie było?
-O lasce Jacksona.
-O Tatianie?
-Ja tam wiem jak ona się nazywa, przecież ten baran nie chce mi nic powiedzieć.
-Boże jaka Tatiana? Ona ze mną tylko tańczy.
-To która skradła Ci serce?
-Victoria...-Karen mogłem powiedzieć wszystko znamy się już sześć lat i nie mamy przed sobą tajemnic.
-A no tak!- walnęła ręką w czoło- Zapomniałam o niej.
-A ja niestety nie...
-Znacie się już szmat czasu czemu jeszcze do niej nie startujesz? Warunki masz idealne.- zaśmiała się. Postanowiłem opowiedzieć o wszystkim co między nami zaszło. O naszej początkowej znajomości, która przerodziła się w przyjaźń, a potem w miłość przynajmniej z mojej strony. Oczywiście nie pominąłem nocy, podczas, której o mało nie wylądowaliśmy w łóżku. Jennifer zagwizdała.
-Nooo nie wiedziałam, że z Ciebie taki niegrzeczny chłopiec jest.- Karen zabrała jej butelkę, którą piła sama i to już drugą, a ponoć to miało być dla mnie.
-Tobie już wystarczy. Wychlałaś wszystko sama, a z nami się nie podzieliłaś.
-Jackson jest abstynent, a Ty pocieszycielka Jacksona więc cicho siedź i daj mi pić.- makijażystka tylko pokręciła głową i spojrzała na mnie.
-I wtedy chciałem jej powiedzieć w końcu, że ją kocham byłem gotowy, ale jak usłyszałem „zapomnijmy o tym, to był błąd, byliśmy pijani" to stwierdziłem, że wyjdę tylko na idiotę, bo Victoria nic do mnie nie czuje. I co ja mam teraz zrobić? Myślałem, że jak rozstaniemy się na trochę to mi minie, zapomnę, ale nie potrafię.- powiedziałem bezsilny.
-Miłość to nie choroba, która przejdzie Ci po tygodniu. A z moich obserwacji, a nieraz widziałam was razem wynika, że ona też coś do Ciebie czuje.
-Mięte czuje!- krzyknęła Jenn.
-Nie sądzę.- westchnąłem- Jakby mnie kochała to by mi powiedziała.
-Oj Michael.
-No co?
-Może ma powód dla którego nie chce Ci powiedzieć?
-Ciekawe jaki.- prychnąłem.
-Może się boi, wiesz nie znam jej dobrze. Ale jest nieśmiałą...
-...Boże Karen daj spokój no. Nie chce mi powiedzieć, bo jest nieśmiała?
-Może...albo tak samo jak Ty boi się odrzucenia.
-A mało ja jej znaków daje?
-A weź te swoje znaki w dupę sobie wsadź. Wy faceci to myślicie, że powiecie komplement i my kobiety mamy po tym się domyślić o co wam chodzi?
-Kobiety są trudne.
-Faceci nie lepsi, a w ogóle czaicie się jak takie czajniki no. Aż mi was żal. Jesteś mężczyzną to zrób pierwszy krok.
-Och uwierz mi, że tych kroków z mojej strony było już dużo. A może Victoria kogoś ma i przez ten cały czas przede mną to ukrywała.- olśniło mnie nagle.

-Weź, bo Cię walnę w ten kudłaty łeb to Ci wszystkie loki powypadają. Jakby kogoś miała to nie pozwoliłaby, żebyś ją całował, a już tym bardziej coś więcej. Dowiedziałbyś się chociażby od jej przyjaciółek.
-No w sumie racja. Ej, a tak w ogóle gdzie jest Jennifer?- dopiero teraz zauważyłem, że jej z nami nie ma. Zaczęliśmy się rozglądać.
-Widocznie wolała imprezę niż wysłuchiwanie o Twoich problemach miłosnych. Wracając do tematu jak skończymy trasę to osobiście zaprowadzę Cię za rękę do Victorii i przy mnie jej wszystko wyznasz.
-Ale ona mnie nie kocha! -A skąd wiesz? Od kiedy Ty taki przewidywalny jesteś?
-Nie przewidywalny tylko stwierdzam fakty, a zresztą co ona może we mnie widzieć?
-Przystojnego, wrażliwego, dobrego, troskliwego i kochającego faceta ze zgrabnym tyłeczkiem na przykład?- powiedziała poważnie na co głośno się zaśmiałem.
-Nie rozśmieszaj mnie.
-Co? Mówię tylko jak jest. Kto mnie zawsze uczył, że lepsza jest szczera prawda, która nawet zaboli niż kłamstwo?- uśmiechnąłem się.
-Dziękuję Ci.- przytuliłem ją.
-Na czułości Ci się zebrało?
-Jak widzisz do przytulania tylko Ty mi zostałaś...no i Jennifer.- oderwała się ode mnie.
-Batten to by Cię najchętniej przeleciała.
-Ty tak na poważnie czy na żarty?
-Poważnie, zresztą Jennifer do szczęścia wystarczy gitara, jakiś skręt, wódka i facet z ładną buźką, ale krążą plotki, że nie tylko Jennifer ma na Ciebie ochotę.
-Tak? A kto jeszcze, Ty?- zaśmialiśmy się.
-Chciałbyś.
-No ba! To kto?
-Jason...-mina mi zrzedła, a Karen zaczęła się śmiać.
-Przecież Jason jest gejem.
-Hahahahahahaha...
-Kłamałaś!
-Hahaha Twoja mina bezcenna!
-Boże jaka ulga.- opadłem na poduszki.
-A co nie podoba Ci się?- dalej się chichrała.
-Taka mądra jesteś? Może Tobie kogoś znajdziemy?
-A po co mi facet?- poruszyłem zabawnie brwiami.
-Idź Ty durniu.- walnęła mnie w ramię.
-Od razu widać, że nie masz faceta.
-No dzięki wiesz! Już mówiłam jestem singielką...z wyboru.- uniosła dumnie głowę.
-I tak Ci kogoś znajdę.
-Ty mi lepiej nikogo nie szukaj.
-No co? Ja się znam na kobietach.
-Taa na ich tyłkach chyba.
-To też.- wyszczerzyłem się
-Dobra ja idę, bo już majaczysz i musisz iść lulu.- cmoknęła mnie w policzek.
-Nie zapomnij, że za kilka dni jest próba.
-Ale ja mam wolne.
-Ale ja mam próbę.
-A co mnie to obchodzi? Ja mam dzień wolny od pracy.
-Chyba nie chcesz stracić tej pracy...
-Jackson Ty gnoju zasrany! Szantażujesz mnie ZNOWU.
-Niestety na Ciebie nic innego nie działa. A poza tym musisz mnie wspierać duchowo.
-Jeszcze się zastanowię, a moje terapie to drogie rzeczy są.
-Oddam w naturze.
-Zbiera Ci się.
-Odsetki też odpracuję.- puściłem jej oczko.
-Jeszcze się zastanowię, na razie gnomie.
-Na razie blondasie!- zaśmiała się i wyszła. Odkąd pamiętam dobrze dogadywałem się z Karen, zawsze potrafiła poprawić mi humor. Nie widywaliśmy się często tak jak kiedyś, bo nie pracowała tylko dla mnie. Dzięki mojej trasie można powiedzieć odnowiliśmy znajomość. Jennifer za to nie znam długo, przeszła najlepiej casting na moją gitarzystkę, ale od razu ją polubiłem za tą szczerość do bólu i zawsze pozytywne nastawienie. Spojrzałem na zegar, który wskazywał już 23:10. Mimo, iż nie byłem bardzo zmęczony postanowiłem się już położyć, bo jutro umówiłem się z dziewczynami na zakupy. Kto był pomysłodawcą? Oczywiście, że Karen. Czeka mnie ciężki dzień więc wolę się wyspać porządnie. Wziąłem szybki prysznic i już miałem wyjść kiedy na półce obok umywalki zauważyłem opakowanie tabletek nasennych. Chyba jak wezmę jedną to nic się nie stanie? Nie ma przy mnie Victorii więc mogę szybko nie zasnąć. Wziąłem jedną kapsułkę i popiłem wodą. Działanie było natychmiastowe z tego względu, że te tabletki są bardzo silne. Położyłem się do łóżka i tak jak myślałem zasnąłem od razu.
*****