21 listopada 2017

Rozdział 44. Jak zwierzę w klatce.

Witam :)
Bez zbędnej paplaniny, pogadam sobie na końcu xD
Zapraszam na długo wyczekiwany rozdział <3

*******

Minął tydzień. Równiutki tydzień od mojej kłótni z Victorią. Tydzień odkąd się do mnie nie odzywa i nie odbiera telefonu. I kolejny dzień mojej udręki. Kolejna noc w pustym i zimnym łóżku i kolejny błąd z mojej strony... Jeśli ktoś, kiedyś powie Ci, że jeżeli znajdziesz miłość, swoją drugą połówkę i od tej pory Twoje życie to będzie sielanka, nie wierz mu, to kompletna bzdura. Doszedłem do wniosku, że wszystko co dzieje się w naszym życiu, zarówno te złe jak i dobre rzeczy, mają miejsce z jakiegoś konkretnego powodu. Może to być kara, zwykłe szczęście, a może lekcja życia. Niewątpliwe jednak jest to, że to ludzie sami niszczą swoje szczęście zganiając winę na los bądź innego człowieka, byle tylko nie obarczać poczuciem winy samego siebie. A wiesz dlaczego? Bo tak jest łatwiej, mieć "czyste" sumienie. Często mówiłem i robiłem rzeczy, których żałowałem żyjąc w iluzji, że przecież robię dobrze. Dając przekaz w moich piosenkach innym ludziom powinienem sam się do nich stosować, niestety nie zawsze to wychodzi. Victoria jest najważniejszą kobietą w moim życiu, kobietą która sprowadza mnie na ziemię, kiedy zachowuje się jak naiwny dzieciak wierząc w te wszystkie bajki. Jest kobietą, która zawsze stoi u mojego boku i wspiera. Jest jedyną kobietą, dla której jestem w stanie zrobić wszystko i może nie zawsze to okazuje, ale to właśnie i tylko ona jest dla mnie najważniejsza. Starałem nie dręczyć jej natarczywymi telefonami, chciałem żeby odpoczęła. Zbyt często dawałem jej powody do nerwów, a w jej stanie to było wręcz zakazane. Sam chciałem ochłonąć i przemyśleć swoje zachowanie więc na te parę dni zamknąłem się w studiu nagraniowym i chcąc się wyciszyć robiłem to co wychodziło mi najlepiej - tworzyłem muzykę. Nastał jednak dzień, w którym trzeba było wziąć się w końcu w garść i pokazać na czym tak naprawdę mi zależy.
-Saul? - zawołałem dosyć głośno przekraczając próg domu mojego przyjaciela. Skrzywiłem się wchodząc do ogromnego salonu. Takiego syfu w życiu nie widziałem. Wiedziałem od zawsze, że Hudson nie należy do osób, które dbają o porządek, ale żeby aż tak? Na podłodze najwięcej można było znaleźć pustych butelek po whiskey, wódce, puszek po piwach, a całość dopełniała masa petów. Do tego wszędzie gdzie bym nie spojrzał walała się sterta ubrań, łącznie z bielizną... Nie mogąc wytrzymać tego smrodu jak z meliny podbiegłem do okna i otworzyłem je na oścież. Kiedy nawdychałem się wystarczająco świeżego powietrza udałem się na piętro z nadzieją, że tam znajdę Slasha. Oczywiście nie pomyliłem się, był w swojej sypialni i wszystko było by idealnie gdyby nie drastyczny widok, który tam zastałem. 
-Jezu Chryste! - krzyknąłem zszokowany widząc mojego przyjaciela w towarzystwie TRZECH KOBIET. Chyba nie muszę mówić co robili? Dosłownie nie wiedziałem gdzie mam podziać oczy.
-O Misiek! Chcesz się przyłączyć? - Slash wyszczerzył się jak dureń, skrzywiłem się jeszcze bardziej. 
-Panie wybaczą, ale obowiązki ratowania świata wzywają.- puścił oczko do swoich... koleżanek? Dopiero kiedy podniósł się z łóżka zauważyłem, że jest kompletnie nagi. -Boże ubierz się! - jęknąłem z politowaniem nie mogąc znieść tego widoku. Slash zaśmiał się i szybko naciągnął na siebie bokserki.
-Jackson, Boga to Ty w to nie mieszaj.- spojrzałem na niego jak na idotę. Mój wzrok jednak szybko przeniósł się na pół nagie kobiety, które wpatrywały się we mnie jak w obrazek, przełknąłem ślinę. Czułem, że zaraz mnie zjedzą wzrokiem i żeby zapobiec atakowi z ich strony postanowiłem się ewakuować.
-Możemy pogadać na osobności? - spojrzałem wymownie na Slasha, ten tylko przewrócił oczami i zwrócił się do swoich towarzyszek:
-Kwiatuszki nie uciekajcie stąd, wujek Slash załatwi tylko jedną sprawę i zaraz do was wraca! - pociągnąłem go pospiesznie za ramię.
-Kwiatuszki... - zakpiłem cicho pod nosem - Skąd Ty je w ogóle wytrzasnąłeś? Wyglądają jakby wyszły prosto z planu... - kiedy napotkałem dwuznaczny wyraz twarzy przyjaciela urwałem w połowie - Dobra jednak nie chcę wiedzieć.- stwierdziłem po chwili co skomentował jedynie durnym śmiechem. Weszliśmy do kuchni, jedynego pomieszczenia w tym domu, które nie było jeszcze zarośnięte syfem.
-Jak Ty możesz żyć w takim burdelu? 
-Michaś, w jakim burdelu? Toż tutaj zajebiście lśni czystością, sam sprzątałem.
-No właśnie widać.- pokiwałem głową z uznaniem.
-Więc tak, nie mam kawy ani herbaty została Ci do wyboru tylko kranówa albo piwko. Co wolisz?
-Nic.
-To może jakiegoś papieroska?
-Saul...
-No to chociaż skręta. Ewentualnie możemy wciągnąć jakąś...- przerwałem mu.
-Nie przyszedłem tutaj nic wciągać, chciałem pogadać, okej?
-No dobra, ja pierdole, co się rzucasz? Kurwa gościnny chciałem być nie.- machnąłem ręką na niego i utkwiłem wzrok na stercie garów wysypującą się ze zlewu. Slash zmarszczył czoło i usiadł na przeciwko mnie, zaczął się na mnie dziwnie gapić.
-Zwykle jak jesteś taki cipowaty i wyglądasz jak wypluty irys to znaczy, że... Czyżby pani Jackson zmądrzała i kopnęła Cię w końcu w dupę? - odpalił papierosa po czym cały dym wydmuchał mi prosto w twarz. Przymknąłem powieki próbując się nie denerwować.
-Pokłóciliśmy się to fakt...
-Ha! Wiedziałem. - krzyknął uradowany.
-To nie jest zabawne.- stwierdziłem z poważną miną.
-No jak to nie? Zawsze jak coś odpierdolisz to jest ciekawie.- wyszczerzył się, palant.
-Zaczęło się od mojego teledysku, a skończyło nawet na Playboy'u.- westchnąłem.
-Nooo! To ostro. Ten Twój nowy klip wywołał taką gówno burzę? Mhm... No w sumie się nie dziwię, wyglądacie tam jak w ruskim pornolu.- wywaliłem na niego oczy - A czekaj, Ty nie wiesz co to ruski pornol... Kurwa Ty w ogóle wiesz co to jest pornol?
-Przestań pieprzyć, zwykły klip i tyle. Jak inni się rozbierają i świecą gołymi dupami w teledyskach to jest niby dobrze?
-Ale Ty nie jesteś inni, Ty jesteś Jackson Michael. Połowa świata ma Cię za pedała, a druga za aseksualnego chłopczyka, a tu nagle BUM taki teledysk, z jakąś gorącą laseczką. Zachowujesz się tam jakbyś miał ją zaraz przelecieć na tym piachu. Michaś, dla świata to musiał być szok, nie wspominając o Twojej królowej.- zaciągnął się fajką.
-Nie jestem gejem, poza tym MAM ŻONĘ W CIĄŻY. Litości...
-No i co? A John Travolta ostatnio...- przerwałem mu.
-Nie obchodzi mnie orientacja Travolty. Powiedz mi lepiej co mam zrobić.
-Ja pierdole, czasami naprawdę w Ciebie nie wierzę Jackson, jak taka życiowa pizda się zachowujesz.- nie ma to jak wsparcie przyjaciela.
-Powiesz mi w końcu coś czego jeszcze nie wiem? - spytałem znudzony i totalnie zdołowany.
-No kurwa czekaj, po kolei. Co powiedziała Ci Victoria? Zacznijmy może od tego.- po krótce opowiedziałem mu jak przebiegła nasza "rozmowa", nie zapomniałem również wspomnieć o Graysonie i Naomi.
-Bzyknąłeś ją, przyznaj się.- palnął nagle szczerząc się od ucha do ucha.
-Popieprzyło Cię do reszty czy koka Ci mózg wyżarła?
-Kurwa no ciekawy jestem, co?
-Wiadro. Czekam na jakieś porady z Twojej strony.- burknąłem pod nosem.
-Jak wydadzą już numer Playboy'a z Twoją żoną na okładce to daj znać, kupię parę egzemplarzy.- powiedział sobie jak gdyby nigdy nic gapiąc się w ekran telefonu. Spiorunowałem go spojrzeniem po czym wstałem z krzesła.
-Oj kurwa siadaj debilu! Żartowałem.- pociągnął mnie za ramię powodując, że znów usiadłem na poprzednim miejscu.
Przez dwie godziny wysłuchiwałem złotych rad Hudsona, ale prawda była taka, że te jego rady były do dupy. Czyli jak zwykle. Coś w stylu "Kup jej jakieś kwiatki, sratki, może czekoladki. Kobitki to lubią, ja Ci mówię. Ty mnie słuchaj to dobrze na tym wyjdziesz". Jasne... Co chwilę wymyślał coraz to głupsze pomysły, powiedział nawet, że mogę powyć (czyt. zaśpiewać) pod domem mieszkania przyjaciółki Vicki jedną z moich gównianych piosenek o miłości, a potem wdrapać się do niej przez balkon. Tego jeszcze nie było. Już widzę te nagłówki tabloidów "Czyżby Michael Jackson szykował się do nowej roli w filmie Człowiek Pająk?". No po prostu świetny pomysł. I bez takich akcji mają mnie za dziwoląga, no ale Slash zawzięcie uważa, że takim czynem Victoria wybaczy mi wszystko i rzuci mi się w ramiona. Kazałem mu zmienić dilera i ograniczyć oglądanie bajek. Po południu postanowiłem pojechać do siebie, bo już nie mogłem słuchać tych "wspaniałych" pomysłów Saula. Na Victorię nie działają żadne prezenty, nawet te najdroższe, żadne kwiaty i inne pierdoły, cokolwiek wskórać może tylko rozmowa. Tylko, że od środka zżera mnie stres jak zawsze, ale z drugiej strony nie potrafię siedzieć tak bezczynnie.
Kiedy dotarłem już do Neverlandu, w którym panowała idealna wręcz cisza przebrałem się w zwykle dresy i zaszyłem się w sali tanecznej chcąc wyrzucić z siebie wszystkie negatywne emocje. Jak zawsze taniec okazał się na to lekarstwem.

*********


Nie wiem co mnie skłoniło do tego, żebym w końcu wróciła do domu. Spędzając tydzień u Alex naprawdę odpoczęłam, ale tęsknota za Neverlandem i Michaelem wzięła górę. Nie wiedziałam jeszcze jak potoczy się rozmowa między nami i czy będzie gorzej czy lepiej, ale na pewno nie chciałam zostawiać tak tego. W nerwach zawsze mówimy zwykle rzeczy których normalnie byśmy nie powiedzieli i wiem, że tym razem oboje przesadziliśmy. Ale wiadomo, człowiek mądry jest po fakcie.
Kiedy tylko dostałam się do posiadłości rozpoczęłam poszukiwania mojego męża. Dzięki Bogu nie natknąłem się nigdzie na Jess, bo nie miałam teraz ochoty na spowiedź, chciałam tylko go zobaczyć. Na moje szczęście nie musiałam długo szukać, kiedy tylko weszłam na piętro usłyszałam głośną muzykę co oznaczało tylko jedno. Tańczy. Po cichu weszłam do jego sali tanecznej. Pomimo, że było tam mnóstwo luster Michael nie zauważył mnie od razu, zresztą trudno to zrobić z zamkniętymi oczami. Tańczył do piosenki Dangerous, z nowego albumu. Mimo, że widziałam go na scenie wiele razy, to i teraz wpatrywałam się w niego jak zahipnotyzowana. Każdy jego ruch i gest był jak zawsze doskonale wykończony, kipiał czystą perfekcją. Szkoda, że w życiu nie potrafimy być tak idealni i nie popełniać błędów, może wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. 
Nagle zrobił poczwórny obrót i upadł na kolana. Wtedy wyrwałam się z transu, a on spojrzał na mnie zdziwiony. Po chwili jednak uśmiechnął się i szybko wstał.
-Nie widziałem Cię, długo tu już jesteś?
-Chwilkę.- pokiwał głową i wziął w dłonie ręcznik, którym wytarł twarz. Jego klatka piersiowa jeszcze nierównomiernie się unosiła i opadała, a przez odpiętą koszulę mogłam dostrzec krople potu, które spływały po jego lekko umięśnionym torsie i znikały gdzieś za pępkiem. Ten widok wywołał u mnie dreszcze więc szybko wbiłam wzrok w podłogę. Nastała między nami cisza. Wiedziałam co chcę mu powiedzieć, ale zacząć jest zawsze najtrudniej.
-Chciałabym...
-Ja muszę...- zaczęliśmy oboje w tym samym czasie co wywołało u mnie lekkie rozbawienie.
-Michael posłuchaj mnie. Nie chcę się kłócić i myślę, że tamta awantura była niepotrzebna. Jak zwykle daliśmy ponieść się emocjom. Musisz pamiętać jednak, że jesteśmy z dwóch różnych światów i nie potrafię ze spokojem patrzeć na niektóre rzeczy, zwłaszcza rzeczy, które mnie ranią. Nie wiem jakie są Twoje relacje z Naomi, ale...- przerwałam kiedy poczułam nagle dotyk na skórze, to był jego dotyk. Nie wiem nawet kiedy znalazł się obok mnie. Przymknęłam na chwilę oczy, a kiedy ponownie je otworzyłam zobaczyłam przed sobą Michaela, który niemalże stykał się z moim ciałem. 
-Nic nie mów, wiem to wszystko. Chciałbym za to, żebyś Ty wiedziała, że mnie i Naomi nic nie łączy, ani z żadną inną kobietą. Umówiliśmy się tylko na lampkę wina wtedy i nic oprócz tego, przysięgam. Nie spotkałem się z nią ze względu na Ciebie. Wiem też, że zachowałem się głupio kiedy zacząłem Ci insynuować jakieś schadzki z Graysonem, nie potrafię po prostu znieść widoku jakiegoś innego faceta obok Ciebie. Przepraszam za tamto, przepraszam też za to, że zostawiłem Cię na miesiąc samą żeby nakręcić jakiś tam teledysk psując tym nasz miesiąc miodowy. Za trzy tygodnie wydaję Dangerous, ale od razu przełożyłem trasę przynajmniej na trzy lata i obiecuję, że nigdy nie zostawię Cię kiedy najbardziej będziesz mnie potrzebować.- byłam tak zszokowana jego słowami, że przez pierwszą minutę przetwarzałam jeszcze raz to co mi wyznał. Najbardziej zdziwiło mnie przełożenie trasy.
-Ale... Ty jesteś tego pewien?
-Jak najbardziej.
-Głupio mi, że oskarżyłam Cię o zdradę...
-Vicki daj spokój, ja nie byłem wcale lepszy. Zapomnijmy o tym, dobrze? Od teraz tak będziemy rozwiązywać każdy problem, rozmową, a nie kłótnią. Cieszę się, że wróciłaś do domu, bo strasznie tęskniłam.- przytulił mnie, zarzuciłam mu ręce na kark.
-Ja też.- wyszeptałam. Z głośników rozbrzmiała kolejna piosenka, dokładniej George Michael i Careless Whispers.
-Pani pozwoli? - Michael wyciągnął w moją stronę dłoń kłaniając się lekko, zaśmiałam się cicho i zgodziłam się na taniec do tej cudownej lecz smutnej piosenki, której fragmenty mój mąż śpiewał mi prosto do ucha.
-Cudownie śpiewasz tą piosenkę, powinniście zrobić duet.- w odpowiedzi usłyszałam jego śmiech.
-I skończyłoby się tak jak z Princem i Bad.- zaśmiałam się - Poza tym George Michael nie jest w moim guście.- spojrzałam na niego wymownie.
-Muzycznym guście, rzecz jasna.- dodał szybko. Uśmiechnęłam się i z powrotem przytuliłam się do Michaela. Ten taniec był bardzo intymny i był jedną z tych najlepszych chwil, którą chciałam zapamiętać do końca życia.

*******

Obudziłam się z samego rana, kiedy Michael szykował się do studia.
-Vicki dopiero siódma, śpij jeszcze.- powiedział całując mnie w czoło. Usiadłam na łóżku z naburmuszoną miną.
-Trudno jest normalnie spać, kiedy całymi dniami nic się nie robi.- podkreśliłam ostatnie słowa na co Jackson tylko westchnął i usiadł obok mnie.
-Skarbie wiesz, że to dla Twojego dobra.- złapał mnie za dłoń, spojrzałam na niego z politowaniem.
-Dla mojego dobra zamykasz mnie w domu na klucz?- zrezygnowana położyłam się z powrotem.
-Dokończymy ten temat kiedy wrócę, dobrze?
-A nie możesz dzisiaj zostać? - przytrzymałam jego rękę kiedy wstawał, uśmiechnął się i przysunął się do mnie bliżej.
-Bardzo bym chciał, ale za kilka dni wychodzi Dangerous, mamy jeszcze trochę roboty. Wszystko musi być gotowe na czas i ja muszę tego dopilnować.
-Nie może Quincy Ci pomóc?
-Quincy już ze mną nie współpracuje.
-Co? Jak to?- zmarszczyłam czoło.
-Po prostu, za bardzo chciał zrobić wszystko po swojemu. Coraz częściej się kłóciliśmy i nie dogadywaliśmy więc...zwolniłem go.- wzruszył ramionami.
-Nic mi nie mówiłeś.
-Bo nie było o czym. Muszę już jechać.- powiedział spoglądając na zegarek spoczywający na jego lewym nadgarstku.
-Kocham Cię.- pocałowałam go gorąco w usta.
-Ja Ciebie też i pamiętaj, że masz się nie przemęczać.
-Będąc przykuta do łóżka mogę jedynie przewrócić się na drugi bok więc...- zamknął mi usta kolejnym pocałunkiem, który ja specjalnie przedłużałam.
-Victoria...nie rób tego...muszę...iść.- wymruczał w moje usta, uśmiechnęłam się i puściłam go w końcu.
-Do zobaczenia potem.- musnął palcami mój policzek i opuścił sypialnię.
Udało mi się ponownie zasnąć, ale nie na długo. O dziewiątej zawitała do mnie Jessica z tacą jedzenia, skrzywiłam się widząc te wszystkie ohydztwa. O nie przepraszam. To się nazywa SPECJALISTYCZNA DIETA. Tylko po co mi jakaś tam dieta skoro nie mam potrzeby się odchudzać? Tylko po co mi jakaś tam dieta skoro nie mam potrzeby się odchudzać? Oczywiście kolejny wymysł mojego wspaniałego męża, zadbał o wszystko. Mam nawet "grafik" w jakich godzinach mam jeść. Ciekawe co jeszcze durnego wymyśli.
-Wiesz co Jess? Ta marchewka smakowała by lepiej z masłem orzechowym. Mogłabyś mi przynieść? - uśmiechnęłam się do kobiety.
-Dobrze wiesz, że nie możesz tego jeść.
-Och przestań! Michael się nie dowie.
-Nawet o tym nie myśl, nie będę go okłamywać. Zeżre mnie jak dowie się prawdy, nie, nie i jeszcze raz nie. Nie marudź tylko bierz się za jedzenie, bo zacznę Cię karmić.- powiedziała z poważnie śmiertelną miną. Wkurzona do granic możliwości podniosłam się dosyć szybko z materaca i zarzuciwszy na siebie puchowy szlafrok wzięłam w dłonie tą cholerną tacę.
-Co Ty wyrabiasz?! - zawołała za mną Jess kiedy wyszłam na balkon. Próbowała mnie powstrzymać, ale było za późno. Bez żadnych skrupułów i z uśmiechem na ustach wywaliłam to ohydztwo. Nigdy nie wyrzucałam w ten sposób jedzenia, ale teraz miałam konkretny powód.
-Jackson mnie zabije.- załamała się.
-Spokojnie, wezmę wszystko na siebie. Mnie nie zabije, no przynajmniej póki jestem w ciąży.- założyłam na stopy kapcie i wyszłam na korytarz.
-A Ty gdzie znowu?- Jess szybko znalazła się obok mnie.
-Do kuchni, na normalne śniadanie.- posłałam jej uśmiech, jednak go nie odwzajemniła. Kiedy w końcu pokonałam te kilometrowe schody i znalazłam się w królestwie Jess, zaczęłam plądrować lodówkę, dosłownie.
-Mmm pieczeń z indyka i ciasto czekoladowe... Kocham Cię Jess.- zaczęłam pałaszować zawartość mojego talerza, kiedy kucharka przyglądała się temu z odrazą.
-Jak możesz jeść to wszystko razem z dodatkiem musztardy, majonezu i dżemu wiśniowego?- miała minę jakby chciała zwymiotować co nie powiem strasznie mnie bawiło. 
-Nohmaanie.- wzruszyłam ramionami i wróciłam do jedzenia.
Mój plan na ten dzień był bardzo konkretny. Miałam zamiar uwolnić się w końcu z tego więzienia, bez wiedzy Michaela i jego ochroniarzy. Po przepysznym śniadaniu wróciłam do sypialni i zrobiłam sobie make up. Następnie przez godzinę buszowałam w garderobie w poszukiwaniu najlepszych ciuchów jakie tylko mam. Kiedy byłam już gotowa z uśmiechem na ustach opuściłam posiadłość. Nie zauważona przez nikogo szybko dostałam się do mojego kochanego autka i ruszyłam w stronę centrum. Miałam dosyć siedzenia zamknięta w czterech ścianach, musiałam się po prostu wyrwać, bo inaczej bym zwariowała. Najpierw postanowiłam odwiedzić moją firmę, a potem udać się na porządne zakupy. Cieszyłam się niczym mój mąż, kiedy w przebraniu wychodził na ulicę i mógł być zwykłym Michaelem, a nie sławnym piosenkarzem. W tym momencie nic nie było w stanie popsuć mi humoru, a o konsekwencjach mojej "ucieczki" postanowiłam pomartwić się potem.

******


W wyśmienitym humorze wróciłem do domu, jednak szybko prysł on niczym bańka mydlana.
-Cześć Jess.- zastałem gosposię w kuchni, gdzie jak zwykle coś gotowała, ona jednak nie przywitała mnie zbyt serdecznie
-Gdzie jest Vicki? Chciałem zrobić mały wypad nad morze. Może masz ochotę jechać z nami? - nalałem do szklanki mojego ulubionego soku pomarańczowego.
-Victorii nie ma w domu.- odłożyłem szklankę i spojrzałem na kobietę całkiem zdezorientowany.
-Co? To niby gdzie jest?
-Wyszła rano i do tej pory nie wróciła, nie wiem gdzie pojechała.
-I dowiaduje się o tym dopiero teraz?!- podniosłem ton głosu.
-Jackson... Coś Ci powiem. Nie szalej na wstępie. Twoja żona leży całymi dniami sama w sypialni, nigdzie nie może się ruszyć, a Ty dodatkowo jej wszystkiego zabraniasz, nawet mówisz jej co ma jeść, to chore. Miała już dość więc postanowiła się rozerwać.- zaśmiałem się.
-Rozerwać tak? Czy wy wszyscy nie potraficie zrozumieć, że się o nią troszczę i dbam o jej bezpieczeństwo? Jest sławna czy tego chce czy nie, w dodatku w zaawansowanej ciąży i chodzi sobie od tak po ulicach LA? Nie no, ja zaraz chyba zwariuję.- zakryłem twarz dłońmi. 
-Michael nie denerwuj się i spróbuj ją zrozumieć, bo Ty naprawdę przesadzasz z opiekuńczością. Można się było domyślić, że tak to się skończy. Kto normalny by to wytrzymał? A teraz idź, zajmij się czymś i niczym się nie przejmuj. Victoria to mądra dziewczyna, nie narażałaby siebie i dzieci na niebezpieczeństwo. Pewnie pojechała spotkać się z przyjaciółkami i zaraz wróci.- to mnie wcale nie uspokoiło, ale postanowiłem tym razem posłuchać Jess. Byłem w stanie wytrzymać tylko godzinę.
Wkurzony do granic możliwości chwyciłem za komórkę i zadzwoniłem do George'a.
-Za pięć minut widzę was wszystkich w domu, mamy do pogadania.
-Ale co się...- nie zdążył dokończyć, bo rozłączyłem się. Nie musiałem długo czekać, a w salonie zaraz pojawił się cały sztab moich ochroniarzy.
-Za co ja wam do cholery płacę? Bo na pewno nie za opierdalanie się całymi dniami.- wywalili na mnie oczy, kiedy ich zobaczyłem totalnie puściły mi nerwy.
-Szefie, ale nie wiemy o co chodzi...- odezwał się Robert.
-Jesteś prywatnym ochroniarzem mojej żony, a nie wiesz o co chodzi? To ja Ci powiem. Victoria wyjechała stąd parę godzin temu, niezauważona przez niego. Jak to się stało?- cisza.
-No co? Nikt nic nie wie? Jest wam dziesięciu, cała posiadłość łącznie z bramą jest monitorowana, ciągle się tutaj kręcicie, a nikt jej nie zauważył? Robert, jeśli mi się zdaje miałeś dać mi znać, kiedy tylko Victoria opuści dom, a jeśli gdzieś pojedzie masz jechać za nią, co ja w ogóle mówię! Ona nie może prowadzić w szóstym miesiącu ciąży. Czegoś w tym nie rozumiesz?
-Rozumiem, tylko nikt nie poinformował mnie, że Victoria opuściła Neverland.
-A co Ty w tym czasie robiłeś?
-Byłem na mieście...
-Aha, nie no świetnie. A ktoś w ogóle interesował się co dzieje się tutaj, czy reszta też miała wywalone?- znowu cisza - Kto stał na bramie?
-Ja i Jack.- spojrzałem na dwóch młodych, którzy patrzyli się na mnie z przerażeniem w oczach jakbym chciał ich co najmniej zabić. Chociaż w tym momencie miałem taką ochotę, nie zaprzeczę.
-Wszystkim jadę teraz po pensji przez dwa najbliższe miesiące, może to nauczy was co należy do waszych obowiązków, a jeśli nie to zwolnię wszystkich i zrobię to bez najmniejszych skrupułów. Na wasze miejsca mam wielu chętnych, nie jesteście niezastąpieni. A teraz wynocha, zejdźcie mi z oczu.- posłusznie wstali i wyszli z salonu. Oprócz George'a.
-Trochę przegiąłeś Michael. Gdybyś nie trzymał w zamknięciu Victorii jak zwierzęcia w klatce to nie musiałaby się stąd wymykać po kryjomu. Zastanów się czasami co Ty robisz.- odwrócił się napięcie i wyszedł zostawiając mnie osłupiałego. Westchnąłem przeciągle i ruszyłem w stronę barku.
-Ja zwariuję w końcu, przysięgam.- napełniłem cały kieliszek czerwonym winem i usiadłem na fotelu przed kominkiem. Zostało mi jedynie czekać na Victorię i modlić się żeby wróciła cała i zdrowa.

*******

Rozdział miał być dłuższy, ale jakbym dała jeszcze jedną scenę to naprawdę wyszedłby zapychacz, a tego nie chciałam i myślę, że taka długość jest w sam raz :) Ogólnie jestem całkiem zadowolona z notki, udało mi się ją napisać w trzy dni, zaczęłam w niedzielę, ale nie niestety pół dnia nie wystarczyło mi żeby ją dokończyć, chociaż i tak myślę, że dosyć szybko się wyrobiłam z napisaniem tego. Jeśli chodzi o te dramy głównych bohaterów XDD to nie będzie tak już ciągle, to tylko przejściowe XD Po prostu trzymam się mojego planu. 
Co do mojej długiej nieobecności to osoby, które czytają na Watt moje drugie opowiadanie wiedzą co było powodem tego "zniknięcia", jak się domyślacie przede wszystkim szkoła, kursy, w dodatku zdecydowałam się na prawo jazdy (chyba mój największy błąd w życiu), ogólna niechęć i brak weny, bo im dłużej nie piszę tym gorzej mi się do tego potem zabrać. Nie jestem chyba w stanie dodawać regularnie rozdziałów i proszę was jedynie o wyrozumiałość, nic więcej. Nawet nie wiecie jakie zżerają mnie wyrzuty sumienia kiedy tak późno pojawiam się rozdziałem :/ staram się jednak pisać w wolnym czasie, nawet jeśli ma być to kilka zdań na dzień. 
Ogólnie teraz w kolejności powinnam napisać rozdział do BL, ale mam taką ochotę kontynuować to co napisałam tutaj, wena dopisuję więc tak chyba zrobię. Za jakiś czas (mam nadzieję, że nie będą to trzy miesiące) pojawi się kolejny rozdział do Every Love :)
I standardowe pytanie. Co sądzicie o rozdziale? Proszę się rozpisywać! Ja chętnie poczytam :)
PS: Wybaczcie mi za tą czcionkę, ale znowu się coś zjebało i nie umiem tego naprawić -.-
Dobranoc kochani <3 

12 września 2017

Rozdział 43. Żadna Naomi Campbell nie jest w stanie Ci dorównać.

Witam! :D 
Przepraszam, że tak późno :( ale jak już miałam wenę to pisanie mi jakoś nie szło i w ogóle nie mogłam się skupić. No, ale ważne, że już jestem ;) 
Serdecznie zapraszam do czytania i komentowania! <3 

*******

Ochroniarze znosili na dół walizki, a ja próbowałam siedzieć niewzruszona w salonie i udawać zainteresowaną obrazkiem na ekranie telewizora. Był wczesny ranek, specjalnie wstałam szybciej, żeby przed wyjazdem Michaela olewać wszystko co do mnie mówi i ogólnie ignorować całą jego osobę. Jak na razie dobrze mi to wychodziło, za to on chodził wkurzony z kąta w kąt i na wszystkich warczał.
-Victoria porozmawiaj ze mną do cholery.- warknął, przerzuciłam oczami.
-Ale o czym? Nie pomogę Ci w poszukiwaniu Twoich ulubionych koszul. Nie mam czasu.- odpowiedziałam obojętnie kładąc nogi na stole. W tym momencie podszedł do telewizora i wyłączył go po czym rzucił pilot na stoliczek. Aż podskoczyłam. O nie, tak nie będziemy się bawić. Stanął przede mną z poważną miną czekając zapewne na moją reakcje. Westchnęłam tylko i podniosłam się z kanapy. Odruchowo położyłam dłonie na moim już dość sporym brzuchu i spojrzałam na niego podnosząc brew do góry.
-Słucham.- jego twarz momentalnie złagodniała. Podszedł do mnie powoli.
-Zaraz wyjeżdżam i chciałbym się z Tobą pożegnać. Możemy przestać się kłócić? Nie powinnaś się stresować w tym stanie...- mruknął kładąc dłonie na mojej talii. 
-Nie będę się tyle stresować jak w końcu pojedziesz.- odparłam ze spokojem. Spuścił wzrok.
-Nie mów tak… Ile razy mam Cię przepraszać? Muszę jechać…
-Nie no jasne, Michael. Przecież ja wszystko rozumiem.- wzruszyłam ramionami- Tylko ciekawe… a zresztą nieważne.- machnęłam ręką- Widzę, że Ci się spieszy więc nie wiem co Ty tu jeszcze robisz.- odwróciłam się napięcie z zamiarem opuszczenia pokoju. Nie pozwolił mi jednak na to. Przytulił mnie nagle. Zamknął wręcz w żelaznym uścisku. Przymknęłam oczy kiedy poczułam zapach jego otumaniających perfum. Powinny być zakazane, czuję się po nich jak na narkotykach.
-Kocham Cię… Was.- dodał po chwili, westchnęłam tylko. Trwaliśmy w tym uścisku bardzo długo, dopóki do środka nie wpadł Tom z informacją, że muszą już jechać. Jednak nie zwróciliśmy na niego uwagi, a raczej ja, bo w ogóle nie chciałam się odrywać od Michaela.
-Vicki skarbie...- mruknął kiedy nie reagowałam na nic. Moje oczy oczywiście były już w łzach i nie chciałam żeby Michael to widział. Nie mogłam robić żadnych scen, bo wtedy by nie pojechał. A musiał. Westchnęłam i niechętnie odsunęłam się od niego spuszczając głowę. Michael uklęknął przede mną i podwinął moją bluzkę do góry po czym przytknął policzek do mojego brzucha. Zacisnęłam wargi i wplotłam palce w jego loki. Coraz trudniej przychodziła mi rozłąka z nim. Wytrzymałabym kilka dni, dwa tygodnie, ale miesiąc? To stanowczo za dużo. A zapewne czekają nas w przyszłości dłuższe rozstania. Męczyło mnie to, ale nie mogłam stawać pomiędzy nim, a jego pierwszą miłością - muzyką. Mimowolnie po moim policzku już spłynęła łza tęsknoty, ale zdążyłam już wytrzeć nim Michael to zobaczył. Stanął przede mną i spojrzał mi w oczy z bólem.
-Będę strasznie za Tobą tęsknić. Pamiętaj, że masz o siebie dbać i się nie przemęczać. Gdyby coś się działo dzwoń nawet w nocy, dobrze?- pokiwałam głową. Złapał mój podbródek i przysunął się bliżej, a ja wpiłam się w jego wargi. Znowu było nam trudno się od siebie oderwać.
-Dzieciaki, zachowujecie się jakbyście się mieli już więcej nie zobaczyć. To tylko miesiąc.- rzucił Tom na luzie. Oderwałam się od Michaela. Miałam ochotę po prostu zdzielić jego menadżera za to jaki ma stosunek do naszego małżeństwa. Nie cierpiałam go od samego początku, mimo że mój mąż miał go za wiernego przyjaciela. Szczerze? To już Saul jest lepszym przyjacielem, a Jackson jest po prostu naiwny jak dziecko.

*Miesiąc później*

-Bardzo się cieszę, że przyjechałaś. Normalnie umieram tutaj z nudów.- powiedziałam stawiając przed moją szwagierką ciasto i dzbanek soku pomarańczowego. Posłała mi promienny uśmiech.
-Chciałam się z Wami koniecznie pożegnać zanim wyruszę w trasę. No, ale widzę, że na mojego braciszka to nigdy nie można liczyć.- powiedziała z przekąsem po czym z uśmiechem na ustach rzuciła się na ciasto.
-Na ile wyjeżdżasz?- pominęłam temat Michaela.
-Na rok.- uśmiechnęła się smutno- Ale powiedz mi w ogóle jak się czujesz? Nie powinnaś leżeć w łóżku? Może czegoś potrzebujesz?- wstała nagle gotowa spełnić każdą moją zachciankę.
-Janet spokojnie usiądź.- zaśmiałam się, brunetka po chwili usiadła- Doktor Rose zaleciła mi odpoczynek i najlepiej nie opuszczanie łóżka, ale od tego leżenia już mnie dupa boli.- ta jedynie się zaśmiała. A dlaczego wszyscy tak się nade mną trzęsą? Na ostatniej wizycie kontrolnej zdiagnozowano u mnie zatrucie ciążowe. Na początku byłam delikatnie mówiąc przerażona, bo brzmiało to dość groźnie, ale po rozmowie z moją panią doktor uspokoiłam się. Miałam tylko stosować się do jej zalecać, chodzić na kontrolne wizyty i to wszystko. Jednak kiedy Michael o wszystkim się dowiedział… zaczął panikować jak nienormalny i gotów był rzucić wszystko żeby przyjechać tutaj i osobiście zamknąć mnie w najlepszej klinice w LA. Nasza rozmowa wyglądała tak: 
-Wracam dzisiaj do Neverland.- zaznaczył stanowczo.
-Co?! Nigdzie nie wracasz, masz zostać i nakręcić ten zasrany teledysk, rozumiesz?
-Ale nie daruje sobie jak coś się Wam stanie!
-Ale co ma się niby stać?!- ja też zaczęłam już krzyczeć.
-Zatrucie ciążowe grozi niedotlenieniem lub śmiercią płodu, poronieniem, porodem przedwczesnym lub urodzeniem dziecka z zaburzeniami rozwojowymi, m.in. z upośledzeniem umysłowym.- wyrecytował mi na jednym wydechu.
-Jak upośledzony to na razie Ty się zachowujesz.- i się rozłączyłam.
On był po prostu przewrażliwiony i naczytał się jakiś pierdół w internecie. Doktor Rose wszystko dokładnie mi wytłumaczyła i jeżeli leczenie zacznie się wcześnie i przebiegnie pomyślnie to nic nie grozi mi, ani dzieciom. Jeżeli mówi to lekarz to dlaczego więc mam się martwić? No, ale Michael to co innego…
Na czym polega to leczenie? Na początku musiałam zostać kilka dni w szpitalu, zrobiono mi odpowiednie badania, podano jakieś leki i dostałam wyspecjalizowaną dietę - czyli same ohydztwa zwane „zdrową żywnością”. Tak naprawdę czułam się jak jakiś królik, tyle, że króliki chętnie jedzą zielsko i marchewki. A ja nie mogłam sobie pozwolić nawet na mojego kochanego snickersa. Chowałam się po kątach ze słodyczami przed Jess, poważnie. Oprócz tego, że ciągle wymiotuję, jestem cała opuchnięta, ciągle zmęczona, i ogólnie czuję się do dupy, Michael zakazał mi pracować. Tak, ZAKAZAŁ. No, bo przecież Król od siedmiu boleści rozkazuje nawet własnej żonie. Nie mogę nawet ruszyć się nigdzie z tego cholernego domu, Robert ciągle mnie pilnuje. Jestem dosłownie przykuta do łóżka.
-Ale wiesz, że jak Michael się dowie...- zaczęła i pokręciła głową.
-A wiesz gdzie ja go mam?- uśmiechnęłam się- Nie będzie mi rozkazywać ktoś kto lata sobie za pół nagą panienką i świeci dupą w tv, a swoją żonę ma w tym samym czasie gdzieś.
-Widziałaś teledysk?- spytała ostrożnie.
-A jakże.- zaśmiałam się- Telewizji JESZCZE nie zakazał mi oglądać.- prychnęłam zakładając nogę na nogę. Janet położyła dłoń na moim ramieniu.
-Vicki… wiesz, że to tylko durny teledysk. On nic nie znaczy.
-Łatwo Ci mówić, bo to nie twój facet ociera się o jakąś lafiryndę na oczach innych ludzi.- westchnęła tylko. Klip, który wydał teraz Michael czyli In The Closet był bardzo popularny, w stacjach muzycznych i radiu ciągle to puszczali, a mnie za każdym razem trafiał szlag kiedy to oglądałam. Ja muszę siedzieć w zamknięciu, kompletnie odcięta od świata, a mój kochany mąż obmacuje się z jakąś tanią modeleczką z uśmiechem na ustach. 
-Żadna Naomi Campbell nie jest w stanie Ci dorównać. Michael kocha tylko Ciebie.- Janet jak zwykle próbowała podnieść mnie na duchu, ale w tej chwili chyba nic nie było w stanie tego zrobić. Uśmiechnęłam się tylko smutno. Wieczorem moja szwagierka wróciła do siebie, a ja znowu zostałam sama. Teoretycznie Michael miał wrócić tego dnia, ale że on rzadko dotrzymywał obietnic to wcale się na to nie nastawiałam. Kiedy chciałam iść na górę i położyć się do łóżka do domu wszedł Robert.
-Victoria ktoś do Ciebie.- zeszłam ze schodów- Grayson Kent, ponoć razem pracujecie. To prawda?
-Tak...- bardzo się zdziwiłam.
-Czyli mogę go wpuścić?
-No tak.- skinął tylko głową i wyszedł. Po chwili wrócił z moim kolegą z pracy. Brunet uśmiechnął się na mój widok. Podeszłam do niego, a on nagle mnie przytulił. Przez chwilę stałam nieruchomo. Co jak co, ale tego się nie spodziewałam. No, bo przez kilka miesięcy mnie olewa odkąd ponownie zeszłam się z Michaelem, a teraz nagle…? Żeby jednak nie wyjść na jakąś nienormalną delikatnie odwzajemniłam jego gest.  
-Co Ty tutaj robisz?- spytałam z uśmiechem, kiedy tylko się od niego oderwałam.
-Wiesz, tak nagle przestałaś chodzić do pracy… Wszystko u Ciebie w porządku?- wzrokiem zjechał na mój brzuch, na którym cały czas trzymałam dłonie.
-Oczywiście, że wszystko w porządku.- po co robić sensację? Nic mi przecież nie jest.
-Nie będziemy tak stać w korytarzu… zapraszam do salonu.- uśmiechnął się.
-No dobrze, ale ja tylko na chwilę.- udaliśmy się do pokoju.
-Napijesz się czegoś?
-Nie, dziękuję.- stał w miejscu i starał się dyskretnie wszędzie rozglądać, ale średnio mu to wychodziło. Zaśmiałam się cicho. -Piękny dom.- pochwalił i usiadł na kanapie, zrobiłam to samo.
-Dziękuję.- uśmiechnęłam się.
-Słynny Neverland...- widać było, że posiadłość zrobiła na nim ogromne wrażenie. Zresztą jak na każdym.- A właśnie… jesteś sama?- jego wyraz twarzy diametralnie się zmienił. Doskonale wiem o kogo mu chodziło.
-Tak.- jakby odetchnął z ulgą na te słowa. Może Michael wygląda na groźnego, ale w rzeczywistości jest potulny jak baranek. Grayson jednak dziwnie reaguje na mojego męża, w zależności od sytuacji.
-Co słychać w firmie?- uśmiechnęłam się w jego stronę. Minął zaledwie miesiąc od mojej „przerwy”, a ja już tęsknię za pracą.
-A dobrze, chociaż bez Ciebie jest nudno i sztywno.- zaśmiał się, a ja wraz z nim.
-Dacie sobie radę beze mnie.
-No cóż, nie mamy innego wyjścia. A co u Ciebie? Kiedy masz termin porodu?- zrobiło mi się bardzo miło, że pofatygował się aż tutaj aby zapytać się co u mnie słychać, tym samym narażając się Michaelowi.
-Czternastego lutego.
-Ooo w Walentynki.- zaśmiał się, pokiwałam głową nie przestając się uśmiechać- Pięknie wyglądasz, ciąża Ci służy.
-Dzięki, że chcesz mnie pocieszyć.- westchnęłam.
-Nie, mówię prawdę. To co widzę.- uśmiechnęłam się tylko. W tym momencie usłyszałam, że ktoś wszedł do posiadłości, a następnie dość głośne rozmowy ochroniarzy i… mojego męża. Automatycznie cała się spięłam i spojrzałam na Graysona, który udawał jednak niewzruszonego. W progu salonu po chwili pojawił się Michael z ogromnym uśmiechem na twarzy, jednak kiedy jego wzrok spoczął na moim koledze mina od razu mu zrzedła i od razu zacisnął szczękę. Reakcja Graysona była wręcz natychmiastowa.
-Na mnie już czas. Miło się rozmawiało, mam nadzieję, że będziesz odwiedzać od czasu do czasu firmę. No i mnie przy okazji.- dodał po chwili, uśmiechnęłam się.
-Odprowadzę Cię.- skutecznie ignorowałam Michaela, który wręcz był cały czerwony ze złości. Kiedy go mijałam złapał mnie nagle za nadgarstek, który jednak udało mi się jakoś wyrwać tak, żeby Grayson niczego nie widział. Nie chciałam robić przy nim żadnych scen. A wiedziałam, że mało brakuje do awantury. Brunet przytulił mnie na pożegnanie, po czym wyszedł. Zostałam tylko ja i Michael. Odwróciłam się w jego stronę. Myślałam, że zabije mnie wzrokiem. Wolnym krokiem ruszyłam w stronę schodów ignorując go oczywiście co nie mogło ujść mi na sucho. Stanął mi na drodze. 
-Urządzasz sobie schadzki pod moją nieobecność w MOIM DOMU?- spojrzałam na niego z politowaniem. No tak, kiedy się kłócimy to wtedy wszystko należy do niego.
-Przypominam Ci, że to też mój dom i mogę się tutaj spotykać z kim chcę. A Ty co, obmacujesz obcą babę, a potem śmiesz prawić mi morały? Idealny mężu?- wysyczałam, zacisnął szczękę.
-Nie życzę sobie, żebyś spotykała się z tym dupkiem rozumiesz?- warknął łapiąc mnie mocno za łokieć kiedy chciałam odejść. Skrzywiłam się lekko, w tym momencie mnie puścił robiąc przerażoną minę.
-Vicki…- zaczął spokojnym głosem.
-Pieprz się Jackson. Idź sobie do Naomi!- i ruszyłam na górę zostawiając go za sobą. Zamknęłam się w sypialni i spędziłam w niej cały wieczór. Nie sądziłam, że tak będzie wyglądać nasze spotkanie po miesiącu. On robi mi jakieś chore sceny zazdrości, z powodu zwykłej rozmowy z kolegą kiedy sam maca się z pół nagą dziewczyną w teledysku? To jest chore. Zrezygnowana rzuciłam książką na stoliczek nocny. Moje czytanie w takim stanie było kompletnie bez sensu, gdyż w głowie ciągle miałam Michaela. Myślałam, że jak posiedzi chwilę sam to mu przejdzie i do mnie przyjdzie… Ale jak widać jest za dumny na głupie przeprosiny. Nie chce się przyznać, że ma jakąś chorą obsesję kiedy widzi mnie z jakimś mężczyzną. Wstałam powoli z łóżka i ślimaczym krokiem ruszyłam na korytarz. Udałam się najpierw do sali tanecznej, ale tam było pusto, potem odwiedziłam bibliotekę, ale tam też go nie było więc obrałam kierunek jego gabinetu. Nieźle musiałam się nałazić, wkurzały mnie już te schody, milion pokoi i tak zakręcone korytarze, że można stracić orientację. Bez pukania pchnęłam dębowe drzwi i co ujrzałam? Michaela siedzącego na biurku, który sobie świergotał do telefonu cały uchachany niczym Saul na koksie. Dopiero kiedy trzasnęłam za sobą drzwiami odwrócił się w moją stronę, już się tak nie uśmiechał. Zakończył szybko rozmowę i spojrzał na mnie. Założyłam ręce na biodra mrużąc oczy.
-Z kim rozmawiałeś?- zszedł z biurka i usiadł na fotelu biorąc w dłonie jakieś papiery. Tak, teraz będzie udawać wielce zapracowanego.
-Ze Slashem.- odpowiedział po dłuższej chwili. Dlaczego wiem, że kłamał? A to bardzo proste. Po pierwsze długo się zastanawiał i nie patrzył mi w oczy, a po drugie wątpię aby takie słowa: „Niedługo się zobaczymy, przecież obiecałem Ci wino” były skierowane do Hudsona.
-Michael chcę z Tobą porozmawiać. Możesz to odłożyć?- spytałam w końcu wkurzona tym, że mnie ignoruje kiedy ja próbuję pierwsza wyciągnąć rękę. Nic nie odpowiedział, podeszłam do niego po czym wyrwałam mu kartki i rzuciłam za siebie. Byłam zła i chciało mi się płakać. Spojrzał na mnie zdezorientowany, a ja wepchnęłam się na jego kolana i przytuliłam się do jego torsu.
-Victoria mam dużo pracy.- nawet nie odwzajemnił mojego uścisku tylko poklepał mnie lekko po plecach jakby chciał tym powiedzieć „dobra złaź już ze mnie i mi nie przeszkadzaj”. Wstałam od razu na równe nogi. On zrobił to samo i podszedł do komody za sobą, w której zaczął coś grzebać. Ja w tej chwili chwyciłam jego telefon i weszłam w ostatnie połączenia. Tak jak myślałam… prychnęłam pod nosem. Jego Slash okazał się być kobietą, a dokładnie Naomi.
-Co robisz?- warknął i wyrwał mi nagle telefon.
-Saul tak?- spytałam z pretensją w głosie, nic nie powiedział- Pieprzysz ją, przyznaj się.- no po prostu nerwy mi puściły, a ten idiota patrzył na mnie w osłupieniu.
-Co to w ogóle za bzdury?!- oburzył się nagle- Może to ja powinienem się zapytać co wyrabiasz z innymi facetami pod moją nieobecność. Jest tylko Grayson czy Roberta też wciągnęłaś do zabawy?- powiedział to tak lekko i spokojnie jakby pytał o pogodę.
-Zachowujesz się jak skurwiel w tym momencie.- na te słowa na mnie spojrzał, ale tak poważnie, bez żadnej kpiny czy zazdrości.
-Nie będziesz się z nim więcej spotykać.- powiedział stanowczo, ignorując moje wcześniejsze słowa. -Tak? A ja zabraniam Ci rozmawiania z innymi kobietami i obmacywania ich w teledyskach!
-To jest zupełnie co innego.- podniósł ton głosu. Zaśmiałam się.
-Jasneeee, skoro dla Ciebie to takie normalne i nic nie znaczy to ja właśnie ci oznajmiam, że dostałam propozycję okładki w Playboy’u.- wywalił na mnie oczy, znów się zaśmiałam- Tak, dobrze słyszysz i mam zamiar przyjąć to propozycję!- założyłam ręce na biodra. Podszedł do mnie natychmiast. Czy to prawda? Tak, dostałam od nich taką propozycję i nie tylko od nich. To było już jakiś rok temu. Oczywiście nie miałam zamiaru zrobić żadnych rozbieranych zdjęć, chcę tylko dać nauczkę Michaelowi, żeby wiedział jak ja się czuję kiedy muszę oglądać go z pół nagimi kobietami.
-Po moim trupie.- powiedział przez zaciśnięte zęby, uśmiechnęłam się.
-To ja Ci właśnie mówię, że jutro do nich zadzwonię!
-Jesteś do cholery moją żoną i nie pozwalam Ci na takie zdjęcia!- prychnęłam.
-No właśnie. Żoną, a nie jakimś pieprzonym robotem, który będzie wykonywać Twoje polecenia i się Ciebie słuchać. Chyba sława za bardzo uderzyła Ci do główki, nie będziesz mi rozkazywać.- warknęłam. Ta wymiana zdań męczyła mnie coraz bardziej więc postanowiłam to jak najszybciej zakończyć wiedząc, że i tak nic dobrego nie wskóram. Moja wypowiedź wyraźnie go zatkała, bo zwyczajnie nie wiedział co ma mi powiedzieć.
-A teraz żegnam.- odwróciłam się z zamiarem opuszczenia jego gabinetu.
-Victoria wracaj tu!- pomachałam mu i zniknęłam za drzwiami. Na dole zarzuciłam na siebie płaszcz i chwyciłam torebkę, po czym jak najszybciej opuściłam posiadłość kierując się samochodem w stronę domu mojej przyjaciółki. W pewnym momencie ujrzałam w lusterku, znajome auto, które cały czas za mną podążało. Pewnie Robert, albo od razu cały sztab goryli z Jacksonem na czele. Dodałam gazu i wjechałam nagle w uliczkę aby zgubić za sobą czarne BMW. Samochód zatrzymał się gwałtownie, bo prawie uderzyłby w inne auto tym samym spowodował, że zrobiło się spore zamieszanie na głównej drodze, a ja mogłam jechać dalej w spokoju. Usłyszałam nagle dzwonek mojej komórki, co oczywiście zignorowałam.
Nie chciałam się z nim kłócić. Nie dość, że nagrał ten wulgarny teledysk, który dla niego nic nie znaczy, bo przecież to tylko jego PRACA. Wszystkiego mi zabrania, a traktuje wręcz jak niewolnika, ciągle słyszę tylko „zabraniam Ci”, „nie pozwalam”, „nie możesz tego zrobić”. To jeszcze urządza sobie potajemne rozmowy z Naomi Campbell i bezczelnie kłamie mi w twarz. A mnie czepia się głupiego spotkania z kolegą. Nie widzę w swoim zachowaniu nic złego, za to on przegina do tego stopnia, że mam go po prostu dość. Kocham go, ale coraz bardziej mnie męczy. Może jak posiedzi jakiś czas sam to w końcu zrozumie i się ogarnie, bo ja tym razem nie wyciągnę pierwsza ręki. Chciałam się pogodzić i porozmawiać na spokojnie, a on mnie zbył więc skoro ma mnie gdzieś i potrafi się tylko czepiać i robić mi jakieś chore sceny to niech się w ogóle nie odzywa. Zobaczymy ile wytrzyma...

*******


Szczerze? Mi ten rozdział tak średnio się podoba, żeby nie powiedzieć 'wcale' :( To chyba przez ten nastrój panujący między głównymi bohaterami XD Co do ich zachowania... to może wy to skomentujcie xD Jeśli chodzi o In the closet, no to tą akcję planowałam tutaj od dawna. Wiem, że lata się nie zgadzają, bo w opowiadaniu aktualnie jest 1988, a ITC to era Dangerous, ale no. To nie literatura faktu w końcu ;p 
Coś chciałam jeszcze napisać... ale oczywiście zapomniałam XD Przepraszam za błędy, ale jest już późno i wiecie :/ Aaa! Już wiem xD Chciałam powiedzieć, że w poprzednim rozdziale pisałam o menadżerze MJ'a "FRANK" tyle, że tutaj on ma na imię TOM i przepraszam Was, zaraz to poprawię. Po prostu pomyliło mi się z Bleeding Love (na które oczywiście serdecznie zapraszam tych, którzy jeszcze go nie czytają! więcej info w zakładce u góry). 
Liczę na jakieś komentarze i Wasze opinie, które zmotywują mnie do dalszego pisania :)
Pozdrawiam kochani! <3 

31 sierpnia 2017

Rozdział 42. Nie mów "obiecuję" tylko "postaram się", jak nie wyjdzie to mniej zaboli.


W końcu jest! Witam :D
Bez zbędnego gadania xD Zapraszam do czytania ;)


******


Piąty raz tego dnia usłyszałam irytującą melodię wydobywającą się z mojego telefonu. Westchnęłam i ociężale wstałam z wygodnego łóżka. Spojrzałam na wyświetlacz i po paru sekundach odebrałam.
-Cześć mamo.
-Victorio Amando Lancaster.- zaczęła poważnym tonem.
-Jackson.- poprawiłam ją uśmiechając się pod nosem.
-No właśnie ja dzwonię w tej sprawie.
-Ale w jakiej?- udawałam, że nie wiem o co jej chodzi. Codziennie z Michaelem dostajemy masę telefonów. Wszyscy nam gratulują naszego ślubu, składają życzenia, ale znaleźli się niestety tacy którym nasz „cichy” ślub się nie spodobał. Chodzi dokładniej o najbliższych mojego męża, a wiadomo jak liczną ma rodzinę. Więc wisimy na telefonie praktycznie pół dnia. Nie wspominając o moich przyjaciółkach, które były wściekłe kiedy się dowiedziały. Nawet Slash zadzwonił. I to do mnie! Z wielkimi pretensjami oczywiście. Powiedział „Jackson to wiem, że chuj. Ale po Tobie królowo się tego nie spodziewałem! Normalnie kurwa, obrażam się na Was i proszę do mnie nie wydzwaniać, bo mam Was w dupie” i się rozłączył. Autentycznie wybuchłam śmiechem kiedy to usłyszałam. Michael przyjął jego słowa nieco gorzej, w końcu to jego najlepszy przyjaciel. Ale to tylko Slash. Dostanie zgrzewkę Jack’a Daniel’sa, paczkę ulubionych papierosów i będzie uchachany.
-Jak mogłaś wziąć ślub z Michaelem w tajemnicy?!- przewróciłam znudzona oczami. Słyszę ten tekst przynajmniej dwa razy dziennie.
-Mamo proszę Cię… chcieliśmy się pobrać w spokoju. Pamiętasz jaki cyrk wyszedł z naszego planowanego ślubu?
-No dobrze, ja rozumiem naprawdę. Ale żeby nie zaprosić własnych rodziców?!- dalej była oburzona. Nie wiedziałam jak jej to wytłumaczyć. Rozmawiałam z nią dobrą godzinę, a wszystko skończyło się kłótnią. Byłam po prostu wściekła. Męczyło mnie to wszystko. Co bym nie zrobiła - nie pasowało to nikomu. Rozumiem, żeby to byli jeszcze obcy ludzie, ale rodzina chyba powinna nas wspierać prawda? Zdecydowanie moi rodzice przyjęli wiadomość o naszym ślubie o wiele gorzej niż Katherine i Joseph. Moja teściowa była lekko zawiedziona, ale stwierdziła, że najważniejsze jest nasze szczęścia. Mój… teść zaś nie skomentował tego w ogóle. Chyba w końcu przestał wtrącać się w nasz związek, co niezmiernie mnie ucieszyło. Czego nie można powiedzieć o moim tacie.
-Kochanie, a Ty jeszcze nie gotowa?- spytał mój mąż wchodząc do sypialni. Przeniosłam na niego swoje spojrzenie, podszedł do mnie od razu- Co się stało?- spytał zaniepokojony. Wzięłam głęboki wdech aby się uspokoić. -Dzwoniła mama, pokłóciłam się z nią. Ma pretensje o to, że o naszym ślubie dowiedziała się od obcych ludzi i ich nie zaprosiliśmy.- Michael spuścił wzrok.
-Może… może ja z nią porozmawiam? W końcu mnie lubi.- prychnęłam.
-Twoje maślane oczka i piękny uśmiech tym razem nie pomogą.- syknęłam i wstałam z łóżka.
-Vicki jesteś na mnie zła?- podszedł do mnie i ułożył dłonie na moich biodrach przyciągając mnie do siebie.
-Eh… przepraszam.- przytuliłam się do niego- Nie jestem na Ciebie zła, po prostu to wszystko mnie denerwuje. Zrobiliśmy coś dla siebie, to nasze życie, a oni...- westchnęłam. Poczułam jak jeszcze bardziej mnie ściska, przymknęłam oczy.
-Nie myśl o tym i nie przejmuj się nikim. Od dzisiaj wyłączamy telefony.- oderwałam się od niego.
-Co?- zaśmiał się i pokręcił głową. Wzrokiem odszukał moją komórkę i bez skrupułów po prostu ją wyłączył. To samo zrobił ze swoim prywatnym telefonem.
-Nie poznaję Cię.- stwierdziłam po chwili, zaśmiał się tylko.
-Leć się przyszykować, bo dawno powinniśmy już opuścić hotel.- cmoknął mnie w czoło.
-A powiesz mi gdzie jedziemy?- zagryzłam wargę.
-Nieee.- wyszczerzył się i odgarnął mi włosy z twarzy równocześnie stykając się z moim ciałem.
-Michaaael.- przeciągnęłam uwieszając się na jego szyi i uśmiechając się przy tym słodko, na co się zaśmiał.
-Nie urobisz mnie kotku.
-Jeszcze zobaczymy.- rzuciłam i oderwałam się od niego z zamiarem pójścia do łazienki, zanim jednak dane było mi to zrobić Michael złapał mnie za nadgarstek i złączył nasze usta w pocałunku. Wplotłam palce w jego loczki i pogłębiłam go. Oderwał się ode mnie niechętnie.
-Idź, bo zaraz nie będę mógł się powstrzymać.- poprawił pasek w spodniach patrząc na mnie dwuznacznie, parsknęłam śmiechem. Zabrałam z szafy suknię i zaszyłam się w łazience. Zrobiłam naprawdę delikatny makijaż. Włosy jak zwykle zostawiłam rozpuszczone i założyłam na siebie sukienkę. Jedyna z nielicznych, którą spakował mi Michael i nie była obcisła ani wyzywająca. Kiedy wyszłam z łazienki mój ukochany również był gotowy. Kiedy mnie zobaczył uśmiechnął się.
-Nie będzie Ci za gorąco?
-Nie denerwuj mnie nawet.- zaśmiał się i podał mi swoje ramię. Opuściliśmy hotel, o dziwo sami, bez naszych ochroniarzy.
-Chłopaki z nami nie jadą? - zdziwiłam się.
-Nie.- uśmiechnął się cały czas patrząc się na drogę. Cieszyłam się, że w końcu gdzieś pojedziemy, bo przez cały tydzień prawie wcale nie opuszczaliśmy hotelu. Potrafiliśmy całe dnie spędzić w łóżku i leniuchować, ale potrzebowałam tego i myślę, że Michael również. W końcu mogliśmy się sobą nacieszyć. Naprawdę po niedługim czasie mój ukochany zatrzymał samochód. Stanęliśmy przy jakiejś kępie krzaków. Zmarszczyłam czoło.
-Zaczynam się bać.- zaśmiał się i zgasił silnik.
-Nie masz czego kochanie.- zapewnił i poleciał otworzyć mi drzwi. Wysiadłam z auta i zaczęłam się wszędzie rozglądać. Byliśmy na jakimś pustkowie, naprawdę zaczynałam się denerwować. Pogoda o tej godzinie była całkiem przyjemna, powoli się ściemniało i wiał lekki wiaterek przez co upał nie był tak odczuwalny.
-Vicki nie patrz na mnie jakbym co najmniej Cię uprowadził.- powiedział w końcu śmiejąc się z mojej miny. Objął mnie ręką i zaczął ciągnąć w jakiejś miejsce.
-Nie dziw mi się. Czuję się normalnie jak w Twoim Thrillerze.
-'Cause this is thriller 
Thriller night 
And no one's gonna save you 
From the beast about to strike 
You know it's thriller 
Thriller night...- zaczął śpiewać patrząc na mnie z uśmiechem. Pokręciłam głową i wróciłam wzrokiem na ziemię. Musiałam patrzeć pod nogi, bo miałam na sobie obcasy, a powierzchnia, którą spacerowaliśmy była mało przyjazna dla takiego obuwia. Kiedy zaczęłam dosłownie zanurzać się butami w piachu spojrzałam przed siebie. Odebrało mi po prostu mowę. Naprawdę się tego nie spodziewałam. Michael był cholernym romantykiem, ale kochałam to w nim. Znajdowaliśmy się na pięknej plaży. Na niebie można było już dostrzec cudowny zachód słońca co było kompletnym dopełnieniem tego co stało przed nami. A mianowicie, stolik dla dwojga ze świecami i kolacją. Dokoła tego były poustawiane lampiony, które cudownie wszystko oświetlały. Nie mogłam się na to napatrzeć. 


-Nie wierzę, że przygotowałeś to wszystko sam...- powiedziałam po chwili odwracając się do niego przodem. Zrobił zabawną minę.
-No prawie sam.- zaśmiałam się- Ale podoba Ci się?- mruknął. Uwiesiłam się na jego szyi.
-Jeszcze się pytasz? To jest piękne.- wyszeptałam wprost do jego ucha. Poczułam jak się uśmiecha, przytulił mnie jeszcze mocniej. Po chwili oderwałam się od niego i ściągnęłam ze stóp sandały, rzucając je gdzieś na piasek. Michael zaprowadził mnie do stolika i odsunął krzesło, uśmiechnęłam się i spoczęłam na nim, a on naprzeciwko mnie. Zaczęłam się wszędzie rozglądać.
-Coś nie tak?- spytał od razu chwytając za białe wino.
-Nie, po prostu zastanawiam się skąd Ty to wziąłeś.- wskazałam na stół pełen smakołyków. Szczególną uwagę zwróciłam na owoce morza, które pokochałam odkąd jestem w ciąży.
-Ma się swoje sposoby.- puścił mi oczko. Jedliśmy te pyszności i cieszyliśmy się po prostu swoją obecnością. Czułam się jak w niebie. Michael w ogóle nie odrywał ode mnie wzroku co w pewnym momencie naprawdę mnie speszyło. Tak wiem, własny mąż mnie zawstydza... Ale kiedy jego spojrzenie jest tak intensywne i wręcz przewierca na wylot nie da się inaczej zareagować. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać zakrywając twarz dłońmi.
-Przepraszam.- powiedziałam po chwili.
-Dlaczego się śmiejesz?- udawał głupka szczerząc się przy tym od ucha do ucha.
-Ty już dobrze wiesz. Ciągle się na mnie gapisz.
-Bo jesteś piękna.- po raz kolejny posłał mi zniewalający uśmiech- No i nie mogę doczekać się Twojej reakcji na drugą niespodziankę.- spojrzałam na niego.
-Drugą? Nie za dużo tych niespodzianek? Uważaj, bo się przyzwyczaję.- poruszyłam brwiami co skwitował śmiechem.
-Ciągle będę robił Ci niespodzianki.- zaczęłam się śmiać.
-No, no zobaczymy. Przypomnę Ci te słowa za dwa lata.- chwyciłam za kieliszek z winem. Dokończyliśmy kolację i ruszyliśmy dalej, w nieznanym mi kierunku. Kurczowo trzymałam się dłoni Michaela, bo było już ciemno, a wokół nas panowała przerażająca cisza. Tak, bałam się jak cholera.
-Kochanie zaraz urwiesz mi dłoń.- powiedział nagle śmiejąc się cicho.
-Przepraszam.- mruknęłam i poluźniłam uścisk, byłam pewna, że się teraz głupio cieszy. Szliśmy sobie brzegiem Morza Karaibskiego, kiedy nagle ujrzałam jakieś światła. Podążaliśmy właśnie w tamtym kierunku. Moim oczom ukazała się w końcu ogromna willa, która była otoczona basenem. Kolejny raz tego wieczoru zaniemówiłam.


-Mike...- próbowałam wydobyć z siebie jakieś słowa, ale po prostu nie mogłam. Mojego zachwytu nie dało opisać się zwyczajnie słowami. Przytulił się do moich pleców i ułożył podbródek na moim ramieniu.
-I jak?- spytał, odwróciłam się do niego i chwyciłam jego buzię w dłonie po czym wpiłam się w jego wargi.
-Czyli to ma oznaczać, że Ci się podoba?- śmiał się w moje usta.
-Jak…cholera...podoba...- mówiłam pomiędzy pocałunkami. Wziął mnie nagle na ręce, przez co pisnęłam.
-Michael ważę tonę!- zaczęłam mu się wyrywać, ale on był oczywiście silniejszy. Nagle się zatrzymał i spojrzał na mnie z tym chytrym uśmieszkiem. Spojrzałam za siebie, ale było już za późno na krzyk, bo oboje wylądowaliśmy w wodzie. Plus był taki, że była ciepła.
-Kiedyś Cię za to zabije.- posłał mi całusa, po czym podpłynął do mnie i ściągnął ze mnie sukienkę. Dopiero teraz zauważyłam, że on jest w samych bokserkach. Szybki jest.
-Mmm od razu lepiej.- wyszczerzył się i przyciągnął mnie do siebie, na co automatycznie oplotłam go nogami w pasie, a ręce zarzuciłam mu na kark.
-Kocham Cię.- wyznałam, kiedy chciał mnie pocałować puściłam go i zaczęłam „uciekać” płynąc do brzegu. Oczywiście w połowie mojej drogi złapał mnie i już w ogóle nie wypuścił z objęć. W basenie spędziliśmy dobre trzy godziny. Zanim poszliśmy się wysuszyć Michael oprowadził mnie po całym mieszkaniu i wszystko pokazał. Luksus panujący w hotelach, których przebywaliśmy był niczym w porównaniu do tego. Nawet nie chciałam wiedzieć ile wydał na to pieniędzy.
-Teraz możemy przyjeżdżać tutaj częściej.- rzucił nagle, zatrzymałam się i spojrzałam na niego.
-Co?
-To co słyszysz kochanie, ta willa jest nasza.- powiedział sobie beztrosko, otworzyłam szerzej oczy.
-Ty nie mówisz poważnie...- zaśmiał się.
-Jak najbardziej poważnie.- cmoknął mnie w policzek. No po prostu wariat.
-Michael… nie chcę rozporządzać Twoimi pieniędzmi, ale...- przerwał mi.
-NASZYMI.- zaznaczył od razu, wywróciłam oczami. Niby pracuję i jestem od niego niezależna, ale on mówi, że wszystko co należy do niego należy też i do mnie.
-ALE wydaję mi się, że jesteś zbyt rozrzutny.
-No właśnie, wydaje Ci się.- pociągnął mnie za rękę do następnego pomieszczenia w tym ogromnym domu. I taka właśnie była z nim rozmowa na temat pieniędzy. On nigdy nie widział żadnego problemu. Jeżeli czegoś chciał, to po prostu to dostawał. Ja nie byłam do tego przyzwyczajona tak jak on. Oczywiście cieszyłam się, że mamy w posiadaniu taki apartament, ale tak naprawdę był on zbędny, bo przecież mamy Neverland, nie wspominając o innych willach Michaela.
Zadziwiające było to, że były tutaj nasze rzeczy. Okazało się, że zostaniemy tutaj na parę dni, bez naszych ochroniarzy, KOMPLETNIE SAMI. Ta wiadomość ucieszyła mnie najbardziej. Uwielbiam chłopaków, ale jeszcze bardziej uwielbiam kiedy mogę spędzić z Michaelem czas sam na sam.
Przez kilka kolejnych dni mój mąż zachowywał się bardzo dziwnie, chociaż starał się wszystko przede mną ukryć. Często odbierał telefony od Toma i kłócił się z nim, niestety nie udało mi się podsłuchać ich rozmowy. W końcu nie wytrzymałam i zmusiłam go, żeby powiedział mi o co chodzi.
-Michael do cholery powiedz mi w końcu co się dzieje.- leżeliśmy na leżakach przed domem, a on ciągle się wiercił i nie mógł znaleźć sobie miejsca. Westchnął i ściągnął swoje okulary z nosa. Usiadłam i spojrzałam na niego wyczekująco.
-Musimy wracać… Znaczy ja muszę.- mówił cicho jakby bał się mojej reakcji.
-Słucham?- spytałam by upewnić się czy aby na pewno nie mam problemów ze słuchem.
-Wiesz, że przygotowuje nowy album?- nabrałam powietrza do ust wiedząc już o co chodzi- Tom i Quincy mnie ze wszystkim gonią, a do tego musimy nakręcić teledysk, który przekładaliśmy dwa miesiące, przez nasze przygotowania do ślubu. Vicki?- spytał kiedy w ogóle nie zareagowałam na jego słowa. Patrzyłam na niego w milczeniu przez jakiś czas, w końcu podniosłam się z tego leżaka i po prostu weszłam do środka zostawiając go samego. Ale od razu poleciał za mną.
-Jesteś zła?- spytał zatrzymując mnie.
-Nie, kurwa szczęśliwa.- pierwszy raz przy nim przeklęłam i był mocno zdziwiony, ale nic nie powiedział.
-Przepraszam...- chciał mnie przytulić, ale od razu się od niego odsunęłam.
-Odwal się ode mnie kłamco.- zmarszczył brwi- Tak dobrze słyszysz! Już nie pamiętasz co mi obiecałeś kiedy tutaj przylecieliśmy? Nie wiem po co w ogóle składasz obietnice bez pokrycia.
-Victoria, ale ja nie mam na to wpływu…- złapał mnie za dłoń, którą natychmiast mu wyrwałam.
-Więc po co mi tyle przysięgałeś? Zrobiłeś mi tylko nadzieję.- nic nie powiedział. Prychnęłam pod nosem i poszłam do naszej sypialni, Michael znowu poszedł za mną.
-Kiedy wylatujemy?
-Dzisiaj, za dwie godziny.- mruknął.
-Zajebiście.- powiedziałam pod nosem i zaczęłam się pakować, Michael zrobił to samo. Godzinę później chłopaki przyjechali z resztą naszych rzeczy. Opuściliśmy willę na obrzeżach miasta i udaliśmy się na lotnisko. Nie odezwałam się do Michaela przez ten czas ani razu. On też siedział cicho, chyba nie chciał pogarszać sytuacji. Niestety zapomniałam kogo żoną i jestem i że nie zawsze będę mogła na niego liczyć dlatego tak bardzo mnie to wkurzyło. Mógł przynajmniej mi nie obiecywać… Rozumiem, że muzyka jest dla niego na pierwszym miejscu choć nie ważne, jakby się zapierał, że tak nie jest to wiem, że tak będzie zawsze i nic tego nie zmieni. Ale nienawidzę dwóch rzeczy. Bycia olewaną i okłamywaną. A już tym bardziej nie lubię kiedy ktoś nim dyryguje. Gdyby nie Tom to na pewno zostalibyśmy te cholerne dwa tygodnie na wyspie. Ale on się go słucha jakby był co najmniej jego ojcem. Przewróciłam podirytowana oczami.
Na lotnisku na szczęście nie było żadnych fanów ani dziennikarzy. I dobrze. Przynajmniej nie musiałam udawać wielce szczęśliwej. Do LA dolecieliśmy dopiero późnym wieczorem. Z Michaelem dalej się do siebie nie odzywaliśmy. Kiedy wysiedliśmy z samolotu musieliśmy dosłownie uciekać, wszędzie było pełno ludzi. Michael złapał mnie za rękę i machał do fanów, oczywiście ja robiłam to samo. Kiedy jednak byliśmy już przy samochodzie wyrwałem mu swoją dłoń i obrażona usiadłam jak najdalej od niego.
-A wy co, pierwsza kłótnia małżeńska?- zaśmiał się George, ale kiedy tylko na niego spojrzeliśmy przestał się cieszyć i już się nie odzywał. Oparłam głowę o zagłówek i zawiesiłam wzrok na szybie. Kiedy dostrzegłam złotą bramę z napisem „Neverland” odetchnęłam z ulgą i pierwsza wyleciałam z samochodu, nie czekając aż ktoś otworzy mi drzwi. Wyciągnęłam z bagażnika swoje walizki i zaczęłam ciągnąć je po schodach. Jednak kiedy przekroczyłam próg domu ktoś wyrwał mi obie walizki z dłoni.
-Oszalałaś?!- krzyknął Michael.
-O co Ci chodzi?
-Nie możesz dźwigać w ciąży.- powiedział już spokojniej.
-Nagle się mną interesujesz?- założyłam ręce na biodra. Chłopaki wnieśli resztę walizek i zostawili nas samych.
-Zawsze się Tobą interesowałem.- prychnęłam tylko i go wyminęłam. Do holu wpadła nagle uśmiechnięta Jessica.
-Dlaczego tak wcześnie wróciliście?- podeszłam do kucharki i uściskałam ją ciepło. Po czym od razu poszłam do naszej sypialni zostawiając ich bez słowa. Było późno, a ja czułam się fizycznie koszmarnie. Chciałam się tylko położyć. Wzięłam ekspresowy prysznic i położyłam się w końcu do łóżka. Do sypialni nagle wszedł Michael zapalając przy okazji wszystkie światła.
-Wyjeżdżam jutro.- powiedział siadając obok mnie- Jedziemy do Meksyku, wrócę dopiero za miesiąc więc...- przerwałam mu.
-Jedź i nie wracaj.- zamilkł.
-Tego właśnie chcesz?- warknął, spojrzałam na niego ze sztucznym uśmiechem.
-Tak tego właśnie chcę. Daj mi spokój Jackson, jedź sobie polatać za panienkami to w końcu lepsze niż słuchanie zrzędzenia upierdliwej żony, nie?
-Panienkami?- zakpił- To moja praca, zrozum to w końcu i pogódź się z tym. Nie będę zawsze na każdą Twoją zachciankę i skinienie palca.- przymknęłam oczy.
-Wyjdź.
-Co?
-Wyjdź z tej sypialni do cholery!- syknęłam. Zaśmiał się tylko kręcąc głową i po prostu wyszedł. Przycisnęłam głowę do poduszki i skrzywiłam się czując już słone łzy w oczach. Nie mogłam ich powstrzymać. To już nie były hormony, po prostu zrobiło mi się przykro. Nienawidziłam się z nim kłócić, robił się wtedy taki oschły… Wiem, że sama nie byłam lepsza i to ja zaczęłam tą kłótnię, ale miałam powód. Mógłby chociaż raz się postawić i nie dać sobą rozkazywać. Ściągnęłam ze swojego palca obrączkę i zaczęłam obracać nią w dłoni pozwalając by po moich policzkach dalej spływały łzy. 

******

Jak podobał się rozdział? Ja jestem całkiem zadowolona, przynajmniej nie jest takim zapychaczem jak poprzedni xD Mam nadzieję, że podzielicie się ze mną swoją opinią, wiecie jak bardzo mi na tym zależy :) 
Pozdrawiam cieplutko <3 
PS: DZIĘKUJĘ ZA TYLE WYŚWIETLEŃ <33333