4 czerwca 2017

Rozdział 34. Najbardziej boli nas to, że nigdy już nie będzie tak jak kiedyś.

Witam! <3
Rozdział jak zwykle planowo miał być max dwa tygodnie po poprzednim, ale mi nie pykło JAK ZWYKLE xD W maju miałam praktyki zawodowe i myślę, że to dlatego tak wyszło. Kiedy wróciłam do szkoły zaczęło się zaliczanie mojego ulubionego i kochanego przedmiotu zwanego matematyką :D I tak wyszło, że jestem dopiero teraz, ale ważne, że jestem!
Kochani mam nadzieję, że rozdział Wam się spodoba :) W sumie jest taki pomiędzy, może przez ten początek, który nie wróży raczej nic dobrego xD a zresztą co ja będę gadać! Sami zobaczycie :D
PS: Pod koniec rozdziału polecam włączyć sobie Give in to me, ale w wersji demo :) Może lepiej będzie Wam się czytać, bo mi super pisało się z tą piosenką.
Zapraszam <3 

***********

Czy żałowałam, że kazałam mu odejść? Oczywiście, że tak. Zrobiłam to wbrew swojej woli. Brzmi to irracjonalnie, ale właśnie tak było. Serce chciało co innego, a rozum i tak zrobił po swojemu. Chociaż...gdybym miała rozum nie powiedziałabym tego wtedy...Ale nie cofnę już czasu. Michael odszedł i to chyba na dobre, w końcu takie było moje „życzenie”. Chyba wziął sobie do serca moje słowa, bo nie dał znaku życia od trzech tygodni. Wszystko zaczęło się, a raczej skończyło dwa miesiące temu, a ja dalej nie potrafię się z tym pogodzić i żałuję wszystkiego. Począwszy od tego, że pozwoliłam na to by Jermaine z nami zamieszkał, nie wybaczyłam Michaelowi, nie uwierzyłam mu kiedy zapewniał, że mnie kocha i jestem jedyną kobietą w jego życia, aż po to, że kazałam mu odejść...Do końca życia będę to sobie wszystko wyrzucać. Czemu ludzie mają tendencję do utrudniania sobie życia? Wystarczyła by zwykła rozmowa, bez tych krzyków i nerwów, a wszystko by się jakoś ułożyło, ale ja nie chciałam tej rozmowy...Odpychałam go na wszelkie możliwe sposoby, a potem ryczałam w poduszkę i krzyczałam, że za nim tęsknię i chcę by do mnie wrócił.
Więc skoro tego chciałam dlaczego do tego nie doprowadziłam? Tylko zrobiłam zupełnie na odwrót. Sama tego nie rozumiem. Chyba taka już jestem...a może zwyczajnie się bałam, że to się nie uda. Znowu się nie uda, że znowu coś się stanie i wszystko się spieprzy, pewnie przez jakąś głupotę. Może dlatego, że nie jestem zdolna do związku? Nie wiem dlaczego to wszystko tak się potoczyło. Ale wiedziałam, że nie ma już żadnej nadziei, żadnego światełka w tunelu...nic. Mogłabym teraz do niego pojechać i powiedzieć, że byłam głupia i nie chcę żyć bez niego, ale to było by mega żałosne. Poza tym wątpię by chciał mnie teraz widzieć, wystarczająco zraniliśmy siebie nawzajem, tego było już za dużo. A nie chciałam mu dokładać cierpień i sobie też, jeśli powiedziałby mi, że jest już za późno, a zapewne tak by właśnie było.
Stanęłam na wadze i głęboko westchnęłam. Ważyłam coraz mniej, a wszyscy wokół mówili, że wyglądam jak anorektyczka. Ale co ja mam na to poradzić, że nie mam nawet czasu na porządne jedzenie? Ani ochoty...Pracuje od rana do wieczora, żeby jakoś zająć głowę ciągłymi myślami o Michaelu. Jeszcze zachowanie Greyson'a mnie nie pokoi. Od jakiegoś czasu jest...dziwny. A raczej od momentu kiedy ktoś go pobił. Pamiętam, że kiedy przyszłam wtedy do pracy w poniedziałek byłam przerażona, gdy go zobaczyłam, ale bardzo szybko mnie zbył bajeczką, że miał wypadek. Tyle, że to nie wyglądało na wypadek...Coraz mniej spędzał ze mną czasu, wykręcał się, że jest zajęty pracą, ale to było coś innego. Wcześniej przecież też miał pracę, a mimo to często proponował mi gdzieś wspólne wyjście, nawet na głupi lunch. A teraz nic...Nie wiem, może mi się tylko zdaje, ale chyba mnie unika. Tylko pytanie dlaczego.
Znów poczułam mdłości, więc podleciałam do okna i szybko otworzyłam je na oścież. Dlaczego znów? Bo zdarza mi się wymiotować coraz częściej, może to jest reakcja organizmu na stres albo brak jedzenia. Miałam tylko nadzieję, że jak najszybciej mi to przejdzie, bo jeśli nie to będę musiała iść do lekarza, a nienawidzę chodzić do lekarzy...Kiedy poczułam, że mdłości już mi przechodzą zamknęłam okno i wzięłam łyk kawy. Zabrałam klucze z szafki i torebkę, tak gotowa wyszłam z pokoju hotelowego. Wsiadłam do swojego samochodu. Do niedawna jeździłam taksówką, ale pewnego dnia nie wiadomo jak i skąd mój samochód stał, zaparkowany pod domem Niny. Na pewno to zasługa Michaela, chyba się domyślił, że sama go stamtąd nie zabiorę...
Ah i znowu o nim myślę. I tak jest cały czas. Kiedy byłam w drodze do pracy zadzwonił mój telefon, odebrałam chociaż nie powinnam.
-Halo?
-Vicki muszę Ci coś powiedzieć, jedziesz do pracy no nie? Ja niedługo u Ciebie będę.- nie brzmiała zbyt wesoło.
-Matko Nina, ale co się stało?- aż się wystraszyłam.
-To nie rozmowa na telefon tym bardziej, że jak się o tym dowiesz to nieźle się wkurwisz.- westchnęłam.
-Okej, ja za dziesięć minut będę w firmie. Czekam na Ciebie. Do zobaczenia.
-Paa.- o co mogło chodzić? Nie brzmiała jakby chciała sprzedać mi jakąś świeżą ploteczkę za pewne z wytwórni, w końcu tam zawsze się coś dzieje. Coś się wydarzyło i czuję, że to raczej nic dobrego. Martwiłam się, ale z drugiej strony cieszyłam, bo nie widujemy się za często, a to dlatego, że wyprowadziłam się od nich w końcu. Nina za miesiąc ma termin porodu i tak wystarczająco siedziałam im na głowie, mają własne życie. Od jakiegoś czasu mieszkam w hotelu, w następnym tygodniu jestem umówiona na oglądanie mieszkań. Zobaczymy jak to będzie...
Kiedy dotarłam już do firmy mojej przyjaciółki jeszcze nie było więc w oczekiwaniu na nią zaparzyłam dwie herbaty.
-Mogę zająć Pani chwilę?- usłyszałam jej głos wraz z pukaniem w drzwi, kiedy stałam przy oknie wpatrzona w ulicę zapełnioną ludźmi. Uśmiechnęłam się i odwróciłam od razu.
-Ty zawsze. Witaj.- przywitałam się z nią porządnym miśkiem.
-Boże, ale się stęskniłam...- wyszeptałam.
-A mówiłam Ci, że możesz mieszkać u nas ile tylko chcesz.- przypomniała mi, machnęłam ręką nie chcąc znów zaczynać tego tematu.
-Rozbierz się i siadaj.- usiadłam za biurkiem, uśmiechnęła się widząc kubek z jej ulubioną herbatą.
-Powiedz mi dlaczego Ty zawsze pamiętasz co lubię, a Stefano nie? A potem się dziwi, że mu aferę robię.
-Och biedny ten Twój chłopak...- prychnęła.
-Pfff biedny? Czy Ty wiesz co on ostatnio zrobił?
-Aż boję się zapytać.- zaśmiałam się.
-Wysłałam go do sklepu, bo zachciało mi się czekolady, ale chciałam dwie z nadzieniem truskawkowym i dwie z nadzieniem wiśniowym. A wiesz jaką on mi kupił?
-Nie mam pojęcia.
-Noż kuźwa białą! I jeszcze się ze mną kłócił, że to prawie to samo.- zaczęłam się śmiać- Nie odzywałam się do niego przez kilka dni, no dopóki nie skończyły mi się banany i znowu musiałam wysłać go do sklepu.
-I co pewnie kupił ci jabłka?
-No na jego szczęście nie.- zaczęłyśmy się teraz obie śmiać.
-Powiedz lepiej jak u Ciebie.- spytała kiedy już w miarę się uspokoiła. Spoważniałam momentalnie.
-No cóż...Praca, dom, praca, dom i tak w kółko. A raczej hotel.- zaśmiałam się- Ostatnio też nie za dobrze się czuję, ale to pewnie przejściowe, zdarzy mi się wymiotować czasami. Co ten stres robi z ludźmi.- upiłam łyk herbaty.
-A żebyś wiedziała! Jak mnie ten mój baran wkurzy to potrafię spędzić pół dnia nad muszlą klozetową.- zaśmiałam się.
-A jak u...niego?- zapytałam nieśmiało. Od razu wiedziała o kogo mi chodzi, nie sposób się nie domyślić.
-No wiesz od tygodnia jestem na macierzyńśkim, czas w końcu trochę odpocząć od tej roboty. Ale kiedy ostatnio go widziałam...wyglądał raczej normalnie, niby chodzi do studia, nagrywa, ale wszystko robi tak jakby chciał, a nie mógł. Często zamyka się sam w pokoju nagraniowym i nie wiadomo co tam robi, ale potrafi nagrywać do nocy.- pokiwałam głową.
-A czy...ma kogoś?- przygryzłam wargę.
-Nie zauważyłam, żeby się z jakąś prowadzał więc raczej nie.- znowu pokiwałam głową.
-Vicki nie możesz o nim zapomnieć widzę to.
-Wiesz...a zresztą nie ważne. Miałaś przecież mi coś powiedzieć i ponoć się wkurzę więc zamieniam się w słuch.- spięła się trochę.
-Chciałam to przedłużyć jak najdłużej, ale...Dobra.- wzięła wdech- Dowiedziałam się, że Sebastian leży w szpitalu od dwóch miesięcy, a może i nawet trochę dłużej. Jest...w ciężkim stanie, cały połamany z obrażeniami wewnętrznymi...- czułam jak wszystko wywraca mi się w żołądku. Mimo, że nieźle namieszał w moim życiu i go szczerze nienawidzę to ta wiadomość...ruszyła mnie i to nawet bardzo.
-Wiesz niby nie wiadomo kto go tak załatwił, ale...-urwała i chyba czekała aż się domyślę. Zaczęłam się zastanawiać i łączyć fakty. Dzień kiedy spotkałam go w centrum handlowym, kiedy mnie uderzył i na parkingu próbował wciągnąć do swojego auta, potem o mały włos nie spowodowałam wypadku. Wróciłam do domu i Michael zmusił mnie, żebym powiedziała mu co się stało i powiedziałam. Obiecał, że nigdy więcej nie pozwoli by on mnie skrzywdził i zniknął wtedy prawie na całą noc...Pamiętam to wszystko jak dziś.
-Vicki...
-Jackson!- poczułam jak puszczają mi nerwy.- To na pewno on! Nigdy nie chciał mi powiedzieć jak załatwił sprawę z Sebastianem i gdzie zniknął na całą noc!- wstałam zdenerwowana, Nina się nie odzywała czym tylko potwierdziła moje domysły. Jakie domysły zresztą, to jest logiczne! Rozumiem, że był wkurzony, że nie chciał żeby coś mi się jeszcze stało, rozumiem to wszystko, ale żeby doprowadzać do takiego stanu drugiego człowieka?! To jest chore, on ma poważne problemy ze sobą i agresją.
-Boże co za palant...Przecież on może iść za to do więzienia! A na koniec dojdzie to do mediów, a on skończy w sądzie z wyrokiem! Czy on jest do cholery nie poważy?!- no chyba nie wytrzymam zaraz.
-Vicki uspokój się, za bardzo się tym przejmujesz.- spojrzałam na nią niedowierzająco.
-Ja się za bardzo przejmuje? On go prawie zabił! A Ty jakbyś zareagowała? Oooo nie ja mu zaraz pokaże, wygarnę mu przysięgam.- zaczęłam pakować swoje rzeczy do torby.
-Victoria gdzie Ty się wybierasz?
-Do tego idioty!
-Boże nie potrzebnie Ci o tym mówiłam...- załapała się za głowę.
-Właśnie bardzo dobrze, że mi powiedziałaś, dziękuję Ci. A teraz idę, odezwę się później.- i wyszłam z biura. Postanowiłam jeszcze tylko zajść na chwilę do Sydney.
-Powiedz szefowi, że musiałam pilnie wyjść. Sprawy prywatne, powinien zrozumieć...A i nie będzie już mnie dzisiaj. Dzięki, pa.- odeszłam nim zdążyła mi cokolwiek odpowiedzieć. Byłam wkurzona i nie chciałam tracić czasu. Ruszyłam z piskiem opon w wiadomym kierunku. Miałam tak naprawdę teraz gdzieś czy będzie chciał się ze mną widzieć czy nie, wygarnę mu tak czy inaczej. To co on robi...przechodzi ludzkie pojęcie.
Kiedy dotarłam już na miejsce, mocno zdziwiłam się kiedy zobaczyłam auto Slash'a, trudno najwyżej będzie świadkiem. Zaparkowałam samochód pod samym domem. Szybko dostałam się do środka. Powolnym krokiem udałam się na piętro, postanowiłam pójść najpierw do jego gabinetu, ale kiedy usłyszałam muzykę zmieniłam kierunek do pokoju nagraniowego. Weszłam bez pukania i żadnego wahania. Przez pierwszą chwilę Michael ani Slash mnie nie zauważyli. Ale kiedy moje i jego spojrzenie w końcu się spotkało...zdziwił się i to bardzo.
Od razu wyłączył muzykę, ściągnął słuchawki i razem z Hudson'em wyszli z tego małego, ciasnego pomieszczenia, przez które widzieli mnie tylko przez odgrodzoną szybę.
-Slash zostaw nas na chwilę.- zwrócił się do przyjaciela, ale ten nie reagował. Ja stałam oparta ścianę i czekałam.
-Ej no, ja też chcę się pobawić. Może jakiś trójkącik?- puścił oczko, nie mogłam się nie odezwać.
-Wypad!- powiedziałam to równocześnie z Michaelem...zmierzyliśmy się wzrokiem.
-Już dobra dobra, co się kurwa drzecie? Ja nie wiem co wy wszyscy tacy pospinani, seksu Wam brakuje czy jak?- wywróciłam oczami, nie mogłam już słuchać jego durnej gadki.
-Przyjdę za pięć minut i macie być ubrani.- pomachał mi palcem przed oczami i wyszedł. Pajac.
I co teraz? No właśnie...Moja odwaga malała coraz bardziej. Nie wiedziałam co powiedzieć i jak w ogóle zacząć, miałam się tak na niego wydrzeć? Czy raczej...rzucić mu się w ramiona i krzyczeć jaką to jestem idiotką...Przez ten czas kiedy myślałam co powinnam powiedzieć, on świdrował mnie wzrokiem dlatego nie byłam w stanie się na niego spojrzeć. W końcu jednak odważyłam się to zrobić.
-Możesz mi wytłumaczyć dlaczego Sebastian jest w szpitalu?- starałam się brzmieć dość...stanowczo i poważnie. A co on zrobił? Zaśmiał się i to z jaką kpiną...Chyba spodziewał się po mojej wizycie zupełnie czego innego, no cóż...
-Powiedziałam coś śmiesznego?- już samym swoim zachowaniem wytrącił mnie z równowagi.
-Bardzooo.- oparł się o konsolę i uśmiechnął się do mnie. Jackson nie prowokuj...
-Dlaczego to zrobiłeś?!- nie wytrzymałam i podeszłam do niego, prawie stykaliśmy się nosami.
-Nie ja, tylko moi ludzie.- zaznaczył i to z jaką dumą.
-Och...to Ty już masz ludzi od takich rzeczy? No brawo.- zaklaskałam.
-A co, aż tak bardzo Ci go żal?
-Nie, jak dla mnie on mógłby nawet zdechnąć, wiesz? Ale chodzi mi tylko i wyłącznie o Ciebie kretynie.- podniósł wysoko brwi- Nie pomyślałeś oczywiście o tym, że możesz mieć przez to poważne problemy co nie? Nie potrafisz zrozumieć, że on może Cię wsadzić do więzienia za takie coś? Może Cię do cholery zniszczyć! Jak tylko odzyska świadomość i sobie przypomni kto go tak załatwił! Ale oczywiście nieee, przecież Ty musisz zrobić po swojemu! Zawsze taki byłeś, tylko szkoda, że myśląc o sobie zapomniałeś pomyśleć o mnie, czy chciałabym Cię oglądać za...ałaaa...-w tym momencie poczułam silny ból przeszywający mnie na wylot, w podbrzuszu. Zgięłam się w pół, a Michael zareagował natychmiast. 
-Vicki co Ci jest?- spytał przerażony. Przytrzymał mnie jakby bał się, że zaraz upadnę. Poczułam kolejny skurcz, a jedyne co potem pamiętam to to, że odleciałam i jego przestraszony głos...

********** 
 
Wszedłem do sypialni i zamknąłem za sobą cicho drzwi.
-I jak doktorze?- spytałem mojego osobistego lekarza siadając na brzegu łóżka. Jess położyła dłoń na moim ramieniu dla otuchy, widziała że się martwię.
-Jest wszystko w porządku Michael, nie musisz się denerwować. Twoja dziewczyna...-już raczej nie moja..- tylko zemdlała, dokładnego powodu nie jestem w stanie określić, może to być stres, przemęczenie lub za mało dostarczanych posiłków organizmowi. Musiałbym z nią porozmawiać i dokładniej zbadać, ale nie ma sensu jej teraz budzić, powinna odpocząć. Sytuacja jest opanowana więc nie widzę potrzeby podania żadnych leków.
-Ale jest pan pewien? Zanim zemdlała zauważyłem, że boli ją chyba brzuch, bo się za niego trzymała.
-Ból również może być powodem omdlenia. Posłuchaj, jeśli coś by się jeszcze działo, pojawiły się jakieś wymioty, zawroty, bóle głowy bądź brzucha koniecznie musicie jechać do szpitala. Nawet jeśli nic się takiego nie wydarzy i tak radziłbym zwykłe badania kontrolne. Takich rzeczy nie wolno bagatelizować. No, więc ja będę się już zbierał. W razie czego dzwoń do mnie.- chwycił swoją walizkę i wstał.
-Odprowadzę Pana.- zaoferowała się Jessica za co byłem jej wdzięczny, bo chciałem teraz zostać tylko z Victorią.
-Do widzenia i dziękuję.- uścisnąłem doktorowi dłoń.
-Trzymaj się Michael.- uśmiechnął się do mnie i chwilę potem zostałem sam, a raczej z "moją" dziewczyną, która wyglądała jakby miała zaraz umrzeć...Była bardzo blada. Westchnąłem i przysunąłem się jej bliżej, złapałem ją delikatnie za rękę.
Wystraszyła mnie na śmierć...kiedy zemdlała naprawdę nie wiedziałem co mam robić, postawiłem cały dom na nogach. Całe szczęście doktor Morris przyjechał dzisiaj do mnie z wizytą więc nie musiałem wzywać pogotowia. Choć byłem tak przerażony, że nie wiem czy byłbym w stanie to zrobić. Cały trzęsłem się z nerwów i tylko krzyczałem na wszystkich...Doktor bardzo szybko się nią zajął, gdyby nie on...nie wiem co bym zrobił. Niby już jest dobrze, sam tak powiedział, ale ja dalej się martwię. Victoria wygląda bardzo źle, do tego jest wychudzona. Nie widziałem jej prawie miesiąc, już wcześniej zdawało mi się, że schudła, ale teraz? Jak mogła się doprowadzić do takiego stanu?
To chyba raczej Ty doprowadziłeś ją do takiego stanu – odezwał się jakiś głos w mojej głowie. Byłem zły. Na siebie i na nią.
-Dlaczego Ty mi to robisz? Dlaczego każesz mi tak cierpieć? Za co? Wiem, że jestem najtrudniejszym człowiekiem chodzącym po tej Ziemi, ale chciałem mieć tylko kobietę u swojego boku, którą kocham nad życie. Nic więcej...Chciałem Twojej miłości, ale może to jednak nie było nam pisane...Może tak właśnie miało być. Mimo wszystko nie chcę Cię stracić na zawsze i nigdy nie przestanę Cię kochać.- postanowiłem zakończyć ten mój bezsensowny monolog...przecież i tak mnie nie słyszy. Zacząłem spacerować wzrokiem po całej jej twarzy, kiedy spała była taka spokojna i piękna. Nie mogłem przestać się jej przyglądać. Dobrze, że spała, bo pewnie już by mnie za to opieprzyła. Zaśmiałem się pod nosem. Wysunąłem dłoń i kciukiem zacząłem kreślić niewidzialne linie na jej rumianym policzku, uwielbiałem dotyk jej skóry i nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności, której od tak dawna nie zaznałem. Jakaś dziwna siła ciągnęła mnie do niej. Zjechałem wzrokiem w końcu na jej słodkie usta. Zagryzłem wargę, pokusa była silna. Nie mogłem tego zrobić, ale bardzo chciałem... Po pewnej chwili moje serce wygrało walkę z rozumem. Cały czas, nie odrywając wzroku od jej ust przysuwałem się coraz bliżej mojego celu. Przymknąłem powieki i pozwoliłam rozkoszować się tą chwilą. Trwała ona bardzo krótko, ale dla mnie to była wieczność. Kiedy poczułem, że lekko drgnęła oderwałem się od niej przerażony. Kilka sekund potem patrzyła na mnie zdezorientowana. Odetchnąłem z ulgą, że niczego nie poczuła...przynajmniej miałem taką nadzieję.
-Michael? Jezu co ja tu robię?- zmrużyła oczy rozglądając się po sypialni, chciała się podnieść, ale powstrzymałem ją gestem ręki.
-Leż, musisz odpoczywać.
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
-Zemdlałaś kiedy...- spuściłem wzrok.
-Się kłóciliśmy.- dokończyła za mnie- Czyli w sumie nic nowego.- odwróciła głowę w stronę okna. Nie wiedziałem co powiedzieć, żeby jeszcze bardziej nie pogorszyć sytuacji między nami więc siedziałem cicho. Chociaż...czy ją da się jeszcze bardziej pogorszyć? Zauważyłem, że Victoria próbuje się podnieść, a raczej wstać z łóżka.
-Co Ty robisz? Nie wolno Ci chodzić, bo jesteś osłabiona.
-Ta? A kto tak powiedział? Bo ja jakoś czuję się wyśmienicie.- warknęła. Wstała nagle i lekko się zachwiała, od razu znalazłem się przy niej i złapałem ją w pasie. Zastygliśmy w bezruchu. Po prostu czułem się jak w filmie. Zwykle na takiej scenie bohaterowie się całują...ale w tym przypadku szanse na to były raczej nikłe.
Staliśmy bardzo blisko siebie. I jakoś żadne z nas nie było w stanie się odsunąć, ani wykonać jakiegokolwiek ruchu. Czułem wielką gulę w gardle. Dosłownie słyszałem jak Victoria nerwowo przełknęła ślinę, czuła to samo co ja...Oblizałem usta.
-Możesz mnie już puścić.- spojrzała szybko w dół byle nie w moje oczy.
-Co?- szepnąłem.
-Puść mnie!- teraz usłyszałem to dosadnie. Odsunąłem się zmieszany. Przetarłem wierzchem dłoni, lekko spocone czoło.
-Nie musisz być dla mnie wredna. I właśnie widzę jak czujesz się wyśmienicie.- powiedziałem kiedy złapała się za głowę i stanęła w bezruchu. Podałem jej rękę, którą po chwili zastanowienia chwyciła i pomogłem jej usiąść, a następnie ją położyłem. Już się nie opierała, tyle dobrego.
-Od razu mówię, że nie wypuszczę Cię stąd dopóki nie poczujesz się lepiej.
-Co?- spytała z kpiną. Ciągle była na mnie zła...Myślałem, że chociaż to jej już przeszło.
-Mówię chyba wyraźnie.
-Nie będziesz mi rozkazywać.- prychnęła.
-Ja Ci nie rozkazuję tylko mówię, eh...Był tutaj mój lekarz i obejrzał Cię.
-Po co? Nie życzę sobie...- przewróciłem oczami.
-A po to, że jak zemdlałaś chciałem dzwonić po karetkę, bo Twój puls był mało wyczuwalny? Może po to mhm?- wstałem wkurzony i podszedłem do okna.
-A może jeszcze dlatego, że się do cholery o Ciebie martwię? Nie wiem to jest takie dziwne? Nie mówię, że masz mi za to pokłony składać, ale...co byś zrobiła gdybyś zemdlała w domu i byłabyś zupełnie sama?- chyba dotarły do niej moje słowa, bo jej wyraz twarzy złagodniał.
-Przepraszam...- powiedziała w końcu spuszczając wzrok.
-Nie ważne.- powiedziałem próbując się uspokoić. Nie chciałem na nią krzyczeć, ale sam byłem zły. Wszystko mnie już denerwuje.
-Proszę Cię tylko żebyś została tutaj na kilka dni, aż będę mieć pewność, że czujesz się już lepiej. Proszę Cię tylko o to.- spojrzałem na nią.
-Dobrze tylko...nie mam tutaj żadnych swoich rzeczy.- przygryzła wargę.
-Masz...Nie zabrałaś wszystkiego kiedy...się wyprowadziłaś.- odchrząknąłem. Zapadła cisza. Tak chyba ta niezręczna. Nie chciałem przypominać sobie tamtych chwil, ale te wspomnienia bez mojej zgody nawiedziły mój umysł. Przed oczami miałem obraz jak Victoria upychała ciuchy do walizki...Potrząsnąłem głową.
-Poszukam Ci zaraz czegoś.- potarłem ręką kark próbując go jakoś rozmasować- Przyniosę Ci jeszcze coś do jedzenia i nie chcę słyszeć odmowy.- wyjątkowo nie zaprzeczała rzucając swoim standardowym tekstem „nie jestem głodna”, w rękach trzymała skrawek satynowej pościeli i bawiła się nim, wzrok miała wbity w dłonie. Uznałem to za zgodę albo po prostu nie chce rozmawiać. Ruszyłem w kierunku drzwi, ale zatrzymało mnie jej ciche wołanie:
-Michael?
-Tak?- odwróciłem się od razu.
-Dziękuję.- uśmiechnąłem się delikatnie. Pokiwałem głową i opuściłem sypialnię. Mały krok, ale za to w dobrym kierunku. Może nie wyznała mi miłości, ale...zawsze to coś. Udałem się do swojego pokoju a następnie garderoby, skąd wziąłem spodnie i zwykłą koszulkę. Tak wiem...to chore, że trzymam jej ciuchy w swojej szafie. A jeszcze bardziej chore jest to, że potrafię z nimi spać. No cóż...Każdy ma jakieś fetysze - tak próbowałem pocieszyć sam siebie, że niby nie jest ze mną jeszcze tak źle. Ale kogo ja chciałem oszukać? Do usranej śmierci będę przytulał się do jej bluzek, żeby choć na chwilę poczuć jej zapach i obecność. Chyba, że to się w końcu skończy, a na to są małe szanse.
Postanowiłem więcej nie użalać się nad sobą i w podskokach ruszyłem do kuchni.
-Jess jesteś tutaj?- spytałem rozglądając się po pomieszczeniu. Niestety nie było jej nigdzie, ale za to poczułem piękne zapachy. Podszedłem do kuchenki i zauważyłem garnek z rosołem. Tak, Jessica wiedziała, że uwielbiam polską kuchnię. Nalałem całą miskę zupy i postawiłem ją na dużej tacy. Ubrania przewiesiłem sobie przez ramię, a tacę chwyciłem w obie dłonie. Miałem tylko nadzieję, że po drodze na trzecie piętro nie zaliczę gleby. Jezu kto kazał tutaj wybudować tyle pięter? Kiedy zdałem sobie sprawę jakie pytanie właśnie sobie zadałem miałem ochotę walnąć się w czoło i zapewne tak bym zrobił, gdyby tylko nie to, że miałem zajęte ręce.
Bez tragicznego wypadku udało mi się dojść w końcu do sypialni, gdzie leżała Victoria. Kiedy znalazłem się już w środku, zacząłem gorączkowo wszędzie się rozglądać, bo nie było jej w łóżku.
-Cholera.- położyłem zupę na komodzie, a ubrania na materacu. Szybko wyjąłem telefon z kieszeni spodni i wykręciłem numer.
-George kurwa czy ja wyraziłem się niejasno?! Jak to o co mi chodzi?...- w tym momencie usłyszałem skrzypnięcie drzwi za sobą, odwróciłem się natychmiast. Z łazienki wyszła wystraszona Victoria.
-Coś się stało? Dlaczego krzyczałeś?- po prostu kamień spadł mi a serca kiedy ją zobaczyłem...Nie maiłem już telefonu przy uchu, ale krzyki ochroniarza sprowadziły mnie na ziemię.
-Nie drzyj się.- powiedziałem do słuchawki.- Już nic...fałszywy alarm.- i rozłączyłem się.
-Myślałem, że Ty...- zacząłem machać ręką.
-Uciekłam?- podniosła jedną brew do góry.
-Ta...
-Wiesz, nawet jeśli bym chciała to zbytnio nie mam siły, a w całym domu są Twoi ludzie więc i tak by mi się nie udało.- to mnie nieco uspokoiło. Widziałem jak się uśmiecha pod nosem, no tak pajaca to umiem z siebie zrobić, nie ma co. Minęła mnie i usiadła na łóżku, przykrywając się lekko kołdrą.
-Przyniosłem Ci zupę a tu masz ubrania, mam nadzieję że mogą być.- powiedziałem chcąc jakoś zmienić temat.
-Tak, w końcu są moje i jeszcze raz dziękuję.- poprawiła sobie poduszkę.- Powiedz mi...dużo masz jeszcze moich rzeczy? Bo jeśli tak to chciałabym je zabrać.
Musiałem aż usiąść...Teraz po niej nie zostanie mi już kompletnie nic. Przez dłużą chwilę się nie odzywałem.
-Michael wszystko okej?- dotknęła mojej ręki, nieźle musiałem się zawiesić... Spojrzałem na jej dłoń, a potem na nią i w tym momencie cofnęła rękę jakby bała się, że zrobiła coś złego. A wcale tak nie było.
-Eghem...Jasne, przyniosę Ci tutaj potem wszystkie rzeczy.- położyłem jej tacę z zupą na kolanach.
-Jedz, bo wystygnie.- wstałem z zamiarem wyjścia.
-Zostań ze mną.- poprosiła.
-Skoro chcesz...- usiadłem z powrotem.
-Chcę.- uśmiechnąłem się na te słowa.
-Co to za zupa? Pięknie pachnie.
-Rosół.
-Ro...co?- zaczęła się śmiać, a ja z nią.
-Ro-sół.- próbowałem jej to jakoś podzielić na sylaby.
-Niech zgadnę...To polska potrawa?
-Tak.- wyszczerzyłem się.
-Słychać.- powiedziała z uśmiechem i zabrała się za jedzenie. Patrzyłem się na nią cały czas, nie mogłem oderwać wzroku. Chyba to w końcu zauważyła, bo kaszlnęła znacząco.
-Michael...krępujesz mnie.
-Przepraszam.- wyprostowałem się i spuściłem wzrok dając jej w spokoju zjeść. W tym czasie zacząłem bawić się moją bransoletką na nadgarstku. Siedzieliśmy w ciszy, ale niedługo. Nagle zadzwonił mój telefon, wyciągnąłem go z kieszeni i odebrałem.
-I jak tam?- usłyszałem głos przyjaciela.
-Zależy o co pytasz Slash...
-No kurwa jak to o co pytam, o Twoją królową nie.
-Po pierwsze...- chciałem powiedzieć „nie moją” ale z tego względu, że ten dureń nie mówił tylko darł się przez telefon Vicki na pewno wszystko słyszała.
-Już wszystko w porządku.
-Ale jesteście w szpitalu czy jak?
-Nie, jesteśmy u mnie.
-No to jak Pani Jackson żyje i nic jej nie jest, to zaraz przyjadę i dokończymy nagrywanie nie?- Victoria się na mnie spojrzała, miałem ochotę zabić go za te durne teksty.
-To gdzie Ty teraz jesteś?
-Pojechałem po fajki do sklepu.- wywróciłem oczami.- Bo przecież u Ciebie nikt nie pali i musiałem zapierdalać specjalnie 30 kilosów do byle jakiego sklepu, po kilka głupich fajek. Bo na tej Twojej pipidówie nawet monopolowego nie ma.- powiedział jakby miał do mnie pretensje.
-Trzeba było to już dawno rzucić to teraz nie miałbyś problemu.- stwierdziłem spokojnie.
-Jackson Ty i te Twoje pierdolamento. Nigdy się nie zmienisz. Dobra będę zaraz w Neverlandzie.
-Okej.- rozłączyłem się i odłożyłem telefon.
-Slash Cię pozdrawia.-uśmiechnąłem się głupio.
-Taaa słyszałam. Dzięki, powiedz Jess, że była pyszna.- uśmiechnęła się, a ja zabrałem od niej pusty talerz.
-Wiesz...- zacząłem.
-Tak wiem, słyszałam, idź. Nie musisz tutaj cały czas ze mną siedzieć.- zdziwiłem się, naprawdę jej nie rozumiałem. Najpierw pokazuje, że jej zależy, a potem robi się obojętna, albo udaje. I weź tu człowieku zrozum kobiety, są jedną wielką zagadką. Nigdy nie wiadomo tak naprawdę o co im chodzi. Westchnąłem.
-Dobrze, jeśli będziesz czegoś potrzebować to będę w pokoju nagraniowym, na dole jest Jess. Gdybyś się nudziła na półce są książki i filmy. Jeśli czegoś by Ci brakowało w łazience możesz iść do mojej sypialni i wziąć co chcesz...A i jeśli chciałabyś wyjść na świeże powietrze to wolałbym...- przerwała mi gestem ręki.
-Michael nie musisz mi tego wszystkiego mówić, ja to wszystko wiem. Bez obaw znam ten dom jak własną kieszeń.- no tak...
-No dobrze, ale jakby coś się...
-Będę krzyczeć na cały dom.- zaśmiała się. Mi nie było do śmiechu, martwiłem się. Była teraz obok mnie, miałem ją dla siebie, wręcz na wyciągnięcie ręki. Chciałem zadbać o wszystko, a przede wszystkim o to, aby czuła się tutaj dobrze i została ze mną jak najdłużej...
-No to idę. Zajrzę do Ciebie potem.
-Dobrze.- uśmiechnęła się i wzięła do ręki swój telefon. Zanim wyszedłem z sypialni spojrzałem w jej stronę ostatni raz, jakbym już tęsknił. To głupie, wiem. Cicho zamknąłem drzwi i udałem się piętro niżej. Kiedy wszedłem do dźwiękoszczelnego pomieszczenia, Saul już na mnie czekał. Próbował mnie wypytać o szczegóły związane z omdlęciem Victorii, ale zbyłem go szybko. Nie musi wszystkiego wiedzieć. Zabraliśmy się w końcu do pracy. To, że nie mogłem się kompletnie skupić nie było niczym zaskakującym. Znowu myślałem o NIEJ. Nawet Slash stwierdził, że coś ze mną nie tak, nie trzeba być dźwiękowcem, żeby zauważyć, że śpiewanie dzisiejszego dnia zdecydowanie mi nie szło. Ale nie odpuściłem, ćwiczyliśmy bardzo długo. Musiałem przygotować porządne demo do piosenki „Give in to me”. Wszystko musiało być perfekcyjne, a denerwowało mnie, że pomimo moich starań wcale takie nie było.
 
-Misiek wiesz co? Ja bym radził koniec na dzisiaj, bo z tego wyjdzie jakieś gówno, a nie hit.- Slash zawsze był typem człowieka, który szybko odpuszczał, za szybko. Wierzyłem, że po wielu próbach w końcu nam się uda, a raczej mi, bo jego gra na gitarze była jak zawsze świetna. On w tym wszystkim miał łatwiejszą rolę do odegrania. Ja śpiewając musiałem być skupiony i oddać emocje, które towarzyszyły piosence, a nie aktualnym stanie mojej duszy. Gdy śpiewałem o miłości to nie mogłem śpiewać jakbym chciał kogoś zabić, tak to właśnie wygląda. W mojej głowie kłębiło się wiele myśli, czułem wiele emocji, górę brały jednak te negatywne. Byłem przygnębiony, chociaż próbowałem to ukryć. Powinienem śpiewać z czystym umysłem, zapomnieć o wszystkim i zając się tworzeniem piosenki, ale czasami same chęci nie wystarczą.
-Daj spokój, zagramy jeszcze max pięć razy i wyjdzie idealnie.- zaciągnął się papierosem.
-Kurwa ile?!- wstał z krzesła.- Co Ty tu chcesz do nocy siedzieć? Nagrywamy już pięć godzin. Pojebało Cię do reszty?
-Nie, chcę po prostu skończyć to już dzisiaj. Ile chcesz nagrywać to demo? Miesiąc?
-No kurwa sorry, ale to nie ja mam problem tylko Ty.
-W sensie?- założyłem ręce na biodra.
-W takim sensie, że zachowujesz się jakbyś pierwszy raz mikrofon do ręki dostał.
-Przesadzasz. Po prostu mam gorszy dzień.
-Ta, gorszy dzień odkąd Twoja Królowa zabrała manatki i kopnęła Cię w dupę.
-Nie wiesz jak było.- zirytowałem się. Wchodził w strefę, w którą nie powinien był wchodzić. Dobrze wiedział, że dla mnie to drażliwy temat.
-Wszyscy wiedzą jak było tyle Ci powiem. Gramy czy co? Bo ja dzisiaj jeszcze mam zamiar iść na imprezę.- wieczny student się znalazł. Nie odezwałem się już, tylko założyłem słuchawki na uszy.


Znaczyło to, że zaczynamy kolejną próbę. „Give in to me” to piosenka, którą napisałem po rozstaniu z Victorią. Chciałem wtedy wyrzucić wszystkie negatywne emocje, które zagnieździły się w mojej głowie. Mówiąc w prost chciałem się wyżyć. Przez słowa, można by zrozumieć, że o wszystko obwiniam Victorię, ale wcale tak nie jest. Po prostu wtedy wszystko wyglądało zupełnie inaczej...Włączyłem muzykę, zamknąłem oczy, a z moich ust zaczęły wydobywać się słowa:

Ona zawsze znosi to z kamiennym sercem
Bo wszystko, co robi, to zrzucanie tego z powrotem na mnie
Spędziłem całe życie na szukaniu kogoś

Nie próbuj mnie zrozumieć
Po prostu rób to, co ci każę

Miłość to uczucie
Daj mi to, kiedy tego chcę
Bo płonę
Ugaś me pragnienie

Daj mi to, kiedy tego chcę
Mów do mnie, kobieto
Ulegnij mi
Ulegnij mi

Zawsze wiedziałaś jak doprowadzić mnie do płaczu
A ja nigdy nie pytałem cię dlaczego
Wygląda na to, że kręci cię krzywdzenie mnie

Nie próbuj mnie zrozumieć
Bo twoje słowa nie wystarczą
Miłość to uczucie
Ugaś me pragnienie
Daj mi to, kiedy tego chcę
Unosząc mnie wyżej

Miłość to kobieta
Nie chce tego słuchać
Ulegnij mi
Ulegnij mi

Ty i twoi przyjaciele śmialiście się ze mnie w mieście
Ale jest... Dobrze
Tak, jest... Dobrze

Nie będziesz się śmiać, dziewczyno, gdy nie będzie mnie w pobliżu
Będzie ze mną... Dobrze
I ja... Nigdy nie znajdę
Muszę... Spokoju umysłu
Och

Nie próbuj do mnie mówić
Bo twoje słowa nie wystarczą

Miłość to uczucie
Ugaś me pragnienie
Daj mi to, kiedy tego chcę
Unosząc mnie wyżej

Mów do mnie, kobieto
Miłość to uczucie
Ulegnij mi
Ulegnij mi

Och

Miłość to uczucie
Nie chce tego słyszeć
Ugaś me pragnienie
Unosząc mnie wyżej
Powiedz to kaznodziei
Zaspokój uczucie
Ulegnij mi
Ulegnij mi
Ulegnij mi

Przeżywałem tą piosenkę, każdy wers, każde słowo. Śpiewałem z bólem, który nadal gościł w moim sercu, ale też i z miłością, która nie wygasła i nadzieją, która pozostała. Nadszedł moment na solówkę Slasha, ale ja nie przestawałem, ciągle śpiewałem te same słowa: „Give in to me”. Moje usta nie zamykały się nawet na moment, cały czas wydobywał się z nich jakiś dźwięk. Nadszedł koniec piosenki, wyszeptałem ostatnie: „Give in to the feeling” i zacisnąłem szczękę, żeby nie wybuchnąć. Po kilku sekundach otworzyłem oczy, które były już mokre i spojrzałem na przyjaciela. Pierwszy raz w jego spojrzeniu dostrzegłem zrozumienie. Nie musiałem mu nic mówić, on wiedział. Podszedł do mnie i po prostu mnie uściskał, dając tym ogromne wsparcie.
-Mamy to Mike, mamy.- poklepał mnie po plecach.- Będzie dobrze, zobaczysz.
Czy rzeczywiście, będzie? Teraz nie mogłem tego stwierdzić, ale wkrótce miałem przekonać się na własnej skórze. 
 
*********** 

No i jak wrażenia? :D Powiem Wam szczerze, że ja mam mieszane uczucia co do tego rozdziału, bo tak: podoba mi się początek i koniec, a środek tak nie za bardzo XDD Ale z tego względu, że musieliście się trochę naczekać, aż łaskawie wstawię to o to „dzieło” nie chciałam już przedłużać i „ulepszać”, bo i tak lepiej bym już chyba tego nie napisała XD Dałam fragment Give in to me wyjątkowo po polsku, bo sobie tak pomyślałam...Jak mi wejdzie tutaj jakiś NIEFAN Michaela to nie będzie wiedział o co chodzi xD A zresztą osobiście ja wolę czytać po polsku niż po angielsku, nie wiem jak Wy xD
Od razu mówię, że nie wiem kiedy pojawi się następna część, trudno mi to stwierdzić, ale postaram się sprężyć naprawdę. Udało mi się napisać przyzwoitej długości rozdział więc liczę na takie same komy! :D Przy okazji chciałabym podziękować Wam, czytelnikom za te wszystkie miłe komentarze, które naprawdę podnoszą mnie na duchu :) Dzięki Wam to opowiadanie istnieje, pamiętajcie :*
Pozdrawiam <3

2 maja 2017

Rozdział 33. Trzymaj ręce z daleka od mojej narzeczonej.

Heeej! <3
Na koniec dowiecie się dlaczego o to ten straszny rozdział (aż normalnie mi się śmiać chce xD) wstawiłam tak późno.
Kochani moi, zabierając się do tego rozdziału zwątpiłam w to co chce tu napisać xD Po ostatnich komentarzach, ale tak na serio. Jak przeczytałam, że idę w kierunku Mody na sukces to już wgl załamka XD Nie no Mody na sukces to tu nie będzie :D pragnę przypomnieć, że jeszcze się nikt tu nie pierdolił i to każdy z każdym jak w tym serialu xD I naprawdę nie wiedziałam czy mam napisać to co sobie na początku założyłam...ale jednak stwierdziłam, że nie będę odbiegać od pierwotnej wersji. Chociaż mnie pewnie zlinczujecie, bo pokomplikowałam wszystko jeszcze bardziej, ale jakoś to przeżyję xD
Zapraszam :)
*********

W napiętych emocjach i z mieszanymi uczuciami dojechałam w końcu na miejsce. Pod klubem było raczej mało samochodów, więc liczyłam, że w środku tłumów też nie będzie. Wzięłam kilka głębszych oddechów i oparłam ręce o kierownicę patrząc przed siebie. W tym momencie usłyszałam jakieś krzyki i zobaczyłam przed wejściem dwóch facetów, którzy się szarpali. Od razu rozpoznałam Jacksona...Wysiadłam szybko z samochodu i pobiegłam tam. Zrobiło się małe zbiegowisko, ale na szczęście nie widziałam nikogo z aparatem i kamerą. Jakiś ochroniarz chyba, próbował ich rozdzielić. Dorwałam się do Michaela natychmiast.
-Co Ty wyprawiasz?!- krzyknęłam trzymając go za koszule, a raczej szarpiąc. Przetarł usta ręką i spojrzał na mnie, a jego wzrok momentalnie złagodniał. Nieźle musieli się pobić, z wargi ciekła mu krew i miał ogólnie zaczerwienioną twarz. Nie wspominając, że waliło od niego wódką na kilometr. Spojrzałam tylko za siebie, jak dwóch ochroniarzy ciągnie tego drugiego faceta gdzieś na tyły, nie wiem kto to był, nie wiem co chcieli z nim zrobić i nie obchodziło mnie to w tym momencie.
-Vicki...- mruknął i chciał się do mnie przytulić, ale złapałam go za rękę i zaczęłam ciągnąć w stronę samochodu. Miałam nadzieję, że nie widziało tego zdarzenia za wielu ludzi, nie potrzebne są mu kłopoty z prasą. Żeby to tylko nie dostało się do gazet – pomyślałam. Wpakowałam go jakoś do auta, chociaż ledwo szedł i gdybym go porządnie nie trzymała to by kilka razy już zaliczył glebę. Znaleźliśmy się w końcu w środku. Westchnęłam i spojrzałam na niego.
-Dlaczego tak się uchlałeś?- spytałam w miarę spokojnie, a on zaczął mruczeć coś pod nosem.
-Z miłości do Ciebie...- chciał jeszcze coś powiedzieć, ale dostał czkawki. Wywróciłam oczami i podałam mu butelkę wody, która była na tylnym siedzeniu. Zanim się jej napił połowę rozlał na siebie i wokół siebie. Boże trzymaj mnie... Już więcej nic nie mówił, bo tylko oparł się głową o szybę i momentalnie zasnął z czego się cieszyłam, bo jakoś nie miałam ochoty z nim rozmawiać kiedy był w takim stanie. Ruszyłam w stronę Neverlandu. Co chwilę jednak zerkałam na niego tylko kręcąc głową. Co on wyprawia...
Ulice LA były niemalże puste więc droga nie zajęła dużo czasu. Stanęłam na podjeździe i już miałam wysiąść, ale po chwili złota brama otworzyła się więc wjechałam na posesję. Kiedy tylko zatrzymałam samochód z domu wyleciała rozgorączkowana Jessica i George, byli wkurzeni. Odwróciłam się do Michaela i zaczęłam go budzić. Dotknęłam jego ramienia.
-Wstawaj, jesteśmy już na miejscu. Słyszysz?- zero reakcji. Wysiadłam zrezygnowana z auta. Jessica podleciała do mnie zdyszana.
-Vicki jak dobrze, że jesteś, ale w zasadzie co Ty tutaj robisz?
-Michael zadzwonił do mnie pijany z tego baru więc pojechałam po niego.- George skutecznie go obudził i już ciągnął go do domu- Pobił się z kimś...
-Boże co za idiota.- złapała się za głowę- Już ja mu jutro pokażę gdzie raki zimują! Mam nadzieję, że będzie miał ostrego kaca!- zaczęła krzyczeć, spuściłam głowę niewiedząc co powiedzieć.
-Mam rozumieć, że zostajesz tutaj?- spojrzała na mnie z nadzieją.
-Chciałam go tylko przywieźć, zaraz zajrzę do niego na chwilę i wracam do siebie.- wzrok miałam wbity w ziemię.
-No dobrze...- mruknęła po chwili. Wiem, że liczyła na inną odpowiedź, ale ja nie mogłam tutaj zostać.
-To chodź, ja zaparzę jakąś herbatę, a Ty idź do tego barana.- pokiwałam głową i kiedy tylko znalazłyśmy się już w środku ja ruszyłam od razu na piętro. Minęłam po drodze ochroniarza, który tylko posłał mi współczujące spojrzenie na co wymusiłam się na lekki uśmiech. Weszłam do naszej...a raczej jego sypialni. Siedział na łóżku i podpierał się na rękach. Ta krótka drzemka w samochodzie chyba trochę mu pomogła, bo jakoś siedział i o dziwo się nawet nie kiwał, ale mruczał coś pod nosem niezrozumiałego dla mnie. Westchnęłam i podeszłam do niego. Bez słowa zaczęłam go rozbierać. Rozpięłam mu koszulę i chyba dopiero wtedy zorientował się co robię, bo spojrzał na mnie.
-Ale...co Ty robisz..
-Rozbieram Cię, musisz się położyć.- dziwnie się na mnie patrzył, ale zignorowałam to. Rękoma sięgnęłam do paska jego spodni. Akurat tą część garderoby chciałam ściągnąć z niego jak najszybciej. Kiedy rozpinałam mu rozporek zaczął się głupio śmiać, spojrzałam na niego.
-Michael proszę Cię...- kucałam przed nim, bo taka pozycja była najwygodniejsza dla mnie, ale on pochylił się lekko nade mną i wyszeptał mi do ucha:
-Mam na Ciebie ochotę...- otworzyłam szeroko oczy, zagryzł płatek mojego ucha, oprócz dreszczy, które przebiegły mi po całym ciele poczułam coś jeszcze...Perfumy. Nie należały do niego, miały zbyt słodki zapach. One były...kobiece. Spojrzałam na kołnierz jego koszuli, która leżała na łóżku, był tam krwistoczerwony ślad. Chyba wiadomo od czego... Poczułam się jakbym dostała czymś ciężkim w łeb, oblał mnie zimny pot i myślałam, że dostanę drgawek. Tak się zawiesiłam, że nawet nie spostrzegłam kiedy on zaczął majstrować przy mojej bluzce, ale odsunęłam się od niego i wstałam natychmiast. Ruszył od razu za mną i stanął przede mną opierając się o drzwi jakby wiedział co chcę właśnie zrobić.
Ta kobieta w słuchawce....to pewnie z nią się zabawiał. Nie mogłam znieść myśli, że on TO zrobił. Że zrobił to mi...Nie ważne, że nie byliśmy już razem, mimo to zabolała mnie ta świadomość. Świadomość, że pojawiła się inna kobieta. W tym momencie przypomniałam sobie jeszcze ten cholerny artykuł z nim i Madonną w roli głównej. Teraz pewnie to ma kilka naraz. Prychnęłam w duchu.
-Przepuść mnie.- warknęłam.
-Kochanie, ale co się stało? Dlaczego chcesz wyjść?- przyciągnął mnie do siebie.
-Zdradzasz mnie?!- wykrzyknęłam mu prosto w twarz, na co wybuchnął śmiechem. To pytanie musiało brzmieć bardzo dziwnie tym bardziej, że przecież go zostawiłam...ale inaczej nie umiałam tego nazwać. Za to Michael raczej do końca nie wytrzeźwiał, bo zaczął coraz bardziej się do mnie kleić.
-A co to ma do rzeczy? Przecież mnie rzuciłaś.- w tym momencie oczy zaszły mi mgłą, a obraz stał się rozmazany. Czułam, że zaraz nie wytrzymam i się tam przy nim poryczę.
-Jesteś...
-Jaki?- podszedł do mnie z uśmiechem na ustach.
-Obrzydliwy.- wycedziłam, a on zwyczajnie znowu zaczął się śmiać.- Dobrze się bawisz?
-Wyśmienicie.- i nagle przywarł do moich ust, nie zdążyłam nawet zareagować. Zacisnęłam usta i nie oddałam tego pocałunku, ale on nie zrezygnował i żadne moje próby oderwania się nic nie dały. Przycisnął mnie do siebie zsuwając dłonie na moje pośladki. Jego usta smakowały tylko i wyłącznie mocnym alkoholem. Nie czułam w tym pocałunku uczucia, a jedynie chęć wyżycia się na mnie. Kiedy zobaczył, że nic na mnie nie działa i nie poddam mu się zaczął robić się coraz bardziej nachalny, a to mnie przerażało. Bałam się jak to wszystko może się skończyć. Kiedy już naprawdę brakowało mi tlenu z całych sił oderwałam się od niego. Na całym moim ciele czułam miliony dreszczy i to bynajmniej nie z podniecenia, a po prostu ze strachu. Jego wzrok cały był przepełniony pożądaniem i właśnie wtedy postanowiłam się ewakuować, na co on oczywiście mi nie pozwolił.
-Michael zostaw mnie do cholery, bo zacznę krzyczeć!- zaczęłam się z nim szarpać, ale w pewny momencie pchnął mnie mocno na ścianę i przyszpilił do niej ściskając mocno moje nadgarstki.
-Krzyczysz...i co? Ktoś przyszedł Ci z pomocą? Jesteś tutaj sama ze mną i nie wypuszczę Cię stąd.- jego słowa coraz bardziej wprawiały mnie w osłupienie. Nigdy tak się do mnie nie odzywał. Chyba był zadowolony z tego, że wywołał u mnie taki strach, bo uśmiechnął się i kciukiem głaskał po policzku. Próbowałam jakoś wbić się w tą ścianę, żeby trzymać dystans między nami, ale on ciągle na mnie napierał. Nie odzywałam się, wolałam nic nie mówić, żeby go nie zdenerwować, albo sprowokować. Poczułam jego rękę na brzuchu, a usta na szyi. Stałam cała sztywna nie wiedząc co mam teraz zrobić, kiedy on się do mnie dobierał. Wiedziałam, że był pijany, ale...nawet kiedy trochę wypił nigdy mnie do niczego nie zmuszał.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi, a po chwili usłyszałam głos Jess.
-Victoria, Michael jesteście tam? Wszystko w porządku?- odetchnęłam z ulgą. Korzystając z chwili nieuwagi Michaela, który trochę się ode mnie odsunął wyślizgnęłam się z jego uścisku. Kiedy byłam już „wolna” do pokoju weszła gosposia, a ja zaczęłam rozmasowywać nadgarstki. Spojrzała na nas podejrzliwie, a ja bez żadnego słowa opuściłam sypialnię. Nie patrząc nawet na Michaela. Wołali mnie oboje, ale nie zwracałam na to uwagi. Biegiem wręcz ruszyłam do wyjścia. Mój samochód cały czas stał pod domem, w tym samym miejscu więc jak najszybciej się do niego dostałam. Oparłam głowę o zagłówek fotela i westchnęłam. Musiałam tak chwilę posiedzieć żeby jakoś się uspokoić, cała dygotałam. Nie mogłam w takim stanie prowadzić, ale nie miałam wyjścia. Chciałam jak najszybciej opuścić to miejsce. Wzięłam się w końcu w garść i z łzami w oczach odpaliłam silnik. Czułam, się jakbym żegnała się z tym miejscem...tak na zawsze. Nie było już odwrotu.
Żałowałam, że w ogóle tu przyjechałam, że odebrałam telefon od niego, mogłam go zignorować. Przynajmniej nie cierpiałabym tak odjeżdżając stąd. 

************
Podpierając się o ściany doczłapałem się jakoś do kuchni. Był już ranek, ale chyba wszyscy jeszcze spali, bo w domu panowała kompletna cisza. Moja głowa była jedną wielką bombą i czułem, że zaraz wybuchnie. Jak można się domyślać po tej „wspaniałej” imprezie wczoraj, czułem się koszmarnie.
Od razu dopadłem się do szafki z lekarstwami, wziąłem kilka różnych opakowań i nalałem sobie kubek kawy po czym usadowiłem się przy wyspie kuchennej. Nie patrzyłem na nazwy, ani ilość, wziąłem garść prochów przeciwbólowych. Jęknąłem kładąc głowę na blacie i czując jak skronie pulsują przy każdym moim ruchu.
-A Król co tak wcześnie robi na nogach?- moją męczarnię przerwał głos gosposi. Podniosłem głowę i spojrzałem na nią mrużąc oczy.
-Daj spokój Jess, chociaż Ty mnie nie dobijaj.
-Co kacyk męczy nie?
-Jak widać...- zanurzyłem usta w czarnej kawie.
-I bardzo dobrze, to kara Boska za to, że jesteś takim dupkiem.- powiedziała jak gdyby nigdy nic, grzebiąc sobie beztrosko w szufladzie. Wyprostowałem się.
-O czym Ty mówisz?
-Ty już dobrze wiesz.- stwierdziła.
-Oświeć mnie.
-Nie pamiętasz niczego z wczoraj?- odwróciła się w moją stronę.
-Chodzi Ci o to, że nachlałem się jak świnia i podrywałem jakąś małolatę?- wywaliła na mnie oczy, okej...tego nie musiała wiedzieć. Przekląłem w duchu.
-No proszę ciekawych rzeczy się tutaj dowiaduje...Tylko mi powiedz, że miałeś numerek w kiblu z tą małolatą to wybuchnę śmiechem.
-Nie miałem...
-Ale pewnie było blisko.- zaśmiała się, wywróciłem oczami.
-Jess nie mów o tym nikomu proszę...
-A co boisz się, że Victoria się o tym dowie? To Cię rozczaruje, bo chyba już wie.
-Co?!- stanąłem od razu na równe nogi, zapominając nawet o bólu głowy.
-Nie wiem co się stało w waszej sypialni, ale wyleciała stamtąd jak torpeda i nikt nie mógł jej zatrzymać. Była przerażona i...nie wiem, ale chyba zła.- usiadłem z powrotem...Boże ja nic nie pamiętam, złapałem się za głowę. Znaczy pamiętam...ale tylko do momentu kiedy Victoria przywiozła mnie do Neverlandu, to co działo się potem pamiętam jedynie jak przez mgłę.
-Aha i ty byłeś w pół nagi, a ona była cała rozczochrana i miała rozpiętą bluzkę. No sama raczej jej sobie nie rozpięła.- zasugerowała, ale wcale nie musiała. Byłem w szoku po tej dawce informacji. Niby nie wiadomo co zrobiłem, ale wszystko wskazywało na to, że...no nie nie mogłem przecież tego zrobić. Ale z drugiej strony...byłem nieźle nawalony, cholera wie co mi mogło strzelić do głowy. Jedno już wiem, na pewno się do niej dobierałem, a co było potem...tego muszę się dowiedzieć. I oczywiście czy wie o tej dziewczynie z baru. Zresztą nad czym tu się zastanawiać? Na pewno wiedziała...
Zerwałem się z krzesła zostawiając zdezorientowaną Jess w kuchni. Chwyciłem w biegu kapelusz i okulary i tak wyszedłem z domu, a raczej wybiegłem. Już byłem w garażu i miałem wsiadać do swojego Rolls Royce'a, kiedy oczywiście zatrzymał mnie George.
-Gdzie Ty się wybierasz?- spytał zamykając mi drzwi przed nosem. Tak, był na mnie zły. Nie odpowiedziałem tylko założyłem dłonie na piersiach.
-Znowu jedziesz się nachlać i narobić sobie wstydu? Gdyby nie Victoria wczoraj...nie wiem gdzie byś wylądował, ale pewnie na policji, a może dlatego, że pobiłeś się z jakimś gościem mhm? 
-Odwalcie się wszyscy ode mnie.- warknąłem.
-Zadałem Ci pytanie.- nie odzywałem się.
-Po co Ty chcesz do niej jechać?- najwyraźniej się domyślił, westchnęłam.
-Muszę.- spojrzałem mu w oczy, myśląc że jakoś go to przekona.
-Ale po co? Narobić sobie znowu bigosu? Jeszcze tego pierwszego nie zjadłeś. Poza tym nic się nie dzieje, pod jej domem cały czas jest młody, pilnuje jej. Chociaż nie wiem po co, ale...
-George ja muszę z nią porozmawiać, przeprosić za wczoraj, nie wiem no...cokolwiek. Mam dość tej chorej sytuacji. Kocham ją do cholery i chcę...
-Już dobrze Romeo.- przerwał mi- Ale jadę z Tobą- zaznaczył od razu. Niechętnie, ale się zgodziłem. Mój ochroniarz prowadził, a ja siedziałem obok wpatrzony w widoki za oknem. W pewnej chwili zawibrował mój telefon, który odebrałem od razu.
-Tak?
-Misiek, a Ty w pierdol chcesz?- wywróciłem oczami słysząc głos Slasha.
-Chcesz coś? Bo zajęty jestem.
-No co Ty żeś wczoraj tak szybko do domu spierdolił?- spytał z pretensją w głosie.
-Bo upiłem się jak świnia, podrywałem jakąś gówniarę, której o mały włos nie przeleciałem i pobiłem się z kimś, mało tego zadzwoniłem Do Victorii, która po mnie przyjechała. Wystarczy?- wycedziłem, przypominając sobie o tym wszystkim. W słuchawce usłyszałem tylko jego głupkowaty śmiech.
-Nooo widzę, że nieźle się bawiłeś. Normalnie jestem z Ciebie dumny nie. Musimy wychodzić częściej.- powiedział rozentuzjowany.
-Nie, nigdzie z Tobą więcej nie pójdę. Wystarczy mi po wczorajszym. Cześć.- rozłączyłem się nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć. Nawet nie spojrzałem na George'a, który wszystko słyszał i pewnie był w szoku. Resztę drogi spędziliśmy w kompletnej ciszy, nawet bez radia, które zawsze włączałem podczas jazdy. Tabletki przeciwbólowe zaczynały powoli działać co mnie bardzo cieszyło, teraz w spokoju mogłem ułożyć w głowie monolog, który mam zamiar wygłosić przed Victorią...A może od razu padnę na kolana, dla lepszego efektu. Zacznijmy w ogóle od tego, że nie wiadomo czy mi otworzy, prychnąłem pod nosem. Nie wiem ile to będzie jeszcze trwać, ja który ciągle coś muszę durnego odwalić, a potem błagać ją o wybaczenie i ona, która jest nie ugięta i wydaję mi się, że coraz bardziej ma mnie dość. Kiedy to wszystko się skończy?
-Jesteśmy.- powiedział George przerywając moje rozmyślania. Przetarłem twarz dłońmi i wysiadłem z samochodu, a on wraz ze mną. Poszedłem od razu do drzwi, a George rozmawiał w tym czasie z ochroniarzem, który na moje zlecenie pilnuje Vicki. Zadzwoniłem dzwonkiem do drzwi. Po chwili ujrzałem Ninę, miała niezaciekawą minę.
-Mike ona nie chcę się z Tobą widzieć, daj już spokój.- powiedziała na wstępie. Zlustrowałem ją wzrokiem, ciąża niezaprzeczalnie jej służyła. Wyglądała kwitnąco, a jej brzuszek był już spory, cóż się dziwić jeśli był to 6 miesiąc. Trzymała na nim dłonie i głaskała go co chwilę. Byłem wpatrzony w nią jak w obrazek. Patrzyłem na nią rozmarzony...nie dawno jeszcze żyłem świadomością, że może niedługo sam będę ojcem, ale teraz...
-Michael słyszysz mnie?- potrząsnęła mną lekko, na co się ocknąłem.
-Eee co?
-Patrzysz się na mnie jakbyś chciał mnie zjeść. Wiesz nie miałabym nic przeciwko, gdybym nie miała chłopaka i dziecka w drodze, trochę się spóźniłeś.- powiedziała to bardzo poważnie. Zaśmiałem się cicho.
-Po prostu pięknie wyglądasz, ciąża naprawdę Ci służy. Jak się w ogóle czujesz? Może czegoś potrzebujesz? Jestem w stanie załatwić wszystko.
-Jackson nie przekupisz mnie.- westchnąłem.
-Dlaczego uważasz, że chcę Cię przekupić. Ja tylko...
-Nina kto to?!- urwałem w pół zdania kiedy usłyszałem głos Victorii, chwilę potem pojawiła się obok swojej przyjaciółki. A ja stałem i nagle odebrało mi mowę, a chciałem jej tyle powiedzieć...Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to to jak zaciąga rękawy swetra, jakby chciała ukryć siniaki na nadgarstkach.
-W porządku.- powiedziała do Niny dając jej do zrozumienia, że może nas zostawić samych. Oparła się o framugę i spojrzała w bok.
-Czy te siniaki na rękach to...Czy ja...- nie potrafiłem się w ogóle wysłowić. Przeniosła w końcu na mnie swoje spojrzenie, miała przekrwione oczy zapewne od płaczu i wyglądała na zmęczoną.
-Nie, ale było blisko gdyby nie Jess.- to mnie wcale nie pocieszyło.
-Kochanie posłuchaj...- złapałem ją za dłoń.
-Nie mów tak do mnie.- wyrwała mi ją.
-Eh...ja byłem pijany, coś mi odwaliło po prostu. Nie byłem sobą, przecież wiesz, że nigdy bym Cię nie skrzywdził.- to byłam najprawdziwsza prawda.
-A jednak to zrobiłeś.
-Co?
-Jak ma na imię ta suka co? Na pewno to jakaś gówniara, a może jedna z groupie mhm? Może tym razem się jakiejś dałeś? Nooo chyba, że to Twoja kochana Madonna. A zresztą...gówno mnie to obchodzi.- prychnęła. Czyli nie chodziło jej to co wczoraj między nami zaszło, a o...
-Nie zdradziłem Cię. Z nikim, z Madonną tym bardziej.- zaznaczyłem twardo.
-A ja jestem dziewicą wiesz?- powiedziała z sarkazmem. Za wszelką cenę próbowała pokazać, że ma mnie gdzieś i ją to nie obchodzi, ale widziałem, że jest inaczej. Więc może jeszcze nie jest za późno, jeśli jej na mnie zależy, a zależy, bo jest zazdrosna i to bardzo.
-Victoria kocham Cię naprawdę, nie mógłbym tego zrobić. Proszę uwierz mi. Skończmy tą szopkę w końcu. Po co to wszystko? Wróć ze mną do Neverlandu, chcę żeby było tak jak dawniej. Wiem, że Ty też tego chcesz.
-To co ja chcę akurat nie ma nic do rzeczy, a szopkę to na razie odwalasz Ty. Wiesz co? Nie chce mi się tego wszystkiego słuchać, to już się robi nudne. Ja mam Ci w to wszystko uwierzyć? W te bajeczki? A Ty mi uwierzyłeś kiedy przyrzekałam Ci, że między mną, a Jermain'em do niczego nie doszło, że to on mnie zmusił?! Skoro Ty mi nie ufasz to dlaczego wymagasz tego ode mnie? Tym bardziej, że ja mam wystarczające dowody, najpierw gala na której pojawiłeś się z tą zdzirą za rączkę normalnie jak zakochana para.- zaśmiała się kpiąco- A potem jakaś laska w telefonie, która ci kotkuje, damskie perfumy i szminka na Twojej koszuli!- dźgnęła mnie palcem w pierś. Nie no tego było za dużo...jak miałem z tego wybrnąć?
-Proszę Cię, jestem w stanie Ci to wszystko wytłumaczyć tylko mnie wysłuchaj do cholery.
-Nie ufam Ci, rozumiesz? Chcesz do mnie wrócić, błagasz o wybaczenie, ale prowadzisz się z innymi kobietami? To chore.
-Dlaczego nie chcesz mi wybaczyć tego jednego błędu do cholery?! Co mam jeszcze zrobić?! Jak mam Ci udowodnić, że mówię prawdę?!- krzyknąłem ściskając ją za ramiona, kiedy zobaczyłem strach w jej oczach zdałem sobie sprawę, że przesadziłem...
-Michael idź już...
-Naprawdę tego chcesz?
-Tak.- miała spuszczony wzrok.
-Powiedz mi to prosto w twarz. Powiedz, że mam odejść, a odejdę, ale już na zawsze. Dam Ci spokój...- kosztowało ją to naprawdę dużo, ale zrobiła to z łzami w oczach.
-Odejdź, proszę.- nie czekałem na nic więcej, po prostu bez słowa odwróciłem się napięcie i odszedłem tak jak tego chciała. To co czułem w tym momencie było nie do wyobrażenia. Nie wiedziałem co teraz będzie, nie wiedziałem co mam zrobić, nic nie wiedziałem. Czułem się pusty. Bez uczuć. Bez życia. Czułem się zrezygnowany, przegrałem...
-I co? Spytał George kiedy znalazłem się przy samochodzie.
-Nic.- próbowałem ukryć uczucia, bo tak naprawdę miałem ochotę się rozpłakać z bezsilności.
-Michael musisz o czymś wiedzieć.- spojrzałem na niego pytająco.
-Victoria chyba się z kimś spotyka...- powiedział to bardzo wolno i delikatnie jakby bojąc się mojej reakcji. W tym momencie wszelka rozpacz przeszła, a na jej miejscu pojawiła się niepohamowana złość.
-Co?- wyszeptałem zszokowany, westchnął.
-Znaczy wiesz to nie jest pewne, ale...
-Mów co wiesz.- przerwałem mu.
-Rozmawiałem z Josh'em i powiedział, że Victorię często przywozi jakiś facet. Zdobył już o nim informacje.- podał mi kartkę, było na niej wszystko. Od rozmiaru jego buta do tego czy był karany bądź notowany.
-Grayson Kent, 28 lat. Architekt, chodził z Victorią do tej samej uczelni...- przerwałem mu pokazując ręką żeby nic już nie mówił.
-Jedziemy do firmy.
-Michael co Ty znowu kombinujesz?- nabrałem dużo powietrza do ust.
-Nie pozwolę, żeby jakiś dupek...- przerwał mi.
-Masz teraz zamiar obijać mordę każdemu kto się do niej zbliży?
-Tak.- i wsiadłem do samochodu, George już się nie odzywał tylko zrobił to o co go poprosiłem. Od Victorii wiedziałem, że niektórzy pracują nawet w soboty, miejmy nadzieję, że ten cały...Grayson też. Kidy dojechaliśmy na miejsce, kazałem zaparkować ochroniarzowi na tyłach budynku, żeby nikt nas nie widział. Nie potrzebowałem świadków. Co zamierzałem zrobić? Jeszcze sam do końca nie wiedziałem, ale na pewno wszystko żeby ten palant się od niej odczepił.
-Przyprowadź go tu jakoś.- odezwałem się do przyjaciela, który patrzył na mnie wzrokiem „i co teraz?”.
-Co? Niby jak?
-Boże nie wiem jak. Wymyśl coś, cokolwiek.- oparłem się o maskę samochodu.
-Szykuj dla mnie premię szefie.- powiedział wkurzony, zaśmiałem się. Nie musiałem długo czekać, chwilę potem wrócił jak mniemam z Grayson'em. Podszedłem do niego.
-Chyba nie muszę Ci się przedstawiać.
-Nie musi Pan. Mam rozumieć, że to wszystko kłamstwa i mój ojciec nie leży w szpitalu po ciężkim wypadku, a tamten człowiek nie jest z policji?
-Dobra robota George.- zaklaskałem w dłonie uśmiechając się na co machnął na mnie ręką.
-Więc czego Pan ode mnie chce?- spojrzałem na niego.
-Darujmy sobie to panowanie. Słuchaj mnie uważnie lepiej. Trzymaj ręce z daleka od mojej narzeczonej. Masz się wokół niej nie kręcić, nigdzie nie zapraszać i nie odwozić do domu. I to nie jest prośba. Rozumiesz?- wysyczałem.
-Przepraszam bardzo, ale nie mogę na to przystać Michael. Przyjaźnię się z nią i nie będę jej nagle unikał, bo Tobie się tak podoba. Poza tym o ile mi wiadomo Victoria już nie jest Twoją narzeczoną.- założył dłonie na piersiach, zaśmiałem się.
-Jednak nie rozumiesz. Przeżywamy chwilowy kryzys, ale nie martw się to nie potrwa długo. Ona niedługo do mnie wróci i niech Ci nawet nie próbuje przejść przez myśl, żeby ją chociaż tknąć jednym palcem.
-Bo co?- uśmiechnął się szeroko- Zabronisz mi? Nie sądzę. Wiesz te Twoje groźby jakoś na mnie wrażenia nie robią. Victoria ma Cię w dupie, zrozum to w końcu i to Ty daj jej spokój.- chciał się odwrócić, ale nie zdążył.
-A może to na Ciebie podziała?- przywaliłem mu z pięści w twarz, nie mogłem się już powstrzymać.
-Michael do cholery!- ochroniarz natychmiast znalazł się obok mnie. Ten gnojek podpierał się jedną ręką o kolano i rękawem wycierał krew, która ciekła mu z nosa.
-Zostaw mnie i daj mi to załatwić.
-Popierdoliło Cię już do reszty?
-Może.- pochyliłem się nad Grayson'em- Czy teraz wszystko zrozumiałeś? A może wytłumaczyć Ci to bardziej dosadnie mhm?
-Ona do Ciebie nie wróci Jackson, nie kocha Cię już, sama mi to powiedziała. Robisz tylko z siebie kretyna.
-Nie kłam!- kopnąłem go w żebra, upadł na ziemię zwijając się w bólu. Chwyciłem jego rękę i wykręciłem ją do tyłu.
-Masz o niczym nie mówić Victorii i udawać, że się nie znamy. Co jakiś czas będę sprawdzać, czy posłuchałeś moich rad. Pamiętaj, że mam ludzi wszędzie i każdy Twój ruch jest śledzony więc lepiej uważaj na to co robisz. Mam nadzieję, że się rozumiemy panie Kent, tak?- pociągnąłem mocniej za jego rękę.
-Taaak.- wyjęczał. Puściłem go i otrzepałem ręce.
Rzuciłem tylko krótkie „jedziemy” do George'a i wsiadłem do wozu.
-I co zostawimy go tak teraz?
-Dokładnie tak.- westchnął opierając ręce na kierownicy.
-Michael bicie ludzi nie sprawi, że Victoria do Ciebie wróci. Zachowujesz się jakby to cały świat był winien rozpadowi tego związku, a wszystko zawdzięczasz sam sobie. A teraz oboje bawicie się w kotka i myszkę, jak dzieci po prostu. Nie sądziłem, że akurat Tobie będę kiedykolwiek to mówił. Zastanów się co Ty robisz ze swoim życiem, bo na razie to nic mądrego.- nie powiem trochę mnie zatkało na te słowa, chciałem coś odpowiedzieć, ale nie umiałem, patrzyłem się tylko na niego cały czas. W takiej ciszy odpalił silnik i ruszył zapewne w kierunku Neverlandu, a ja dalej siedziałem nie mówiąc ani słowa. Zresztą co miałem na to powiedzieć? Jeśli właśnie taka była prawda...

*********

I jak? Mnie się ten rozdział kompletnie nie podoba, jest tak do dupy XD Już wiecie dlaczego go tak późno dodałam. Nie mogłam go po prostu skończyć, wgl mi nie szło, ciągnęło mi się to wszystko jak jakaś guma i jeszcze brak pomysłów na to, żeby nie wyszło nudno chociaż i tak wyszło XD Co do treści, zapewne męczy Was już ta cała sytuacja między głównymi bohaterami i pocieszę Was tym, że mnie też. Ja jednocześnie się śmieje i płaczę xD Ta dziecinada między nimi...ja wiem, ale kurcze ustaliłam sobie pewną wersję wydarzeń i nie chcę tego skrócać ani czegoś odrzucać, ale skutkiem tego jest ta nuda, mam nadzieję chwilowa i ta wkurzająca sytuacja, bo nie wiem jak Wy, ale ja mam ochotę zabić Michaela i Victorię. To co ja teraz piszę to wgl się dzieje wbrew mojej woli, naprawdę XD Ale uwierzcie mi niedługo coś się zmieni ;)
Liczę na szczere komentarze!
Pozdrawiam <3