20 listopada 2016

Rozdział 29. „Żywy inkubator”.

Witam wszystkich serdecznie! ♥ ♥ ♥
Ach wieki mnie tu nie było...Nie będę Wam walić znowu litanii, gdyż powód mojego zniknięcia na te trzy miesiące był jeden...no może dwa xD A mianowicie nie miałam dostępu do komputera z internetem (obecnie piszę na pożyczonym laptopie) do tego doszła szkoła, która tak daje w kość, że w ciągu tego roku szkolnego dziesięć razy zastanawiałam się czy aby jej nie rzucić (mówię jak najbardziej serio). Mam nadzieję, że czekaliście na mnie...bo ja naprawdę nie rzuciłam pisania, na tą sytuację nie miałam wpływu. Chyba wybaczycie mi to znikniecie co? XD
Nie będę już więcej zawracać Wam głowy zbędną paplaniną, więc zapraszam do czytania i komentowania zwłaszcza, to naprawdę motywuje, ja się staram i fajnie jakby ktoś to docenił ;) Rozdział raczej pozytywny i może trochę nudny, ale w następnym będzie się działo, to mogę obiecać. W ogóle przez kilka następnych rozdziałów będzie się dziać.
*******
Obudziłam się za sprawą czyjegoś dotyku na policzku, odczułam także ciepły oddech na twarzy. Było mi tak dobrze, że nie chciałam nawet otworzyć oczu, zamruczałam cicho, a w zamian usłyszałam chichot. Tak myślałam, że to Michael. Otworzyłam w końcu oczy i faktycznie to był on. Wpatrywał się we mnie z uśmiechem bawiąc się moimi włosami, które nawijał sobie na palec i smyrał mnie nimi po całej twarzy. Co on, nie boi się mojego ojca, że leży sobie tak spokojnie obok mnie? Zaraz pewnie znowu zrobi mi nalot na sypialnię by tym razem zapytać się czy dobrze mi się spało.
-Dzień dobry kochanie.- już chciał mnie pocałować, ale odwróciłam się do niego tyłem. Dlaczego? Bo byłam zła, że wczoraj trzymał stronę ojca i zamiast się sprzeciwić to wyszedł stąd potulnie jak baranek, szkoda że mnie się tak nie słucha...
-Obraziłaś się?- przysunął się obejmując mnie od tyłu.
-Nie wcale...gdzieżby tam, absolutnie. Na Króla Pop'u? Jakżebym mogła.- powiedziałam kpiąco. Zaczął się śmiać, no tak zajechało ironią na kilometr.
-Co się stało?- zapytał kiedy już się uspokoił.
-Nie boisz się, że ojciec tu zaraz wpadnie?- obróciłam się, a on zawisnął nade mną.
-Nie, dlaczego?
-Wczoraj wyraźnie zauważyłam, że się go boisz.
-Przesadzasz, nie boję się tylko chcę żeby mnie polubił.
-Podporządkowując mu się.
-Mówiłem żebyś mi zaufała i nie obrażaj się o takie głupoty.- pogładził mnie po odkrytym ramieniu.
-To nie są głupoty. Zjemy śniadanie i każe im wracać do domu. Nie myśl nawet, że zostaną tu na obiad albo co gorsza na kolację. Nie wytrzymam traktowania mnie jak małą dziewczynkę dłużej niż dwie godziny.
-Dobrze, jak sobie życzysz. Chociaż mi obecność Twoich rodziców wcale nie przeszkadza, są bardzo mili.
-Przy Tobie są mili. Przecież mój ojciec nie powie Ci prosto w twarz co o Tobie myśli, wystarczy, że wczoraj mi powiedział.
-Co Ci powiedział?- posmutniał wyraźnie.
-Nie ważne, nic miłego. Nie wierć mi dziury w brzuchu, bo i tak Ci nie powiem. A jak walnie coś głupiego przy śniadaniu to najlepiej go zignoruj.- westchnął tylko. Nie chciałam go martwić mówiąc, że ojciec ma go za babiarza, który chce mnie tylko wykorzystać. A skąd to wie? No z gazet! Cholerne szmatławce, to mnie zdenerwowało bardziej niż jakaś chora plotka o Michaelu.
-Ale już się nie gniewasz?- mruknął przybliżając się jeszcze bardziej kładąc głowę na moim ramieniu. Dla lepszego efektu zrobił maślane oczka.
-No nie wiem...jak dalej będziesz się tak zachowywać.
-Jak?
-Tak, że boisz się mnie nawet pocałować przy moim ojcu. Jesteśmy dorośli, a zachowujesz się jak dziecko.
-Mam robić przy Twoim ojcu wszystko na co tylko mam ochotę?- przygryzł zalotnie wargę mrużąc oczy.
-Mhmm...
-Nawet te bardzo nieprzyzwoite rzeczy?
-Po prostu bądź sobą, a te nieprzyzwoite rzeczy zostaw na później, bez żadnych świadków.- uśmiechnęliśmy się. Wzrokiem zjechał na moje usta.
-Będziesz się tak patrzeć czy w końcu mnie pocałujesz?- rzuciłam zniecierpliwiona co wywołało u niego śmiech. Uwielbiałam jego śmiech, był piękny, szczery i zawsze mnie nim zarażał. Przyciągnęłam go do siebie za kołnierz koszuli złączając nasze usta w długim pocałunku.
-I ostatni raz śpię sama, w ogóle się nie wsypałam i wszystko mnie boli.- powiedziałam odrywając się od niego i skrzywiając się lekko.
-Zrobić Ci masaż?- u niego słowo „masaż” wcale nie oznacza zwykłego masażu, to ma drugie dno.
-Co Ci po głowie znowu chodzi?- spytałam patrząc na niego podejrzliwie.
-Mi? Wszystko Cię boli więc bardzo chętnie mogę rozmasować te miejsca.- wyszczerzył się.
-Taaak? Już wiem czym się ten masaż skończy.
-No tego nie mogę zagwarantować.- zaśmialiśmy się.
-Obejdę się jakoś bez Twoich cudownych rąk. Idę się prędko ubrać, bo jak najszybciej trzeba spławić moich rodziców.- wstałam na równe nogi. Z szafy zabrałam jakieś luźne ciuchy i zniknęłam za drzwiami łazienki. Odprawiłam codzienną rutynę i wyszłam z sypialni. Mijając kolejne pokoje na korytarzu pojawił się Jermaine jak zwykle w szampańskim nastroju i bynajmniej nie sam. Była z nim jakaś młoda dziewczyna. Oboje wyglądali jakby dopiero co opuścili klub, mogę twierdzić nawet, że byli jeszcze pijani.
-Ooo moja kochana szwagierka!- zawołał- Mała idź do mojego pokoju zaraz do Ciebie dołączę tylko muszę chwilę porozmawiać z panią tego domu.- zwrócił się do blondynki. ale patrzył na mnie. Dziewczyna pocałowała go tylko i po chwili zniknęła mi z oczu. Podeszłam do niego szybkim krokiem.
-Możesz mi powiedzieć co Ty odwalasz?! Znowu sprowadzasz panienki do domu swojego brata. Michael o tym wie?- uśmiechnął się przybliżając się do mnie jeszcze bardziej.
-Vicki słonko nie musisz krzyczeć, nie jestem głuchy. Oczywiście, że Michael o tym wie.
-Tak? To się zaraz przekonamy.- chciałam go wyminąć, ale mi na to nie pozwolił, zastawiając drogę i jednocześnie lekko przyciskając do ściany. Byłam cholernie zła.
-Nic mu nie powiesz.- warknął.
-A chcesz się przekonać?- założyłam dłonie na klatce piersiowej. Zacisnął usta.
-Uwierz mi...nie chcesz tego zrobić. Konsekwencje tego będą bardzo surowe...
-I tak wylecisz z tego domu! Twoje „groźby”- zrobiłam cudzysłów w powietrzu śmiejąc się kpiąco- nie robią na mnie wrażenia. Miałeś wyprowadzić się stąd dwa tygodnie temu, a teraz daje Ci ostatni tydzień na ogarnięcie dupy, poszukania sobie jakiegoś mieszkania, nie obchodzi mnie to. A jak będziesz utrudniać to wylecisz natychmiast. Zrozumiałeś?- wysyczałam patrząc mu prosto w oczy.
-Zobaczymy.- rzucił i odsunął się od razu ode mnie. Nawet nie zauważyłam, że przez chwilę byliśmy bardzo blisko. Odwrócił się napięcie i udał się do swojego pokoju trzaskając drzwiami. Pfff ciekawe co on może mi zrobić. Ja nie mam się czego bać w przeciwieństwie do niego. Naprawdę myślałam, że się zmienił i że jest tu po to aby pogodzić się z bratem. Bardzo się na nim zawiodłam, ale jeszcze bardziej Michael. Oboje mamy dość tego jaki jest arogancki i bezczelny. Myśli, że to on tu rządzi i będzie doił kasę z Michaela do śmierci. Myli się, ja na to nie pozwolę. Nie wytrzymam dłużej jego obecności tutaj, prędzej mnie szlak trafi. W beznadziejnym nastroju udałam się do kuchni. Schodząc ze schodów usłyszałam głośne śpiewanie, a w przerwach śmiechy. Weszłam do pomieszczenia i uśmiechnęłam się na widok mojego faceta, który kręcąc tyłkiem kroił szczypiorek.
-A B C
It's easy as, 1 2 3
As simple as, do re mi
A B C, 1 2 3
Baby, you and me girl...-
śpiewał robiąc co chwile jakieś piruety albo skomplikowane ruchy taneczne. Zaraz dołączyła do niego nasza jakże utalentowana muzycznie kucharka z drewnianą łychą w ręce, która prawdopodobnie robiła za mikrofon.
-A B C
It's easy as, 1 2 3
As simple as, do re mi
A B C, 1 2 3
Baby, you and me girl...- przybili sobie piątki i już mieli śpiewać dalej, ale postanowiłam dać w końcu o sobie znać. Odchrząknęłam dość głośno, odwrócili się w moją stronę od razu jakby przyłapani na gorącym uczynku.
-Zastanówcie się poważnie nad duetem.- rzuciłam z uśmiechem siadając przy dużym stole.
-A daj spokój gdzie ja z Królem Pop'u.- prychnęła odwracając się do nas tyłem. Michael natomiast miał zamyśloną minę, już coś kombinował widziałam to. Po chwili uśmiechnął się do mnie. Chyba już coś wymyślił...
-Wiesz w sumie...moglibyśmy nagrać razem I just can't stop loving you.- Jess spojrzała na niego jak na debila.
-No co?- spytał w końcu- Fakt, że na albumie śpiewam tą piosenkę w duecie z Siedah, ale nie zaszkodzi nagrać ją z Tobą, masz piękny głos i trzeba to wykorzystać.- kobieta podeszła do niego i pokazała, że ma się puknąć w głowę. Zaczęłam się śmiać, ale osobiście uważałam że to świetny pomysł.
-W czółko się Jackson puknij o.- ten tylko westchnął wzruszając ramionami.
-Próbowałem.- powiedział pod nosem siadając obok mnie. Nie wiedziałam czy mam mu powiedzieć o tym co przed chwilą zaszło między mną, a Jermem. W sumie nic takiego się nie stało, ale...
-Co jest?- z zamyśleń wyrwał mnie głos ukochanego, najwyraźniej zauważył, że myślę o czymś nieprzyjemnym.
-Chodzi o Twojego brata...-westchnęłam, po jego minie można było wyczytać, że nie jest zadowolony z rozmowy akurat o NIM. Ostatnio zastanawiałam się czy Michael mu wybaczył, ale teraz wiem, że nie. Ciągle się mijają, albo kłócą, a jak zaczynamy o nim rozmawiać to Michael się denerwuje, najchętniej wywaliłby go stąd, ale jak widać ma za dobre serce nawet dla takiego...
-Co ten kretyn zrobił?- uważnie mi się przyglądał.
-Przyprowadził sobie jakąś panienkę...- jednak mogłam tego nie mówić...
-Kurwa nie no znowu!- wybałuszyłam na niego oczy. Pierwszy raz przy mnie przeklął naprawdę, ale nie dziwię mu się. Miał prawo się wkurzyć. Wstał z zamiarem pewnie poszukania swojego brata, ale powstrzymałam go.
-Michael uspokój się, nie chcę tu żadnych kłótni. Tym bardziej, że w domu są rodzice i moje rodzeństwo.- pociągnęłam go za dłoń tak, że tyłkiem znowu wylądował na krześle.
-Przepraszam...masz rację.- powiedział po chwili, dopiero teraz zauważyłam, że jesteśmy sami, a Jess gdzieś zniknęła i to może nawet lepiej- Przysięgam, że wyleci dzisiaj z tego domu i to z hukiem.- zacisnął szczękę. Skoro tak zareagował na jego „znajomą” wolałam nie mówić, że mi groził.
-Dałam mu tydzień na ogarnięcie się, bo jak nie to własnoręcznie go stąd wywalę-.
-Bardzo dobrze. Źle zrobiłem, że pozwoliłem mu tutaj zamieszkać, cholernie żałuje...to wszystko moja wina.- schował twarz w dłoniach- Miał się zmienić i co? Woli pieprzyć jakieś panienki pod moim dachem niż porozmawiać ze mną, spróbować jakoś to naprawić, no cokolwiek.
-Michael nie obwiniaj się. To ja Cię namówiłam do wszystkiego, mimo że wszyscy mnie ostrzegali. Jesteśmy oboje naiwni...coś nas jednak łączy.- uśmiechnął się i spojrzał na mnie.
-Wiele nas łączy.- odwzajemniłam uśmiech i wtuliłam się w jego ramiona. Przycisnął mnie jeszcze bardziej do siebie i cmoknął w czoło.
-Obiecuję, że Jermaine niedługo zniknie z naszego życia.- wyszeptał- I...kocham Cię najmocniej na świecie.- uśmiechnęłam się na te słowa. Już miałam mu odpowiedzieć kiedy:
-Eghemm nie przeszkadzamy?- ujrzałam uśmiechniętą mamę, która nieśmiało weszła do pomieszczenia, a za nią tata...nie mogłam nic wyczytać z jego miny. Nie odsunęłam się od razu od Michaela, pocałowałam go najpierw w usta po czym zwróciłam się do rodziców:
-Teraz już nie.- mój narzeczony zaśmiał się pod nosem, dobrze wiedział, że robię to specjalnie i będę teraz pokazywać przy rodzicach jak bardzo go kocham. Nie mam zamiaru się krępować we własnym domu, albo czegoś nie robić bo przy rodzicach nie wypada? Nie jestem już nastolatką, ale jak widać mój ojciec nie może się pogodzić z tym, że już nie jest najważniejszym mężczyzną w moim życiu.
Usiedliśmy w końcu do śniadania, przy którym również nie szczędziłam sobie czułości w stosunku do Michaela, który już tam nie mógł ze śmiechu. No tak...”tygrysku” jeszcze do niego nie mówiłam.
-Na piętrze spotkaliśmy jakąś młodą dziewczynę...- rzucił mój ojciec od razu patrząc dwuznacznie na Michaela, który zaczął się krztusić. Już nie było mu do śmiechu i mi również.
-Bardzo młodą.- dodał po chwili. Sytuacja była dość niezręczna, chciałam już obronić Michaela, bo wiadomo było co właśnie sugeruje mój ojciec, ale ten mnie ubiegł.
-To dziewczyna mojego brata.- powiedział patrząc na mnie.
-Którego?- zainteresowała się mama.
-Jermaine'a.- odpowiedziałam.
-Nie martw się tato to nie jakaś panienka od zaspokajania prywatnych potrzeb mojego faceta.- chyba zdziwiłam ich tą wypowiedzią- Od tego ma mnie.- mina mojego ojca? Bezcenna, nic tylko zrobić zdjęcie. Widać było, że mamie chciało się śmiać, zaś mój ukochany raczej był zmieszany. Może nie powinnam mówić o takich rzeczach przy śniadaniu, ale nie mam zamiaru słuchać tych bredni. Dobrze wiem o co mu chodziło. Zegar wskazywał dopiero 9, a ja się modliłam żeby moi rodzice w końcu pojechali do domu.
-Myślę, że powinniśmy wrócić do wczorajszej rozmowy.- odezwał się ojciec z bardzo poważną miną.
-Której?- czułam, że to skończy się kłótnią. Przynajmniej ja nie byłam pokojowo nastawiona.
-Nie jesteście jeszcze małżeństwem i...
-Nie martw się już niedługo.- wtrąciłam się.
-Ale jeszcze nim nie jesteście.- próbował postawić na swoim- I myślę, że to za wcześnie, żebyście mieszkali razem, a co dopiero dzielili ze sobą sypialnię.- teraz będzie mnie umoralniać.
-Chciałbym, aby pan wiedział...- odezwał się Michael, tak byłam w szoku, myślałam że jednak będzie siedział cicho i przytakiwał mojemu ojcu-...że traktuje Victorię bardzo poważnie.- wziął moją dłoń w swoją i ścisnął, patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana- Chcę aby spędziła ze mną resztę życia, chcę aby była matką moich dzieci, chcę żeby wkrótce została moją żoną, kocham ją nad życie. Do niczego jej nie zmuszam, nie musi ze mną mieszkać, a tym bardziej sypiać...-zmieszał się trochę, no tak weszliśmy na te tematy.
-Ale ja chcę z nim mieszkać, a zwłaszcza sypiać, bo się kochamy i mamy do tego wszystkiego prawo.- dokończyłam za niego, uśmiechnął się z wdzięcznością. Tata nie wiedział co za bardzo ma odpowiedzieć na te nasze „wyznania”. Ale widziałam, że słowa Michaela trochę go uspokoiły. Nastała więc cisza...czy niezręczna? Sama nie wiem, my powiedzieliśmy co chcieliśmy i czekałam tylko na jakiś ruch ze strony mojego ojca, mama zaś siedziała przysłuchując się temu wszystkiemu i patrząc na nas z uśmiechem, a raczej na Michaela. Tak przecież ona go uwielbia, uważa go za idealnego kandydata na zięcia, bo jest bogaty i będę mieć zapewnioną przyszłość. Bolało mnie tylko, że nie patrzy na moje szczęście, w przeciwieństwie właśnie do taty, który ciągle się o mnie martwił, a nie o to czy mój facet będzie nadziany.
-Powinniśmy już wracać.- liczyłam, że odniesie się do tego co powiedzieliśmy. Ale cóż...dla mnie nawet lepiej, unikniemy tym chociaż zbędnej kłótni. Rodzice zaczęli się zbierać do wyjścia. Staliśmy w holu i przyszedł czas na pożegnanie.
-Jakby coś się działo z Ash i Max'em od razu do nas dzwońcie.- powiedziała mama, ale najpierw podleciała do mojego faceta, wywróciłam oczami.
-Spokojnie na pewno nic się nie stanie, będziemy ich pilnować.- uśmiechnął się Michael, który teraz wymieniał uścisk dłoni z moim ojcem, patrzyli sobie prosto w oczy, ciekawe...
Mimo wszystko wyściskałam rodziców, bo nie wiadomo było kiedy znowu się zobaczymy, jeśli tata nie zmieni nastawienia do Michaela to czuję, że nie prędko. Zamknęłam w końcu za nim drzwi i wypuściłam ze świstem powietrze co oczywiście nie uszło uwadze Michaelowi, który jak zwykle się zaśmiał. Jego ostatnio w ogóle wszystko śmieszy. Taki śmieszek się zrobił no...
-A Ty co wafla cieszysz?- jeszcze głośniej się zaśmiał, przygryzł wargę patrząc na mnie zalotnie. Podszedł do mnie i przycisnął biodrami do drzwi, podniosłam wysoko brwi.
-Bo jesteśmy w końcu sami i...- wyszeptał mi do ucha przejeżdżając palcem po moim dekolcie oblizując usta. Te jego erotyczne gesty naprawdę doprowadzały mnie do szału.
-I...?
-I wczoraj dwa razy nam przerwano więc...- zaśmiałam się gdy poczułam jego ciepłą dłoń na swoich pośladkach.
-Tak się składa panie Jackson, że nie jesteśmy sami.- oderwał się ode mnie i zastanowił się na chwilę, po czym wydał z siebie ciche:
-No tak...- zaśmiałam się znowu kręcąc głową- A już chciałem Cię porwać na górę.- wyszczerzył się.
-No widzisz...zostawmy może to sobie na wieczór co?- cmoknęłam go w usta, ale oczywiście przedłużył pocałunek jak tylko mógł, uśmiechnęłam się.
-Chodź obudzimy młodych.- pociągnęłam go za rękę na piętro.
-Czekaj.- zatrzymał się nagle i spojrzał na mnie z uśmiechem jakby wpadł na genialny pomysł, no tak on ma same „genialne pomysły”. Byliśmy akurat obok naszej sypialni, wpadł do niej jak burza i po chwili pojawił się obok mnie z dwoma napełnionymi wodą pistoletami, zaśmiałam się. Już wiedziałam o co mu chodzi. Najciszej jak się tylko dało weszliśmy najpierw do pokoju mojego brata. Oczywiście spał jak zabity, więc w sumie dobrze, że mieliśmy ze sobą takie sprzęty. Tym na pewno go dobudzimy. W końcu przystąpiliśmy do „akcji”. Tak jak myślałam obudził się od razu, ale chyba jednak nie do końca...
-Co...co jest? Śmigus dyngus?-wymruczał zaspany zasłaniając się rękami, wybuchliśmy głośnym śmiechem dalej oblewając go zimną wodą. Max widząc, że nie damy za wygraną wlazł pod kołdrę, ale po chwili już jej nie miał, bo wyrwałam mu ją i odrzuciłam na bok.
-No nie tak to nie będziemy się bawić.- powiedział w końcu i spod łóżka wyciągnął własną broń. Tak więc przez kolejne pół godziny lataliśmy po całej sypialni nawzajem oblewając się wodą. Cali mokrzy we trójkę weszliśmy do pokoju Ashley. Max wygrzebał z jej kosmetyczki czarną kredkę do oczu i postanowił chyba zrobić jej bardzo profesjonalny make-up, przez który w rezultacie moja siostra miała na twarzy dorysowane wąsy i brodę. Z Michaelem musieliśmy zatknąć sobie usta dłonią, bo jestem pewna że jakbym usłyszała jego rozbrajający śmiech to sama posikałabym się ze śmiechu. A tak się składa, że mojego ukochanego ostatnio śmieszy wszystko. Ale wracając do wyglądu Ash. Zaczęła coś mruczeć pod nosem i wiercić się na łóżku, Max widząc że chyba się przebudza, dał znak żebyśmy się przygotowali. Chwyciliśmy nasze „bronie” i wycelowaliśmy w moją siostrę. 

-Kurwa co jest?!- krzyknęła kiedy tylko poczuła wodę na swojej twarzy. Wstała na równe nogi i zaczęła się na nas wydzierać, ale my nic sobie z tego nie robiliśmy i kontynuowaliśmy dalej wylewając na nią wodę.
-Pogięło was do reszty?! Ty mała mendo! Pewnie Ty to wymyśliłeś! Zaraz pożałujesz, że się urodziłeś!- rzuciła się na Max'a zabierając mu broń, teraz to ona w nas celowała. Śmiejąc się wybiegliśmy z pokoju, a ona wściekła do granic możliwości pognała za nami. Wybiegliśmy na dwór, ja z bratem biegliśmy za Michaelem, który zatrzymał się nagle nie wiedzieć czemu. Nawet nie zwróciłam uwagi, że jesteśmy przed basenem. Nie wyhamowałam i wpadłam na Michaela, przez co Max i Ash również. Wylądowaliśmy w basenie, znowu zaczęliśmy się śmiać i chlapać wodą. Oprócz mojej siostry oczywiście, która patrzyła na nas jak na bandę kretynów.
-Jesteście porąbani i to równo!- nieudolnie próbowała wyjść z basenu.
-Daj spokój nie bądź taka sztywna.- rzucił Michael i to był chyba błąd...Dziewczyna odwróciła się w naszą stronę i wymierzyła w niego placem.
-A Ty! Nawet się do mnie nie odzywaj, palant.- warknęła i obrażona udała się do domu.
-Mówiłam, że nie będzie łatwo.- powiedziałam widząc jego minę.
-To była dopiero pierwsza próba.- puścił mi oczko, pokręciłam głową. Naprawdę wątpię, żeby Ashley się zmieniła i polubiła Michaela spędzając z nim zaledwie weekend, ale on jak się czegoś uprze to nie ma bata. Sami w końcu wyszliśmy z wody i cali przemoczeni również udaliśmy się do domu, żeby się przebrać.
*******
Siedziałam z rodzeństwem w kuchni pilnując by zjedli śniadanie, a Michael poszedł zadzwonić po Mac'a, stwierdził że im więcej dzieciaków do zabawy tym lepiej. Coś czuję, że Neverland będzie dzisiaj latał...dosłownie.
-Boże nie zniosę widoku tego debila przez całe dwa dni...
-Michael nie jest debilem, głupia kwoko!
-A właśnie, że jest! I zamknij się tępaku, bo zawartość Twojego talerza zaraz wyląduje na Twoim pustym łbie!
Liczyłam w myślach do 10 żeby tylko nie wybuchnąć, ale mało mi to pomogło. Max i Ash cały czas się przezywali i miałam już serdecznie dosyć, najchętniej zamknęłabym ich w osobnych pokojach.
-Uspokójcie się do cholery, bo nie mogę już was słuchać! Ashley jeśli nie zaczniesz zachowywać się jak cywilizowany człowiek spędzisz ten weekend w swoim pokoju, bez telewizora, komputera i telefonu. I zacznij wyrażać się z szacunkiem do brata i mojego NARZECZONEGO.- zmierzyła mnie wzrokiem i więcej się już nie odezwała tak jak mój młodszy brat, za co dziękowałam Bogu. Chwilę potem skończyli jeść i oboje gdzieś poszli, z czego też byłam szczęśliwa, przynajmniej miałam chwilę spokoju.
Stałam ze szklanką soku w ręku wpatrując się w okno, gdy usłyszałam ciche pukanie, odwróciłam się w stronę drzwi i ujrzałam w progu moją przyjaciółkę wraz z jej córką.
-Ciocia Vicki!- dziewczynka podleciała do mnie od razu rzucając mi się na szyję.
-Witaj kochanie.- uśmiechnęłam się i pocałowałam ją w policzek. Podeszłam do Alex z małą na rękach aby również ją przywitać.
-Napijecie się czegoś?- spytałam po chwili.
-Nie dzięki, wiesz ja tylko na chwilę, spieszę się. Mam do Ciebie ogromną prośbę.
-Co się stało?
-Muszę wyjechać na dwu dniowe szkolenie i nie mam z kim zostawić Rachel.- zrobiła zdesperowaną minę- Przepraszam, że tak zwalam wam się na głowę, ale...
-Nie ma problemu, z wielką przyjemnością zajmiemy się małą.- do pomieszczenia wszedł nagle Michael, zrobiłam zdziwioną minę. Kiedy, jak, gdzie...? Alex uśmiechnęła się szeroko i przytuliła mojego narzeczonego. Stanęłam z boku z założonymi rękoma, zaśmiali się oboje.
-Och Tobie też dziękuję oczywiście.- podleciała do mnie dalej się śmiejąc. Rachel stanęła obok swojej mamy, bacznie przyglądając się Michaelowi. Jakby chciała do niego podejść, ale się wstydziła. Już była w tym wieku, że na pewno wiedziała kim jest.
-A kim jest ta młoda dama?- spytał widząc nieśmiałe zachowanie dziewczynki. Przykucnął obok niej i uśmiechnął się przyjaźnie.
-Jak masz na imię?- spróbował jeszcze raz widząc jak mała się go wstydzi.
-Rachel.- powiedziała cichutko trzymając palec w buzi.
-Ślicznie, a wiesz kim ja jestem?
-Tak...pan Michael.- zaśmialiśmy się.
-Nie jestem panem, możesz mówić mi po imieniu, albo jak chcesz.
-Wujek Mike.- przytuliła się do niego, co skwitowaliśmy rozczulającym „oooo”. Pogłaskał ją po główce i pocałował w czoło, jak każde dziecko. Nie mogłam oderwać od nich wzroku, wyglądali tak uroczo. Można nawet powiedzieć, że „z dzieckiem mu do twarzy”.
-Jeszcze raz Wam dziękuję, ja muszę teraz uciekać. Jakby co dzwońcie.- wycałowała córeczkę i pożegnała się z nami, po czym jak najszybciej opuściła dom. Jessica zajęła się małą. Po jakiejś pół godzinie jednak usłyszałam, jak znowu ktoś wchodzi do domu. Myślałam, że to Alex czegoś zapomniała, ale w salonie pojawił się uśmiechnięty Mac w obstawie dwóch naszych ochroniarzy.
-No proszę mała gwiazda ma już nawet swoich bodyguardów?- zaśmiałam się widząc jego towarzystwo.
-Oczywiście, wiesz bezpieczeństwo przede wszystkim. Nie daj Boże rzucą się na mnie jakieś napalone fanki...Witaj Vicki.- standardowo mnie wycałował.
-A gdzie ten pawian Jackson? Co on odwala? Już tu powinien leżeć czerwony dywan i girlandy na moje powitanie. Co on sobie wyobraża?- rzucił z udawanym oburzeniem. Michael stał za nim z założonymi rękoma i przysłuchiwał się z ciekawością jego słowom. Zaczęłam się śmiać, blondyn obrócił się za siebie.

-Witam Cię serdecznie mała gnido w moich skromnych progach.- powiedział wystawiając rękę z uśmiechem, Mac uścisnął ją, ale po chwili już ściskali się jak prawdziwi przyjaciele. Poprawiałam włosy kiedy to blondyn nagle wyrwał się Michaelowi i podleciał do mnie patrząc w szoku na mój palec, chwycił mnie za rękę i zaczął oglądać mój pierścionek zaręczynowy by po chwili spytać:
-Kto kupił Ci takie gówno?- spojrzał od razu na Michaela, który już ciskał w niego wkurzonym spojrzeniem.
-Ja Ci dam gówno gówniarzu! To kosztowało...- urwał nagle, pewnie ze względu na moją obecność.
-No dokończ kochanie.- wyszczerzyłam się, pokręcił głową.
-Wiesz Vicki ja bym Ci kupił ładniejszy.- puścił mi oczko- Bo ten baran to w ogóle gustu nie ma.
-O nie teraz przegiąłeś!- Michael ruszył w jego stronę szybkim krokiem, a po chwili zaczęli ganiać się po całym domu.
-Victoria ratuj, Twój nienormalny narzeczony chce mnie zabić! Michael Jackson kurde, niby tak dzieci kocha, właśnie widać jak kocha!- zaśmiałam się i ruszyłam w pogoń za nimi.
*******
Odpoczywałam leżąc na kocu i czytając książkę ulubionego pisarza - Stephena Kinga. Michael urządził sobie z Max'em, Mac'iem i Rachel bitwę na balony. Pewnie jesteście ciekawi co robi Ashley? Zamknęła się w swoim pokoju i do tej pory nie wyszła, ja jej zmuszać nie będę, niech sobie tam siedzi nawet do jutra, przynajmniej nie będę musiała wysłuchiwać jej ciągłego narzekania. Co jakiś czas zerkałam na mojego ukochanego i uśmiechałam się pod nosem. Nie mogłam wyjść z podziwu. Miał tak świetny kontakt z dziećmi, w sumie co się dziwić, w środku nadał był małym chłopcem. Małym chłopcem uwięzionym w ciele dorosłego mężczyzny...Był dziecinny, ale kochałam to w nim.

-Czemu mi się tak ciągle przyglądasz?- usłyszałam szept tuż nad swoim uchem, który natychmiast wyrwał mnie z zamyślenia. Podskoczyłam lekko przestraszona i spojrzałam w bok, ujrzałam uśmiechniętą twarz mojego narzeczonego.
-Lubisz mnie straszyć co?
-Oczywiście.- zaśmiał się- Nie odpowiedziałaś mi na pytanie.
-Bo....wyglądasz uroczo z dziećmi, byłbyś świetnym ojcem.- zobaczyłam znajomy błysk w jego oczach. Chyba nie potrzebnie to powiedziałam...
-Tak myślisz?
-Tak myślę.- odpowiedziałam szybko i wróciłam do czytania książki, ale po chwili zabrał mi ją i zawisnął nade mną.
-To może...?- przygryzł wargę.
-Michael...rozmawialiśmy już na ten temat.- spojrzałam w bok.
-Ale tu nie potrzebna jest rozmowa, wystarczy działać.- dotknął mojego uda, wsuwając dłoń pod spódniczkę. Chciałam zabrać jego rękę, ale pocałował mnie. W końcu odsunęłam się od niego i usiadłam bokiem, westchnął.
-Vicki...nie uważasz, że już czas na to? Skoro się kochamy co stoi na przeszkodzie? No chyba, że mnie nie kochasz...
-Głupi jesteś. Nie szantażuj mnie okej? Mam Ci tym udowodnić swoją miłość?- odwróciłam się do niego.
-Och nie o to mi chodziło.- dotknął mojej ręki i pocałował ją- Mam już swoje lata i chyba nie ma nic dziwnego w tym, że chciałabym założyć w końcu rodzinę z kobietą swojego życia.
-Ale my nie jesteśmy nawet po ślubie. Poza tym...Twoja kariera, masz teraz mnóstwo pracy, występy, koncerty, teledyski, płyta. Myślisz, że w tym wszystkim znajdziesz czas na dziecko?
-Wszystko da się pogodzić.- skwitował.
-Nie sądzę żebyś zrezygnował z...ah nie mam ochoty o tym gadać. Może Ty mi się oświadczyłeś tylko dlatego co? Chcesz zrobić ze mnie żywy inkubator?- wybałuszył na mnie oczy.
-Oszalałaś? Jaki inkubator? Jak możesz tak mówić?
-Michael...naciskasz ciągle na mnie. Rozumiem, że kochasz dzieci. Obiecałam, że Ci je urodzę, bo tego chcę, ale nie teraz. Robisz to co kochasz, mi też na to pozwól.
-Przecież możesz być matką i jednocześnie pracować jako architekt.- dalej się upierał, westchnęłam. Ta rozmowa do niczego dobrego nie doprowadzi.
-Nie czuję się jeszcze gotowa...- prychnął.
-A kiedy będziesz gotowa? Za dziesięć lat, kiedy ja już będę starym dziadkiem? Jest wiele kobiet, które z wielką chęcią urodzą mi dziecko, nie będę musiał się przynajmniej tyle prosić.- znieruchomiałam, on natomiast dopiero po chwili zrozumiał co właśnie powiedział. Standard, ja - łzy w oczach, Michael - przerażenie na twarzy do tego stopnia, że aż pobladł.
-W takim razie niech te inne kobiety rodzą Ci dzieci, a ode mnie się odwal.- powiedziałam oschle, a jedna pojedyncza łezka wydobyła mi się z oka, by po chwili spłynąć po moim policzku. Wstałam szybko by tylko nie patrzeć mu w twarz, ale zaraz poczułam uścisk na nadgarstku.
-Victoria ja....wcale nie chciałam tego powiedzieć. Zdenerwowałem się, proszę nie bierz tego do siebie. Ja nigdy nie mógłbym...- przerwałam mu natychmiast.
-Nie bierz tego do siebie?! Idź znajdź sobie jakąś inną nawiną laskę, zrób jej dziecko i może będziesz w końcu szczęśliwy! A mi daj spokój, skoro tylko do tego jestem Ci potrzebna to nie mamy o czym rozmawiać.
-Skarbie wysłuchaj mnie...- odepchnęłam go z całej siły, odwróciłam się na pięcie i jak najszybciej poszłam do domu. Wpadłam do naszej sypialni i rzuciłam się na łóżko. Nie płakałam więcej, nie chciałam...mimo, że zabolały mnie jego słowa i to bardzo. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek coś takiego usłyszę i to od Michaela, mojego Michaela...
********
I jak podobał się Wam ten długo oczekiwany rozdział? :) Ja wiem, że szału nie ma, dupy nie urywa i wgl, ale starałam się. Chyba mój styl nie zmienił się na gorsze przez tą „przerwę”? xD Tak jak już mówiłam z dostępem do komputera - słabo, kiedy następny rozdział? Eh rozczaruję Was, ale dopiero w grudniu, chyba że jakimś cudem będę miała możliwość napisać go wcześniej. 
Oceniajcie, krytykujcie, piszcie wszystko. Tylko błagam szczerze ;)
PS: Coś mi się tu jebie z czcionką więc jak będą różnej wielkości litery to przepraszam, ale próbowałam już wszystkiego XD
Życzę miłej niedzieli, pozdrawiam! ♥

20 sierpnia 2016

Przypadkowe opowiadanie :)

Witam kochani!
Czuję, że powinnam dostać porządny wpierdol za to, że tyle mnie tu nie było xD I tak możecie na mnie krzyczeć, nabluzgać i co tylko chcecie, ale zanim to zrobicie najpierw mnie „wysłuchajcie”. Pewnie niektórzy pomyśleli „No pewnie, nie napisała nawet 30 rozdziałów i spierdoliła bez słowa wyjaśnienia” Jak widać nie spierdoliłam i nie mam zamiaru tego robić, a nawet jeśli coś się wydarzy i będę zmuszona Was opuścić to nie zniknę sobie bez słowa. Mój wyjazd nie wypalił, wielkie gówno z tego wyszło przez co dwa tygodnie chodziłam zła i nie odzywałam się za bardzo, potem pokłóciłam się z kilkoma ważnymi dla mnie osobami. Odkładałam cięgle bloga na później „przecież mam dużo czasu”. Potem nie miałam weny i w ogóle ochoty pisać rozdziału (tak przyznaje się po prostu mi się nie chciało, nie miałam pomysłu, mimo że ten rozdział był w zeszycie, ale bardzo krótki i napisany ręką 5- latka) I tak przez miesiąc (no dobra prawie dwa...) nic nie wstawiałam za co bardzo przepraszam. Naprawdę to co pisałam to zaraz usuwałam, nie wychodziło mi nic w ogóle. Czułam się jakbym nigdy w życiu nie pisała, nie wiem co się ze mną działo. Nie chciałam dać tu jakiegoś gówna, dlatego ciągle zwlekałam z dodaniem rozdziału. Oprócz opierdzielania się przez cały ten czas, jeszcze coś robiłam. Postanowiłam trochę „odświeżyć” poprzednie rozdziały. Nie pozmieniało się na tyle żebyście musieli czytać całe opo od początku, spokojnie xD Zwykłe błędy i...same błędy. Bo jak przeczytałam pierwszy rozdział od czasu kiedy go napisałam czyli pół roku temu to się za głowę złapałam, styl to jednak mi się zmienił, dopiero wtedy to zauważyłam. Pewnie zastanawia Was co to jest xD Przez ten czas, który mnie tutaj nie było napisałam o to tą "historię". Natchnęła mnie do tego Oliwia, której dedykuje ten rozdział, został on napisany dla niej. Dała mi mega pomysł i dziękuję jej za to Może najpierw przeczytajcie ten rozdział, a na końcu wszystko Wam wyjaśnię :)
Zapraszam do czytania i komentowania! 
********
8 września 1993 r.
Była zaledwie 6 rano, a ja dalej nie mogłem spać. Zawsze miałem problemy z bezsennością, ale teraz to się nasiliło. Gdy tylko zamykałem oczy w głowie pojawiał mi się nieprzyjemny obraz. W pokoju było ciemno, mimo to sen nie mógł przyjść. Czułem się źle...psychicznie i fizycznie. Moje serce i dusza krwawiła za każdym razem gdy tylko przypominałem sobie w jakim bagnie tkwię od jakiegoś czasu. Dwa tygodnie temu miał się odbyć mój ostatni koncert w Bangkoku promujący trasę Dangerous. Jak zwykle przed koncertem chodziłem cały podekscytowany i pełen energii. Pamiętam tamten dzień jak dziś. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co mnie spotka... Nie mogłem nigdzie znaleźć Franka mojego menadżera, a zarazem wiernego przyjaciela.
~Retrospekcja~ 
 
Wpadłem jak burza do mojej garderoby. Szybko zmierzyłem wzrokiem całe pomieszczenie. Na ścianie wisiał plazmowy telewizor. Frank, Karen i Dominic mój choreograf siedzieli na kanapie i wpatrywali się jak zaczarowani w kolorowe pudło. Nie rozumiałem... za niecałą godzinę miał zacząć się mój koncert, a im zachciało się oglądania telewizji?
-Michael Jackson, legendarny Król Popu, który odbywa teraz światowe tournee został oskarżony o molestowanie seksualne przez niejakiego Jordana Chandlera, pozew do sądu wniósł jego ojciec Evan Chandler... Po usłyszeniu tych słów mój świat się zatrzymał, przestałem myśleć, byłem w totalnym szoku. Gapiłem się tępo w ścianę, nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Czułem się jak sparaliżowany, nie mogłem się ruszyć. Jakby ktoś przywalił mi czymś ciężkim w głowę. Czułem się otumaniony tą informacją, jak po narkotykach. Kiedy po kilku minutach odzyskałem świadomość, a do mojej głowy zaczęły z ogromną siłą uderzać te okropne słowa zatrzasnąłem za sobą drzwi.
Od razu spojrzenia moich przyjaciół spotkały się z moim. W ich oczach dostrzegłem przerażenie i głęboki strach. Czyli to co przed chwilą usłyszałem, a jeszcze nie do końca dotarło do mojej świadomości było...prawdą?
-Michael...skarbie.- Karen podeszła do mnie z łzami w oczach, złapała mnie za dłonie. -Słyszałeś prawda?- niemalże wyszeptała te słowa. Chyba sama domyśliła się odpowiedzi, bo od razu mnie przytuliła, trwałem tak kilka minut w jej ramionach kiedy w końcu oderwałem się od niej jak poparzony.
-Powiedzcie, że to tylko głupie plotki.- rzuciłem cały nabuzowany chodząc po całym pomieszczeniu. Nikt mi nie odpowiedział, mieli spuszczony wzrok.
-Kurwa powiedzcie coś!- nie panowałem już nad emocjami, a przede wszystkim nie panowałem nad sobą. Frank wystraszony trochę moim tonem głosu postanowił się w końcu odezwać.
-Niestety to nie plotki Mike...ten pieprzony gówniarz oskarżył Cię o molestowanie.- ukrył twarz w dłoniach- Ta informacja obiegła już cały świat, od rana ponoć trąbią o tym na każdej stacji. Twoi adwokaci zaraz tu będą. Michael do cholery wiedziałem, że tak będzie! Za dużo czasu spędzałeś z tym szczylem! Ale ty mnie nigdy nie słuchasz, bo sam wiesz co dla Ciebie dobre! To masz co chciałeś!- sam wstał zdenerwowany całą sytuacją. Nigdy na mnie nie krzyczał. Byłem w szoku.
-Nie krzycz na mnie...-wyszeptałem zamykając oczy. Chciałem żeby to wszystko to był tylko głupi koszmar, sen z którego zaraz się obudzę i będę się śmiał. Otworzyłem po chwili oczy, ale niestety to mi się nie śniło. Do oczu napłynęły mi łzy. Łzy rozpaczy, które wyrażały to co dzieje się w moim umyśle. Nie zauważyłem nawet kiedy słone krople spływały ciurkiem po mojej twarzy zmywając zapewne cały makijaż zrobiony przez Karen, ale nie obchodziło mnie to w tamtym momencie. Czułem się potwornie, wybiegłem stamtąd natychmiast. 
 
~Koniec retrospekcji~

To był najgorszy dzień w moim życiu. Chciałem jak najszybciej wrócić do domu, do mojej Nibylandii. Niestety to nie było możliwe. Policja zaraz na drugi dzień od wniesienia oskarżenia zrobiła rewizję całego domu, przewracając go do góry nogami. Wszyscy radzili mi bym tu nie wracał, bo to nie jest już to same miejsce...Mieli rację, tu już nigdy nie będzie jak dawniej. Wszystko zostało posprzątane, ale to nic nie dało. Naruszyli moją przestrzeń osobistą. Wkroczyli w świat, do którego tylko ja miałem dostęp. Z domu zniknęły wszelkie fotografie dzieci jakie tylko posiadałem, rodzinne portrety przedstawiające moich małych siostrzeńców i siostrzenice, prezenty od fanów i kasety z bajkami. Wiem czego szukali i mają problem, bo tego nie znajdą, nie w moim domu. Oskarżyli mnie o tak nikczemną rzecz. Rzygać mi się chciało jak sobie o tym myślałem. Jak można być tak okrutnym i podłym? Byłem dla nich dobry, dawałem pieniądze, wspierałem, pomagałem jak tylko mogłem. I co dostałem w zamian? Łatkę pedofila, która będzie do mnie przylepiona do końca życia, zszarganą reputację i zniszczone zdrowie psychiczne. Bliscy są ze mną, wspierają mnie, jestem im za to ogromnie wdzięczny, ale to nie wszystko. Reszta ma mnie za zboczeńca, który powinien zgnić w pierdlu. Podniosłem się do pozycji siedzącej. Chyba nic nie będzie z mojego snu. Powoli wstałem z łóżka i skierowałem się do łazienki. Szybko zabrałem małe pudełeczko i wróciłem do sypialni. Wyciągnąłem jedną białą kapsułkę, a do niej dołączyły od razu trzy takie same. Wiem, że nie można brać tak silnych leków w takiej ilości i to na pusty żołądek, ale w chwili obecnej miałem w dupie to co się ze mną stanie. Miałem ochotę umrzeć i może te prochy mi w tym pomogą. Wszyscy będą mieć spokój, bo przecież jestem taki zły i okrutny, skrzywdziłem dziecko. Zaśmiałem się kpiąco, ale po chwili spoważniałem i tabletki, które trzymałem w ręce wyrzuciłem na podłogę. Wybuchłem niekontrolowanym płaczem, który echem odbijał się od ścian. Płakałem jak dziecko, zranione dziecko. Jak w amoku chwyciłem ze stoliczka nocnego zabytkowy wazon i z impetem rzuciłem nim o ścianę, było słychać tylko huk, a antyk rozpadł się na miliony kawałków, był w takim stanie jak teraz moje serce.
-Proszę bardzo macie co chcieliście! No chodźcie tu i zobaczcie co ze mną zrobiliście! Zobaczcie upadek wielkiego Michaela Jacksona!- krzyczałem żałośnie do ściany dusząc się łzami. Nawet nie usłyszałem kiedy drzwi mojej sypialni zostały otworzone. Siedziałem skulony obok łóżka chowając twarz w dłoniach. Poczułem ciepły dotyk na ramieniu, a zaraz potem ten spokojny głos, który zawsze potrafił choć w pewnym stopniu ukoić ból w moim sercu.
-Michael kochanie...- tak właśnie jej było mi wtedy potrzeba. Mojej przyjaciółki, a zarazem matki. Kobieta zdjęła moje ręce z twarzy i podniosła mój podbródek wzdychając cicho. Zapewne przestraszył ją widok mojej twarzy bowiem w tamtym momencie wyglądałem niczym w teledysku do Thriller'a.
-Liz ja już nie daje rady...- wyszeptałem załamującym głosem wtulając się w przyjaciółkę. Gładziła mnie po plecach kołysząc w swoich ramionach. Siedzieliśmy tak długi czas.
-Nie wziąłeś tego badziewia?- spytała wskazując na opakowanie tabletek nasennych leżących na podłodze.
-Nie...a powinienem.
-Michael co Ty mówisz na litość boską?!- podniosła głos, ale jak tylko zobaczyła wyraz mojej twarzy złagodniała. Wyswobodziłem się z jej objęć i położyłem się do łóżka zwijając się w kłębek. Elizabeth również po chwili podniosła się z podłogi i podeszła do okna, odsłoniła wszystkie zasłony. Skrzywiłem się natychmiast, dzienne światło raziło mnie w oczy.
-Cholera zasłoń to.- warknąłem zbulwersowany tym co zrobiła, byłem bardzo drażliwy. Chyba nie miała najmniejszego zamiaru mnie słuchać, bo jak na złość otworzyła na oścież wszystkie okna i drzwi balkonowe wpuszczając do środka rześkie powietrze. Przycisnąłem poduszkę do policzka. Poczułem jak Liz zdziera ze mnie kołdrę. Spojrzałem na nią wkurzony.
-W tej chwili wstajesz, idziesz się umyć, bo cuchnie od Ciebie na kilometr i wychodzisz z tego bunkru na świeże powietrze, ale najpierw zjesz porządne śniadanie. Kiedy Ty w ogóle coś ostatnio jadłeś? Bo wyglądasz jak kościotrup.
-Nie ważne.- usiadłem zakładając ręce na piersiach niczym obrażone dziecko.
-Dla mnie bardzo ważne, martwię się o Ciebie.- usiadła obok mnie i pogładziła mnie po bladym i zimnym policzku.
-Potrzebuję tylko spokoju. Dajcie mi wszyscy święty spokój.- złapałem poduszkę i zacząłem
się kiwać w przód i tył. Zacisnąłem powieki, bo już czułem piekące łzy napływające do oczu. Nie chciałem płakać przy Liz. Nie lubiłem okazywać takich uczuć przy innych, nie chcę być słaby. Kobieta westchnęła tylko i zostawiła mnie samego. Myślałem, że wyszła z sypialni, ale myliłem się. Po chwili stała w progu drzwi prowadzących do łazienki.
-Mickey rusz się w końcu z tego barłogu, przygotowałam Ci kąpiel.
-Nie mam ochoty...
-Jak nie pójdziesz po dobroci to sama Cię rozbiorę i do niej wpakuje.- chciało mi się śmiać, ale jakoś...nie mogłem. Od dwóch tygodni nie uśmiecham się, nie tańczę, nie śpiewam, nie rozmawiam prawie z nikim, mało jem i prawie w ogóle nie sypiam. Nie robię w ogóle rzeczy, które kiedyś sprawiały mi przyjemność i wywoływały radość w moim serce, jakby całkowicie uszło ze mnie życie. Za to ciągle becze jak dziecko i zastanawiam się dlaczego ten świat jest taki okrutny.
-To jak będzie? - moje rozmyślania przerwała Liz. Niechętnie wstałem i powędrowałem ze spuszczoną głową do łazienki. Zamknąłem drzwi i zrzuciłem z siebie szlafrok i piżamę. Stanąłem zupełnie nagi przed lustrem, ale szybko odwróciłem wzrok. Nie mogłem na siebie patrzeć, brało mnie na wymioty. Same kości i skóra, a do tego coraz więcej tych białych, okropnych plam. Po chwili leżałem w wannie pełnej piany. Moje ciało w końcu się rozluźniło, ale to wcale nie poprawiło mojego samopoczucia. Kiedy woda zrobiła się chłodna ja nadal nie wychodziłem, nie miałem siły się podnieść. Usłyszałem pukanie. 
-Michael...wszystko w porządku?- w głosie przyjaciółki jak zwykle mogłem wyczuć zatroskanie.
-Tak, tak zaraz wychodzę!- zebrałem w sobie ostatki siły by w końcu wyjść z wody. Wytarłem się w suchy ręcznik i zarzuciłem na siebie szlafrok. Wchodząc do sypialni oniemiałem. Wszędzie panował idealny porządek. Łóżko posłane, ciuchy które walały się niemalże wszędzie zniknęły, na biurku nie było bałaganu, a na podłodze porozrzucanych skarpetek, papierów i butelek po alkoholu. Tak w nim też topiłem smutki przez kilka dni, dopóki nie opróżniłem całego barku. Piłbym dalej, ale nie miałem więcej alkoholu w domu, a żaden ochroniarz, ani szofer nie chciał mi nic kupić. Pewnie moja rodzina im zakazała. Nawet groziłem, że ich wyrzucę z pracy, ale nie przejęli się tym szczególnie. Na łóżku dostrzegłem ubrania, zapewne te które miałem na siebie włożyć. Liz szybko pojawiła się obok mnie.
-Nie musiałaś naprawdę, sam bym..
-...tak wiem nie zrobiłbyś tego sam, bo nawet durnej pralki włączyć nie umiesz, a i nie dziękuj nie ma za co.- wyświergotała tuż nad moim uchem. Uśmiechnąłem się smutno po czym porwałem kobietę w swoje objęcia.
-Dziękuję, że jesteś i wytrzymujesz ze mną.- wyszeptałem.
-Michael jesteś moim najdroższym skarbem jak mogłabym Cię zostawić w takiej sytuacji?- spojrzała mi w oczy gładząc mój policzek.
-No koniec tych czułości, bo co za dużo to nie zdrowo. Ubierz się ładnie i idziemy na śniadanie.- wywróciłem oczami.
-Ale ja naprawdę nie jestem...
-...i koniec kropka.- popatrzyła na mnie znacząco. Nie miałem ochoty na kłótnie, bo wiedziałem, że i tak postawi na swoim więc odpuściłem. Wziąłem przygotowane ubrania i znów zaszyłem się w łazience by się ubrać. Gotowy wraz z przyjaciółką opuściłem moje schronienie, którego nie opuszczałem od tygodnia. Zeszliśmy krętymi, marmurowymi schodami mijając po drodze kilku moich pracowników. Jak zawsze byli dla mnie mili, ale ja jednak czułem się dziwnie. Teraz są mili, a za plecami pewnie się śmieją i obgadują. W nie za wesołym nastroju wkroczyliśmy do kuchni, z której jak zawsze wydobywały się piękne zapachy. Moją kucharką była Mary, przemiła i ciepła kobieta po 40- stce. Pracuje tu siedem lat czyli od samego początku.
-Dzień dobry Michael.- nie lubiłem sztywnych form i wolałem by moi pracownicy zwracali się do mnie po imieniu, ale znaleźli się i tacy, którzy stwierdzili że to nie wypada i ciągle mi „panują”. Kobieta podleciała do mnie gdy tylko ujrzała moją twarz kiedy nieśmiało wszedłem do pomieszczenia. Poczułem ogromne ciepło na sercu kiedy mnie przytuliła.
-Jak się czujesz? Zjesz coś? Zrobiłam Twoje ulubione omlety, a jak ładnie wszystko zjesz to
dostaniesz nagrodę.- powiedziała niczym do małego dziecka. Uśmiechnąłem się delikatnie, kochałem w niej to ciepło, którym mnie obdarzała, zawsze traktowała mnie jak swojego syna. Spojrzałem za siebie, ale Liz ze mną nie był. Usłyszałem za to jak rozmawia z kimś przez telefon, a raczej krzyczy do niego w pokoju obok. Usiadłem na wysokim krześle, a Mary podstawiła mi pod nos gorące śniadanie. Zacząłem dłubać widelcem w talerzu, co jakiś czas biorąc mały kęs jedzenia do buzi. Nie byłem specjalnie głodny, zwykle dawno już by ten talerz był pusty. Kucharka nie chcąc przeszkadzać mi w dumaniu, zajęła się gotowaniem, zapewne obiadu.
-Kochanie mam złą wiadomość.- powiedziała Elizabeth wchodząc do kuchni. Odwróciłem się w jej stronę.
-Co się stało?- podeszła do mnie z niewyraźną miną.
-Nie mogę z Tobą zostać...
-Nie musisz ze mną zostawać, poradzę sobie.- uśmiechnąłem się sztucznie.
-Nie nie poradzisz sobie, a moje miejsce jest przy Tobie, ale Ci idioci nie potrafią poradzić sobie beze mnie nawet godziny.
-Coś na planie nie tak?
-Tak...muszę lecieć do NY. A uwierz mi naprawdę nie mam ochoty użerać się z bandą, niedoświadczonych...
-...Liz nie kończ. Naprawdę nic się nie stało, jedź.- złapałem ją za dłoń i ucałowałem ją. -Strasznie Cię przepraszam. Może zadzwonię po kogoś?
-Nie, po nikogo nie dzwoń. Dam radę.- popatrzyła mi głęboko w oczy wzdychając.
-No dobrze już...ale jakby co dzwoń do mnie od razu.
-Okej, jedź już.- wycałowała mnie i po chwili opuściła dom, a ja wróciłem do jedzenia. **********
Siedziałem w salonie na wielkiej kanapie wpatrując się w kominek, w dłoni trzymając kieliszek z czerwonym winem. W domu panowała kompletna cisza co bardzo mnie cieszyło, bo potrzebowałem spokoju. Skąd miałem to wino skoro barek był opróżniony? Znalazłem w górnej szafce w kuchni, Mary myślała, że pewnie tam nie zajrzę. Nie miałem zamiaru się upijać, zresztą po butelce wina nic mi nie będzie. W holu usłyszałem jakieś kroki, po chwili w pokoju pojawił się szef ochrony Miko.
-Szefie...- zaczął delikatnie, denerwowało mnie, że wszyscy tak się do mnie zwracali, jak do dziecka, jakbym był ze szkła i zaraz miałbym się rozbić na milion kawałeczków. Chciałem, żeby traktowali mnie normalnie.
-Nie bój się nie nakrzyczę na Ciebie.- podniósł na mnie swój wzrok, odłożyłem szkło na stoliczek. 
-Nie o to chodzi...- zmieszał się.
-A o co?- podszedł bliżej.
-Ma szef gościa, a w zasadzie gości...
-Jak to ktoś z rodziny to powiedz, że mnie nie ma i nie wiesz kiedy będę.- może nie ładnie tak kłamać, ale szczerze nie miałem ochoty na odwiedziny, nawet własnej rodziny.
-To nikt z rodziny.
-Więc kto?- zmarszczyłem czoło.
-Panienka Presley z dziećmi. Mówiłem jej, że jest pan w złym stanie i...- nie dałem mu dokończyć.
-Dlaczego od razu ich nie wpuściłeś?- spojrzał na mnie zdziwiony. No tak najpierw każę mówić, że mnie nie ma, a potem mam pretensje. Pokręciłem głową.
-Wpuść ich, jest późno powinieneś to zrobić od razu.
-Ale na pewno?
-Na pewno Miko.- ochroniarz odszedł, a po chwili usłyszałem śmiech dzieciaków i Lisę, która każe im się uspokoić. Wstałem z wygodnej kanapy, szybko poprawiłem potargane loki i poszedłem się przywitać.
-Wujek Mike!- Riley i Ben pisnęli na mój widok po czym rzucili się w moją stronę, ukucnąłem by ułatwić im zadanie. Uśmiechnąłem się i docisnąłem do siebie ich drobniutkie ciała. Chciałem się już odsunąć, ale oni najwyraźniej nie, bo opletli moją szyję rączkami niczym bluszcz.
-Dzieci wystarczy, bo udusicie wujka. Dajcie mi się z nim przywitać.- po słowach matki posłusznie odsunęli się, a ja mogłem w końcu zobaczyć pełen obraz mojej przyjaciółki. Kobieta ubrana była w śliczną, czerwoną garsonkę, a jej pofalowane włosy opadały swobodnie na ramiona i zauważyłem, że znowu je pofarbowała. Na ustach widniała jak zwykle krwisto czerwona szminka, która podkreślała jej usta. W oczach jak zwykle dostrzegłem iskierki radości. Wzrokiem zjechałem niżej. Na nogach miała wysokie szpilki, które uwydatniały jej zgrabne nogi. Jej spódniczka była krótka, zawsze kiedy się ze mną widywała ubierała się tak...seksownie? Zaraz skarciłem się w myślach. O czym ja myślę...Była po prostu idealna nie tylko pod względem wyglądu, zawsze była naturalna i szczera, miała klasę i grację, ale miała w sobie również coś z dziecka, tak jak ja...Dlatego zawsze świetnie się dogadywaliśmy, potrafiła przyjechać do Neverlandu na cały dzień i spędzić go ze mną chodząc po drzewach, bawiąc się w ganianego czy toczyć bitwy na pistolety wodne. Była cudowną kobietą. Pierwszy raz poznaliśmy się jako dzieciaki, przyszła na koncert wtedy jeszcze The Jackson 5, siedziała w pierwszym rzędzie, zaraz pod sceną w obstawie goryli. W ten sam dzień poznałem 6- sześcioletnią Lisę i jej ojca prawdziwego Króla rock'n rolla - Elvisa. Była małą dziewczynką, ale jak na swój wiek mądrą. Zaprzyjaźniliśmy się właśnie tamtego dnia niemalże od razu. Mówiłem na nią księżniczka i zapewniałem, że któregoś pięknego dnia spotka księcia na białym koniu, który zabierze ją do swojego zamku i poślubi. Na co zawsze odpowiadała mi „Nie chcę żadnego lalusia na jakimś brudnym koniu, Ty Michael będziesz moim mężem”. Zaśmiałem się w duchu przypominając sobie jak wypowiadała te słowa z takim przekonaniem, jakby składała mi obietnicę.
-Michael...- z zamyślenia wyrwał mnie głos kobiety, spojrzałem w jej oczy.
-Lisa Marie.- wypowiedziałem z dumą jej oba imiona, często właśnie tak się do niej zwracałem. Podbiegła do mnie rzucając mi się na szyję. Mimo, że stała na czubkach swoich lakierowanych szpilek i tak była niższa ode mnie. Wtuliłem twarz w jej aksamitne włosy, poczułem jak gładzi mnie po plecach. Tak dawno się nie widzieliśmy...ostatnim razem przed rozpoczęciem mojej trasy, czyli prawie rok temu. Nic nie zmieniła się przez ten czas.
-Strasznie tęskniłam za Tobą.- wyszeptała odsuwając się ode mnie. Co przyznam nie było mi na rękę.- I przepraszam, że zwaliłam Ci się tak na głowę z dziećmi.- spuściła wzrok.
-Nic się nie stało, bardzo cieszy mnie to, że postanowiliście mnie odwiedzić.- uśmiechnęła się i o to mi chodziło. Pomyśleć, że jeszcze godzinę temu miałem ochotę rzucić się pod najbliższy pociąg, a wystarczyła tylko wizyta Lisy i jej pociech bym właśnie tego nie robił. Poczułem się lepiej i tak naprawdę...wcale nie chciałem być sam.
-Nie będziemy tak tu stać, zapraszam.- powiedziałem w końcu zdając sobie sprawę, że nie zaprosiłem ich nawet do środka. Przepuściłem ich przodem.
-Wujku, a pobawisz się z nami?- spytała Riley podchodząc do mnie i wyciągając rączki dając tym znak bym wziął ją na ręce. Nie czułem się na siłach, ale nie mógłbym odmówić dziecku, a już zwłaszcza temu aniołkowi. Już otwierałem usta by odpowiedzieć, ale Lisa była szybsza.
-Skarbie wujek jest zmęczony i jest już późno. Włączę wam jakąś bajkę.
-Ale to naprawdę nie jest kłopot.
-Michael nalegam...widzę, że nie jesteś w dobrym stanie.- spojrzała mi głęboko w oczy. No tak, pewnie już o wszystkim wie i boi się ze mną zostawić dzieci. Spuściłem zasmucony wzrok.
-Wujku dlaczego jesteś smutny?- spytała dziewczynka bawiąc się moimi lokami.
-Nie jestem aniołku, wydaje Ci się.- cmoknąłem ją w różowiutki policzek i odstawiłem na podłogę.
-To jak, czego się napijecie?- wyrwałem chcąc przerwać ciszę, a zarazem ukryć jakoś mój stan.
-Ja chcę kakao!- krzyknął Ben- Giń marnie Ty łachudro!- warknął do manekina przedstawiającego Vader'a z gwiezdnych wojen stojącego w rogu pokoju. Chłopiec wymierzał w niego mieczem świetlnym. Chciało mi się śmiać.
-Ben odłóż to natychmiast! Zaraz coś popsujesz.- powiedziała karcąc chłopca, spojrzała na mnie przepraszająco.
-Lizzie nie denerwuj się, nic się nie stało.
-A Ty czego byś się napiła?- zwróciłem się do małej Riley, która była przyklejona do mojej nogi.
-Mleka.- wyszczerzyła ząbki w uśmiechu.
-Dla nas mam wino, więc może zaprowadź dzieciaki do mojej sypialni i włącz im bajkę, a ja przyniosę im coś do jedzenia i picia.- kobieta pokiwała głową i zaprowadziła pociechy na górę. A ja udałem się do kuchni i na tacy położyłem ciasteczka czekoladowe robione dzisiaj przez moją kucharkę i dwa parujące kubki. Zaniosłem wszystko do swojej sypialni. Dobrze, że Liz tutaj posprzątała. Co ja bym bez niej zrobił...Gdy wszedłem do pokoju dzieci grzecznie leżały na łóżku z zainteresowaniem oglądając bajkę. Tacę postawiłem na stoliczku nocnym.
-Tylko nie rozrabiajcie, bo to jest sypialnia wujka i bądźcie grzeczni. My będziemy w salonie, jakbyście coś chcieli.- ucałowała każde z nich w czoło i odwróciła się w moją stronę z uśmiechem.
-Mamusiu, a Ty będziesz spać z wujkiem?- wyrwała Riley. Cały dzień byłem blady, ale jestem, pewien, że teraz wyglądałem jak burak. Moja przyjaciółka zaśmiała się nerwowo i spojrzała na mnie nieśmiało.
-Nie kochanie, będę tylko rozmawiać z wujkiem, ale nie będziemy spać razem.
-A dlaczego nie?- ciągnęła dalej, kobieta westchnęła nie wiedząc co odpowiedzieć. Sam w duchu zadałem sobie to pytanie, ale po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że jestem idiotą i powinienem walnąć kilka razy głową w ścianę.
-Bo jesteśmy tylko przyjaciółmi.- skwitowała, a ja poczułem lekki zawód i sam tak naprawdę nie wiem czemu. Chyba ta odpowiedź jej wystarczyła, bo już o nic więcej nie pytała, a my w ciszy opuściliśmy sypialnię. Słysząc tylko śmiechy tych małych szkrabów. 
-Przepraszam za nią, ma niewyparzony język. Po ojcu...- spojrzałem na jej twarz, spuściła wzrok.
-Nic się nie stało, to było nawet urocze.- znaleźliśmy się w końcu w salonie, o dziwo w kominku dalej paliło się drewno. Lisa ściągnęła swoje szpilki i rozsiadła się na kanapie, a ja wyjąłem dla niej kieliszek z barku po czym napełniłem go winem i podałem kobiecie. Zapadła niezręczna cisza, miałem spuszczoną głowę. Nie wiedziałem za bardzo od czego zacząć naszą rozmowę.
-Wiesz o wszystkim prawda?- nie wytrzymałem w końcu, musiałem o to zapytać. W końcu podniosłem wzrok spotykając niebieskie, głębokie oczy wpatrujące się we mnie ze...współczuciem?
-Tak...postanowiłam Cię odwiedzić z dzieciakami, a o wszystkim dowiedziałam się dzisiaj z radia. Wiesz od miesiąca jesteśmy w Graceland i dlatego wcześniej nic nie wiedziałam.
-Z radia?- mruknąłem, pewnie dalej gadają o tym na każdej stacji.
-Tak, rozmawiałam z Janet i powiedziała, że jesteś w Neverlandzie. Masz przerwę od trasy, ale nie chciała powiedzieć co się tak naprawdę stało. Kiedy usłyszałam o tym...myślałam, że to tylko głupi żart, niestety kierowca taksówki mi to potwierdził, tak samo jak później Twój ochroniarz, byliśmy wtedy w drodze do Ciebie. Bez sensu było się wracać taki kawał, a...chciałam wiedzieć jak się czujesz.- złapała mnie za dłoń.
-Teraz kiedy mnie odwiedziliście o niebo lepiej.- zdobyłem się na skromny uśmiech. Czułem się trochę nieswojo.
-Michael wiedz, że ja Ci wierzę.- rzuciła nagle, kamień spadł mi z serca, bo trapiło mnie pytanie czy ona mi wierzy.- Nigdy byś tego nie zrobił, ja to wiem, Twoja rodzina, a przede wszystkim fani, nikt normalny nie uwierzy w te brednie.- prychnęła.
-Dziękuję Ci, ale...chyba jestem już skończony. To koniec mojej kariery.- powiedziałem załamany.
-Co? Dlaczego? To nijak ma się do Twojej kariery.
-Mylisz się Lisa. Ma i to dużo. Odwołałem resztę trasy chociaż zostały już tylko dwa
miesiące do końca. Pewnie nikt nie przychodziłby na te koncerty, a ja straciłbym kontrakt. To bez sensu. Od dzisiaj nie będę dla wszystkich Królem Popu tylko zwykłym pedofilem.- poczułem ogromną gule w gardle wymawiając to ohydne słowo.- Powiedz mi jak oni mogą być tak okrutni? Prędzej podciąłbym sobie żyły niż zrobił krzywdę dziecku. Przecież ja nie zmuszałem do niczego Jordana...sam zachowywał się dziwnie.
-To znaczy?- zainteresowała się, dla otuchy bardziej ścisnęła moją dłoń. Widziała, że jestem na skraju załamania nerwowego.
-Często chciał nocować w moim pokoju i to w dodatku łóżku ze mną...- spojrzała na mnie przerażona- Nie godziłem się na spanie razem, ja kładłem się wtedy na podłodze. Często chciał się do mnie przytulać, ale jak już to robił to tak nachalnie...nie wiedziałem co mam o tym myśleć. Mówiłem mu, że nie powinien tego robić i na trochę pomagało...
-Rzeczywiście dziwne, widziałam raz tego dzieciaka i odniosłam wrażenie, że coś jest z nim nie tak. A może to ten jego ojczulek go zmusił to gadania tych głupot?
-I posłuchałby go? Przecież się przyjaźniliśmy, Evan też zawsze był dla mnie miły...
-Był, bo dawałeś mu forsę.- prychnęła.
-Wiesz jaki jestem...nie potrafię odmówić nikomu, a on był w potrzebie.
-Mhmm tydzień później kupił sobie ferrari no rzeczywiście taka fura była mu potrzebna. Michael wszyscy na około doją Cię z kasy, dlaczego Ty im na to pozwalasz? Czasami jesteś naiwny niczym dziecko. Potem tylko nie potrzebie cierpisz, zapominasz, że nie zbawisz świata, bo to nie jest możliwe.
-A właśnie, że jest.- szepnąłem.
-Heal the world to piękna piosenka, ale to dalej tylko piosenka.- niestety miała rację, nie wiedziałem co mam powiedzieć- Jesteś za dobry na ten świat.
-Wcale nie jestem dobry.- pokręciłem głową.
-Jesteś, bo pomagasz biednym i chorym dzieciakom nie oczekując niczego w zamian.
-Po prostu...wiem jak to jest nie mieć dzieciństwa, rozumiem te dzieci. Zresztą to nic wielkiego, spędzam z nimi tylko trochę czasu...
-...i dajesz worki prezentów oraz miliony dolarów na leczenie.
-Dla mnie to są grosze, a jak widzę ich uśmiechnięte buzie i tą miłość w oczach...naprawdę niczego więcej mi nie potrzeba. Ale jak widać, to prawda że jak jesteś za dobry to potem dostajesz kopa w dupę. Powiedz Lisa co ja zrobiłem nie tak? Czy to naprawdę tak wygląda? Czy ja zachowuje się jak pedofil?
-Broń Boże!- zaprzeczyła od razu- Michael posłuchaj będę z Tobą cały czas, będziesz walczyć i wygrasz. Sprawiedliwość zwycięży.- poklepała mnie lekko po ramieniu i zatopiła usta w czerwonej cieczy. Zastanowiłem się na chwilę.
-A jeżeli pójdę do więzienia?- spytałem przerażony- Chyba się zabije...- rzuciłem żałośnie znów chowając twarz w dłoniach.
-Co Ty opowiadasz? Jakie więzienie? Jesteś nie winny tak?
-Oczywiście.- odpowiedziałem od razu, kobieta zabrała moje dłonie z twarzy i złapała za mój podbródek.
-Więc nikt Cię nie skarze, nie masz się czym zamartwiać. Udowodnimy, że nie skrzywdziłeś Jordana.
-Adwokaci radzą bym poszedł na ugodę pieniężną, może to dobry pomysł. Przecież im chodzi tylko o pieniądze więc dam im je i dadzą mi spokój.
-Michael nie możesz tego zrobić, to jest jak przyznanie się do winy. Skoro jesteś nie winny to pokaż to wszystkim. Ja, Twoja rodzina i fani Ci wierzymy, ale trzeba przekonać innych skoro chcesz mieć spokojnie życie.
-Ale ja nie wiem czy dam radę przejść przez te wszystkie procesy, jestem zbyt słaby...- spojrzałem w bok. Niestety taka była prawda, może nie widać tego po mnie, ale jestem kruchy i wiem, że nie poradzę sobie z tymi oskarżeniami.
-Dasz radę. Obiecuję, że Cię nie opuszczę.
-Aż do śmierci?- zażartowałem, a Lisa jak najbardziej załapała o co mi chodzi. To takie zadziwiające, wystarczyła tylko jej wizyta, a mi nawet na żarty się zabrało. Czuję, że jak
wróci do domu to ta pozytywna energia, którą tu wniosła odejdzie wraz z nią.
-Aż do śmierci.- zaśmiała się, uwielbiałem jej śmiech zawsze wprowadzał mnie w dobry nastrój.
-Dziękuję Ci za wszystko.- szepnąłem i po chwili znów znalazłem się w jej ramionach- Naprawdę miałem ochotę się dzisiaj zabić...- gdy to powiedziałem poczułem jak jeszcze mocniej mnie ściska, następnie odsunęła się delikatnie.
-Proszę nie mów tak nigdy więcej, bo to mnie rani. I nie masz za co dziękować, od czego ma się przyjaciół?- uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
-Myślałem nawet nad sprzedażą Neverlandu...- spojrzała na mnie wielkimi oczami.
-Co Ty gadasz? Jaka sprzedaż? Nibylandia bez Piotrusia Pana to już nie będzie to samo miejsce.
-Tyle, że ten Piotruś to już nie ten sam Piotruś co kiedyś i to miejsce umarło wraz z nim.- wyszeptałem.
-Michael nie możesz sprzedać tego domu. Posłuchaj...to Ty go stworzyłeś, dbałeś o wszystko i nie pozwolę zrobić Ci takiego głupstwa. Będziesz potem tego żałować.
-No nie wiem...- spojrzałem w bok.
-Ale ja wiem i koniec tematu, nie chcę więcej o tym słyszeć Piotrusiu.- cmoknęła mnie w policzek śmiejąc się pod nosem. Postanowiłem nie poruszać już tego tematu, przemyślę to później, ale w głębi serca...nie chciałem rozstawać się z tym miejscem.
-Mówiłaś, że spędziłaś miesiąc w Graceland. Bardzo chciałbym tam pojechać, Twój ojciec stworzył piękny dom.
-Tak to magiczne miejsce, przypomina mi o najlepszych latach dzieciństwa.- uśmiechnęła się delikatnie obracając w drobnych dłoniach kieliszek z winem- Możemy tam pojechać jeśli chcesz, choćby jutro.
-Naprawdę? To wspaniale. Ale to na pewno nie kłopot?- chciałem się upewnić, nie lubię się narzucać.
-Oczywiście, że nie. Odpoczniesz trochę od tego wszystkiego, odreagujesz. Już te dwa diabły zapewnią Ci taką rozrywkę, że wrócisz do tej oazy spokoju po dwóch dniach.- zaśmialiśmy się. W jej towarzystwie zawsze zapominałem o problemach, liczyło się tu i teraz.
-Ben i Riley są kochani naprawdę, sam chciałbym mieć takie grzeczne dzieci.
-Jesteś jeszcze młody, masz czas.- rzuciła, spojrzałem na nią jak na wariatkę.
-Lisa tydzień temu skończyłem 35 lat, zlituj się. Która kobieta zechce takiego starucha.- zaśmiała się.
-Oj uwierz nie jedna...- szepnęła jakby do siebie-I w ogóle nie wyglądasz na tyle.- puściła mi oczko.
-Tak? To na ile?- zmrużyła oczy.
-Spokojnie na 27.- teraz to ja się zaśmiałem.
-Wyobraźnię to Ty masz.- pokręciłem głową nie mogąc wyjść z podziwu.
-Mike mówię całkiem poważnie. Jesteś w kwiecie wieku i świetnej formie. Każda się za Tobą ogląda.- zarumieniłem się.
-I do twarzy Ci w tych rumieńcach.
-Lisa!
-No co?- zaśmiała się.
-To skoro tak każda się za mną ogląda to dlaczego wciąż jestem sam?
-Jak sam? Słyszałam że masz romans z Madonną.- zakrztusiłem się, Lisa zaśmiała się i zaczęła klepać mnie po plecach.
-Nie wiem skąd masz takie informacje, ale nic nas nigdy nie łączyło, byliśmy tylko na dwóch randkach. Ta kobieta mnie przeraża, jest zbyt wulgarna jak dla mnie.
-I mówi to facet, który na scenie łapie się za jaja!- zakryłem twarz dłońmi, jej szczerość była niesamowita.
-I nic dziwnego, że te Twoje rozwydrzone faneczki mdleją...- czułem jakby moje policzki się żarzyły.
-No co?- spytała kiedy zauważyła, że się nie odzywam.
-Jesteś zbyt dosłowna.- powiedziałem w końcu- Coś Ci wytłumaczę, Madonna dotykając się tam i...ówdzie ma na myśli „przeleć mnie tu przy wszystkich” a ja łapiąc się za krocze wyrażam emocje jakie mną kierują, uczucia, pragnienia...- zacząłem gestykulować nie wiedząc jak wytłumaczyć to co miałem na myśli, wybuchła śmiechem. No nie tak to miało zabrzmieć, przyznaję.
-Dobra Ty może lepiej już nic nie mów.- powiedziała śmiejąc się ze mnie- Tylko lepiej opowiadaj co się stało w domu Mad po gali oscarów.
-A co się miało stać?- udawałem, że nie wiem o co jej chodzi.
-Michael nie udawaj durnia.- spojrzała na mnie z politowaniem- Jestem pewna, że coś się wydarzyło.- poruszyła zabawnie brwiami, wywróciłem oczami.
-Pocałowała mnie tylko.- machnąłem ręką. Podniosła jedną brew do góry.
-No dobra...ja też ją pocałowałem.- westchnąłem- Dałem się ponieść, ale nie wydarzyło się nic więcej naprawdę. Zaczęła mi szeptać do ucha takie chore rzeczy, że uciekłem stamtąd natychmiast. Może nie zachowałem się jak prawdziwy facet, ale...nie chciałem pakować się w romans i to jeszcze z nią.
-Może ona chciała stworzyć z Tobą związek?
-Nie wydaje mi się. Chciała się zabawić i tyle ot cała historia tego naszego „romansu”.- zrobiłem cudzysłów w powietrzu. Napełniłem nasze puste kieliszki winem. Lisa nagle posmutniała, nie wiedziałem czy może powiedziałem coś nie tak czy...
-Coś się stało?- pogładziłem jej policzek, spojrzała mi w oczy.
-Tydzień temu...wzięłam rozwód z Dannym.- wyszeptała.
-Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?- rzuciłem z pretensją.
-Michael myślałam, że jesteś w trasie, a nawet jeśli bym Ci powiedziała nie przyjechałbyś więc to i tak bez sensu.
-Przyjechałbym i wspierałbym Cię.- nie kłamałem, naprawdę bym to zrobił. Była moją przyjaciółką, ona zawsze mnie wspierała więc ja zrobiłbym to samo.
-Przepraszam, że mnie nie było...- szepnąłem.
-To i tak nic by nie zmieniło. Było minęło.- powiedziała twardo, ale po chwili zauważyłem pojedynczą łzę spływającą po jej rumianym policzku. Natychmiast starłem ją kciukiem i przysunąłem się bliżej.
-Kochasz go?- to było raczej stwierdzenie niż pytanie, od razu potrząsnęła głową. -Kochałam...ale za bardzo mnie zranił. Mogę wybaczyć wszystko, ale nie zdradę i to jeszcze ze zwykłą dziwką. Rozumiesz? Znalazł ją pewnie na jakiejś ulicy, zawiózł do naszego domu i miał tupet żeby pieprzyć ją w naszym małżeńskim łóżku, gdzie dzień wcześniej ja tam spałam. Rzygać mi się chce jak o tym myślę.- teraz już płakała mi w ramię, a ja głaskałem ją po głowie.
-Nie płacz, on nie jest wart twych łez i nie jest wart Ciebie, nigdy nie był. Jak tylko go spotkam dostanie w mordę na przywitanie.
-To strasznie boli, nie potrafię tak z dnia na dzień o nim zapomnieć. Kochałam go, dawałam mu wszystko, byłam zawsze kiedy tylko mnie potrzebował. A co dostałam w zamian?- prychnęła.
-Lisa to zwykły skurwiel i wiem jak bardzo to przeżywasz, ale najlepiej jak odetniesz się od niego i zapomnisz. Pamiętaj, że nie jesteś sama.- zacząłem nucić pod nosem melodię, która wpadła mi nagle do głowy. Kobieta jeszcze bardziej wtuliła się w mój tors. W mojej głowie nie wiedząc nawet skąd i kiedy pojawiły się słowa. Zacząłem cicho śpiewać, wprost do jej ucha.
-That you are not alone
I am here with you
Though you're far away
I am here to stay
But you are not alone
I am here with you
Though we're far apart
You're always in my heart
But you are not alone
Kiedy skończyłem śpiewać, Lisa oderwała się ode mnie i spojrzała na mnie zaszklonymi oczami.
-To było...piękne.- powiedziała oniemiała- Kiedy to wymyśliłeś?
-Przed chwilą.- wzruszyłem ramionami, zaśmiała się przez łzy.
-Jesteś niesamowity Michael- cmoknęła mnie w policzek.
-Nie to Ty jesteś niesamowita dzięki Tobie mam natchnienie...i nową piosenkę.- uśmiechnęła się. Podałem jej kieliszek.
-Za nas...
-...i za naszą przyjaźń.- dokończyła, stuknęliśmy się szkłem. Wzięła łyk wina i spojrzała na zegar wiszący nad kominkiem.
-Już późno, pójdę zobaczyć czy dzieci śpią.- powiedziała po chwili, pokiwałem głową. Zostałem sam, odłożyłem pusty kieliszek na szklany stolik i oparłem głowę i zagłówek kanapy. Przymknąłem oczy, bo zrobiłem się trochę senny co naprawdę mnie zdziwiło, bo od dwóch tygodni prawie w ogóle nie sypiam, a jeżeli zasnę to tylko po wzięciu silnych tabletek nasennych. To wszystko dzięki Lisie, gdyby dzisiaj mnie nie odwiedziła...nie wiem co by się ze mną stało. Chciałem jakoś się odwdzięczyć i w mojej głowie już rodził się pomysł jak mogę to zrobić, byłem pewny że się ucieszy. Co chwilę otwierałem ociężałe powieki, żeby nie zasnąć, ale zmęczenie w końcu wzięło nade mną górę. Odleciałem do krainy snów.
***********
I jak podobało Wam się to "coś"? XD Od razu mówię, że to nie jest nowe opowiadanie i nie będzie żadnej kontynuacji. W tej historii miałam połączyć: oskarżenia o molestowanie i do tego wpleść Lisę Marie. Pisało mi się to zajebiście, uwielbiam Lisę więc nie było z tym problemu. To coś w rodzaju rozdziału przeprosinowego xD Mam nadzieję, że mi się udało :D Z tego względu iż usłyszałam pozytywne opinie na temat tej krótkiej historii, postanowiłam ją opublikować :) Nie wiem czy kiedyś jeszcze napiszę coś podobnego, to się okażę. Chcę zaznaczyć, że nie wiem kiedy i w jakich okolicznościach Michael dowiedział się o tych oskarżeniach, nie wiem czy wtedy już spotykał się z Lisą, nie wiem co tak naprawdę ich łączyło (mam nadzieję, że to była jednak miłość, a nie pic na wodę fotomontaż) wszystko pisałam tak jak czuję :) Nie jestem dobra w opisywaniu scen z dziećmi więc ten...ale dzieciaki musiały się tam na chwilę pojawić. I nie mogłam się powstrzymać przed dodaniem rozmowy o Madonnie, sorry no xD Po prostu ja ją tak "kocham" XD Lubię  z nią wątki, bo zawsze jest śmiesznie, ogólnie rozdział smutny, ale jak coś piszę, muszę wpleść coś wesołego, nie lubię smutasów xD A i żeby nie było nie zostawiam Vicki i Michasia xD Mam już połowę rozdziału i chcę go wstawić w poniedziałek, bo jutro nie będę mieć czasu. Kochani postaram się nie robić takich przerw, ale wiecie jak to jest...ja teraz w wakacje złapałam takiego lenia, że...Wiecie co ja robię ostatnio całymi dniami? Mnie już dupa od siedzenie boli XDD Przez jakieś...dwa tygodnie namiętnie oglądam Jacksona xD Wszystko co tylko możliwe, od dokumentów po teledyski i występy z tras, epickie przemowy na rozdaniach Grammy xD Nie ja wcale się z niego nie śmieje xD Myślę, że jak zacznie się szkoła znów wpadnę w tą monotonną rutynę dnia, wszystko wróci do normy, bo coś czuję że  w tym roku nie będzie miejsca na opierdalanie się xD
Myślę, że wszystko Wam wytłumaczyłam :) Jeśli macie jakieś pytania zadawajcie je  w komentarzach, na które bardzo liczę :D
Tak więc spodziewajcie się mnie tutaj znów w poniedziałek, a teraz oceńcie to moje "dzieło" xD Tylko szczerze. 
PS: Chciałabym jeszcze serdecznie polecić zajebistego bloga, zajebistej osóbki ♥ który na razie się rozkręca.
http://wayforhappines.blogspot.com/
Pozdrawiam